Pokazywanie postów oznaczonych etykietą teksty cudze. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą teksty cudze. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 2 lutego 2012

Nagrobek Szymborskiej


Był rok 1997. W ręce wpadł mi polsko-angielski, obszerny wybór wierszy Wisławy Szymborskiej Nic dwa razy/Nothing Twice wydany przez krakowskie Wydawnictwo Literackie. Tyle co poetka otrzymała Nagrodę Nobla, dzięki czemu o niej usłyszałem i przeczytałem pierwsze utwory. Dopiero jednak ten tom pozwolił mi się w niej zakochać, a dzięki niej - pokochać poezję. Bo to właśnie w czasach licealnych uczyłem się czytać wiersze. Obok Szymborskiej, pierwszymi poetami, z którymi się zaprzyjaźniłem byli Zbigniew Herbert i ks. Jan Twardowski. 

Była to poezja komunikatywna, która nie odstraszyła początkującego czytelnika, jakim byłem. Pomimo swojej prostoty, niezwykle mądra, przenikliwa, pełna humoru, zabarwionego często pewną dozą gorzkiej refleksji. Szymborska uczyła mnie m.in. że niepewność nie musi być straszna, a jest wręcz istotnym składnikiem mądrości. Oswoiła mnie też z subiektywnością i relatywnością (choć nie z pochodnymi -izmami) oraz dystansem, który w pewnych sytuacjach bywa potrzebny. Jej poezja jest par excellence filozoficzna, a jednak skrojona na miarę "zwykłego" człowieka. 

Wiele by jeszcze można pisać o tej "staroświeckiej jak przecinek" poetce. Wystarczy jednak słów - były one specjalnością pani Wisławy i nigdy nie używała ich w nadmiarze, a na te Największe, które narzucają się w tym momencie najbardziej, miała uczulenie i rozbrajała je natychmiast ironią, dystansem, humorem... W tej chwili przepełnia mnie przede wszystkim wdzięczność za to, co nam po sobie zostawiła. A póki co wystarczy jakże charakterystyczny Nagrobek, który sama sobie wystawiła:

Tu leży staroświecka jak przecinek 
autorka paru wierszy. Wieczny odpoczynek
raczyła dać jej ziemia, pomimo że trup
nie należał do żadnej z literackich grup.
Ale też nic lepszego nie ma na mogile 
oprócz tej rymowanki, łopianu i sowy.
Przechodniu, wyjmij z teczki mózg elektronowy
i nad losem Szymborskiej podumaj przez chwilę.

(Z tomu Sól, 1962)
Fot. A. Banaś, źródło zdjęcia


***
P.S. W najbliższą niedzielę wyjeżdżam na tydzień do Florencji. Myślę, że jakieś wrażenia z tej podróży wkrótce się tu pojawią.

niedziela, 25 grudnia 2011

Na okres Bożego Narodzenia


Tym razem nieco później niż zwykle, ale kolejny raz chcę uczcić Święta na blogu utworem poetyckim. A w roku Czesława Miłosza właśnie jego wiersz wydał mi się najbardziej na miejscu. Nie jest to jedyny jego utwór, w którym pojawiają się wątki bożonarodzeniowe, ale ten spodobał mi się najbardziej.

Modlitwa Wigilijna
Czesław Miłosz

Maryjo czysta, błogosław tej,
Co w miłosierdzie nie wierzy.
Niech jasna twoja strudzona dłoń
Smutki jej wszystkie uśmierzy.
Pod twoją ręką niechaj płacze lżej.

Na wigilijny ześlij jej stół
Zielone drzewko magiczne,
Niech, gdy go dotknie, słyszy gwar pszczół,
Niech jabłka sypią się śliczne.
A zamiast świec daj gwiazdę mroźnych pól.

Przyprowadź blisko pochód białych gór,
Niechaj w jej okno świecą.
Astrologowie z Chaldei, z Ur,
Pamięć złych lat niech uleczą.
Zmarli poeci niechaj dotkną strun
Samotnej zanucą kolędę.

Warszawa, 1938

James Tissot, Narodziny naszego Pana Jezusa Chrystusa,
1886-94; akwarela i ołówek na papierze, Brooklyn Museum, Nowy Jork

wtorek, 1 listopada 2011

Na Dzień Zaduszny i Wszystkich Świętych


CO MNIE
Czesław Miłosz

Co mnie albo i komu tam jeszcze do tego

Że będą dalej wschody i zachody słońca,
śnieg na górach, krokusy,
i ludzkość ze swoimi kotami i psami?

Co nam do tego,
że w wielkim trzęsieniu ziemi część północnej Kalifornii
zapadnie się w morze,

Że rozważana będzie legalność małżeństw z komputerami,

Że powstanie cybernetyczne cesarstwo planetarne,

Że w roku 3000 uroczyście będzie celebrowane w Rzymie
wstępowanie w czwarte millenium chrześcijaństwa?

Co nam do tego - jeżeli w naszej krainie milknie zgiełk świata

I wchodzimy w Inne, poza czas i przestrzeń.

Na próżno w obrzędzie Dziadów kuszą nas darem jadła i napoju.

Nie odzywamy się, bo brak języka, żeby porozumieć się z żywymi.

I więdną bezużyteczne kwiaty, złożone kiedy byliśmy już daleko.
[2003]


Cyt. za: Czesław Miłosz, Wiersze ostatnie, Kraków 2006, s. 53.



Edycja z 5 listopada:

Końcem października byłem kilka dni w stolicy Francji i tym razem odwiedziłem m.in. największy i najsłynniejszy cmentarz paryski Père-Lachaise, na którym znajdują się groby mnóstwa osobistości, m.in. Fryderyka Chopina, Oskara Wilde'a, Edith Piaf, Jima Morrisona, Gertrudy Stein, Balzaca, Moliera, Apollinaira, Ingresa, Delacroix, Corota, Nadara, a nawet Abelarda i Heloizy. Wizyta była bardzo męcząca, bo cmentarz jest ogromny i nawet z mapą niełatwo te groby znaleźć (przydałyby się tam jakieś małe, dyskretne strzałki). Poniżej zdjęcie przy grobie wyjątkowego pisarza:

sobota, 28 maja 2011

O retoryce i cenzurze w kraju cudownych metafor


O tylu sprawach chciałbym napisać, ale niestety brak czasu sprawia, że muszę je na razie odłożyć. Dlatego teraz tylko krótki przegląd prasy. Otóż pragnę polecić Wam gorąco ostatni numer "Tygodnika Powszechnego" (w kioskach jeszcze tylko do wtorku), który uważam za wyjątkowo ciekawy i mądry. Sporą część tego wydania zajmują różnorodne teksty na temat polskości oraz aktualnego stanu życia społecznego w naszym kraju. Mieszkająca na stałe w USA Magdalena Rittenhouse w tekście "Ci okropni Polacy" analizuje stereotypy na temat naszej narodowości funkcjonujące za oceanem. Rozmawia też z autorką pracy naukowej na ten temat. Jednym z najlepszych artykułów w numerze jest tekst Michała Olszewskiego "Ocenzurujcie się sami" o niedawnych incydentach "cenzorskich" w państwie, a w gruncie rzeczy o tym czego są one symptomem. Autor pisze m.in.:

Bądźmy uczciwi: nie tylko władza przekracza granice. Jeśli już, to doszlusowuje ona do standardów retorycznych wyznaczanych gdzie indziej. Zatruty chleb jedzą wszyscy. Również wyważony do niedawna Piotr Zaremba, który reagując na tekst Jana Filipa Libickiego w „Gazecie Wyborczej”, stwierdził: „Niech poseł Libicki się nie gniewa, ale jego satysfakcja z powodu współpracy z Czerską przypomina radość żydowskich policjantów, którym niemiecki okupant stworzył chwilowy komfort. Zwykle nie nadużywam słów – chodzi naturalnie o metaforę”. O tak, w tym tkwi sedno naszych językowych szaleństw: piszemy po prostu „metafora”, zyskując tym samym prawo do każdego gestu językowego. Zespół Raz, Dwa, Trzy celnie śpiewał: „Żyjemy w kraju cudownych metafor”. (...)

Liczy się efekt retoryczny. (...) Redaktor naczelny uzasadnia potrzebę publikacji wywiadu wolnością słowa, choćby najgłupszego, z kolei przedstawiciele skarbu państwa w zarządzie wydającej pismo spółki biją się w piersi – mimo że formalnie powinni trzymać się z dala od treści redakcyjnych. To już nie szaleństwo, to wielopiętrowy gmach, w którym nie wiadomo dawno, kto zachował zdrowe zmysły, a kto je stracił.

Tworzą te zdarzenia spójny, ciemny i logiczny obraz, pokazując, jak przyobleka się w ciało niebezpieczeństwo triumfu retoryki nad warstwą merytoryczną. Proporcje rozchwiały się na dobre: rozmowę o desygnatach słów wypiera zażarta dyskusja o samych słowach. Związki słów z rzeczywistością rozluźniają się i tracą na znaczeniu. Dyskutujemy o Zarembie i gestapo, o Ziemkiewiczu i Urbanie. Liczy się pomysł, możliwie mocny i kontrowersyjny.

(...) Uwagę przyciąga nie ten, kto mówi merytorycznie, tylko ten, kto mówi ciekawie. Mówić ciekawie zaś oznacza w praktyce mowę jednoznaczną i możliwie bolesną dla przeciwników politycznych. To z kolei oznacza, że ważniejsze od rzeczywistych problemów kraju stają się stylistyczne fajerwerki. Dobrze wytresowane przez polityków i dziennikarzy społeczeństwo zmienia się w psa Pawłowa, który reaguje jedynie na grepsy, a po każdym prezencie staje na tylnych łapach i prosi o więcej.

(...) Podobno taka jest cena wolności: rozszerzenie granic tego, co dopuszczalne, do maksimum. W granicach zmieszczą się więc m.in. porównanie premiera do prezerwatywy (dodatek satyryczny „Gazety Polskiej”), nazwanie zmarłego arcybiskupa łajdakiem, idiotyczne analogie między dawnymi a młodszymi laty. Jest wolność, co oznacza, że można bezkarnie pisać bzdury i obrażać, nawet jeśli w ten sposób zaciera się granica między wolnością słowa a głupotą. Co więcej: w oplecionej siecią medialną Polsce każde głupstwo urasta natychmiast do rangi wydarzenia centralnego.

Polecam całość (już jest w sieci).

Podobną tematykę porusza też Józefa Hennelowa w swoim felietonie "O czym innym, niż chciałam". Oto fragment:

Dziś odniosę się tylko do jednej sprawy: do wskrzeszania alarmu o powracającej jakoby "cenzurze". Coraz częściej pada ona jako zagrożenie, choć jestem przekonana, że żaden dziennikarz wygrażając tym terminem, sam w to nie wierzy.

Czy mam przypomnieć, co było konfiskowane w czasach funkcjonowania cenzury? Nie inwektywy, nie obelgi pod adresem przeciwnika. Skreślano nazwiska skazanych na milczenie twórców i próby przekazywania ich dorobku. Skreślano nazwy miejsc i dziejów budujących świat prawdy i bohaterstwa. Skreślano naukę Kościoła broniącego człowieka. Skazywano na milczenie dokonania tych ludzi, o których, bo niesłuszni, nie należało nawet wiedzieć.

Dziś podnosi się larum z powodu zakwestionowania prawa do obrażania człowieka, a także do naruszania bezkarnie konkretnych zapisów kodeksów (najczęściej zza bezpiecznej zasłony dowolnych pseudonimów). A pełną swobodę posługiwania się każdą retoryką, włącznie z taką, której do niedawna po prostu między przyzwoitymi ludźmi nie godziło się używać, zaczyna się ogłaszać miernikiem naszej wolności w jej wymiarze powszechnym.
Sprawę cenzury i odpowiedzialności za słowo dotyka też w swojej rubryce Jan Klata, pisząc w tekście "Sympathy for the Devil" o kontrowersyjnej wypowiedzi (żarcie?) Larsa von Triera na festiwalu w Cannes (możesz ją zobaczyć tutaj).

W kręgu spraw polskich pozostają też arcyciekawe rozmowy: z teatrologiem Dariuszem Kosińskim "Dziady Smoleńskie" o polskim romantyzmie oraz z posłem PJN Janem Filipem Libickim "Krótka rozprawa o zaciskaniu zębów", w którym poruszone zostają takie tematy, jak aktualne zwyczaje polityczne, patriotyzm i jego związki z Kościołem.

W numerze znajdziecie również m.in. piękny tekst Andrzeja Stasiuka o matce ("Radio wszystkich świętych"), artykuł o Muzeum Sztuki Współczesnej w Krakowie oraz analizę sytuacji polskiego kina dokumentalnego. Ponadto dwa dodatki (z cyklu śląskiego oraz o Europie środkowej), spora grupa tekstów o aktualnościach ze świata (Szkocja, Libia, Pakistan, Krym) i oczywiście recenzje książek i innych wydarzeń kulturalnych. Jest co czytać.

I  jeszcze krótko o nowej odsłonie miesięcznika "Znak". Obchodzi on właśnie 65. rocznicę istnienia i z tej okazji znów zmienia swoją formułę - tym razem dosyć radykalnie, ale chyba na lepsze. Nowa, bardziej "dynamiczna" szata graficzna, inny papier i większa różnorodność materiałów. Dotychczas każde wydanie zdominowane było przez jeden temat, któremu towarzyszyły co najwyżej mniejsze materiały (np. historyczne lub kulturalne). Przeglądając najnowszy numer odnosi się wrażenie, że teraz tych "tematów numeru" jest więcej (Kreatywna Polska oraz Kościół otwarty + teologia Obirka + książka Graczyka o "Tygodniku Powszechnym"). To wszystko sprawia, że pismo sprawia wrażenie bardziej atrakcyjnego, nowoczesnego i różnorodnego - bez rezygnacji z dotychczasowych ambicji. Jak dla mnie bomba. :)

To pewnie tyle. Nie pozostaje mi nic innego, jak jeszcze raz zachęcić do lektury i życzyć owocnego czytania. A ja postaram się wkrótce powrócić z nowymi notkami, bo wiele się ostatnio dzieje i jest o czym pisać.

niedziela, 10 kwietnia 2011

Czarny baran na Rocznicę


W ostatnim numerze Tygodnika Powszechnego (15/2011) znaleźć można obszerny materiał związany z rocznicą katastrofy smoleńskiej pt. Rok antyżałoby, którego częścią jest ankieta wśród osobistości życia publicznego (wypowiadają się m.in. Andrzej Zoll, Jerzy Sosnowski, Paweł Śpiewak). Opublikowany tam komentarz Andrzeja Stasiuka uważam za najbardziej trafny i wyrażający także i moją opinię na sprawę. Pozwalam więc sobie przytoczyć słowa pisarza w całości:

Mam w Wołowcu stado owiec. A słuchając jednej z audycji radiowych, występowali w niej m.in. Kurski i Jakubiak, pomyślałem, że dokupię czarnego barana i nazwę go „Smoleńsk”. Wolno mi, bo po 10 kwietnia zabrnęliśmy w groteskę i surrealizm. Rozdęte urzędnicze ego nie pozwala o sobie zapomnieć nawet po śmierci, ci ludzie nie żyją, a nadal mają fioła na swoim punkcie, słyszę, że ci, którzy wtedy siedzieli w samolocie, to byli święci, że zginęła elita elit. Prawda jest znacznie bardziej prozaiczna – w absurdalnej katastrofie zginęło kilkudziesięciu urzędników państwowych, bo ktoś wpadł na pomysł, żeby lecieli na uroczystości jednym samolotem. Jeśli można tak powiedzieć, to była po prostu katastrofa. Koniec świata nie nastąpił, kraj nadal funkcjonuje, Rosjanie nie wjechali czołgami. Rozumiem żałobę rodzin, ale egzekwia, które są nieustannie sprawowane od roku, to nic innego jak marketing emocji połączony ze zwyczajnym szantażem. Dlaczego bije się nas po głowach tym wydarzeniem, dlaczego to cierpienie jest tak widowiskowe i nabiera wyłącznie politycznego wymiaru, dlaczego wypadek lotniczy staje się kluczowym argumentem politycznym? Przecież żałoba nie może trwać w nieskończoność.

Z wydarzeń, które rozegrały się w ciągu minionego roku, najbardziej zapamiętam zamieszanie wokół krzyża na Krakowskim Przedmieściu. Ująłem się wówczas w jednym z wywiadów za kobietami, które go broniły. Jakoś poirytowała mnie sytuacja, w której tzw. polska lewica uznała obrońców krzyża za dobry cel ataku. Prawdziwa lewica ujęłaby się za tymi odsuniętymi, poniżanymi na co dzień ludźmi, którzy dali się w łatwy sposób i w dobrej wierze zmanipulować. 

Są i dobre sygnały: byłem właśnie u swoich sąsiadów w Wołowcu, trochę rozmawialiśmy. I proszę sobie wyobrazić, że słowo "Smoleńsk" nie padło tam ani razu.

Mieliśmy ważniejsze tematy.

piątek, 24 grudnia 2010

Podarek na Boże Narodzenie


Boże Narodzenie


W tym roku grzmiano w mediach
o niezatracaniu wartości świąt.
Krytykowano pierogi, bombki i prezenty,
bo "o co innego chodzi".

Skrajnie radzono nawet,
żeby w wigilię poprzestać
na słowie i opłatkach,
ewentualnie świecy,
która symbolizuje Bliskość.

Śmiałam się w duchu
lepiąc od rana uszka,
mieszając groch z kapustą
o jedenrazrocznym aromacie.

Wyjęłam z pudełka
nowe słomiane gwiazdki
(kupione wcale nie okazyjnie).

Dałam znak prababci
- przyszła po cichu
razem wieszałyśmy gwiazdki na jedlinie
na palcach sięgając ku najwyższym gałęziom,
jak ku niebiosom.

Babciu, szepnęłam, rozświetlając niebo nad ziemią,
jak tam jest?
- Dobrze, ale czasami tęskno nam za ziemią.
Wy wciąż jesteście tak potrzebni sobie,
my tam - westchnęła - mamy wszystko...

B. N. 2005

Z tomu "Podarki" Aleksandry Dąbrowskiej (Tuchów 2007), którą niniejszym (razem z mężem i córeczką) gorąco pozdrawiam!

poniedziałek, 1 listopada 2010

Święci nie są gwiazdami porno


Moim największym odkryciem poetyckim tego roku jest Piotr Macierzyński. Jest to już uznany autor z czterema tomikami na koncie, ja jednak dopiero niedawno zapoznałem się z jego twórczością. Jego wiersze są dosyć dosadne, nieraz brutalne, ale nigdy banalne, czy miałkie. Jest w nich dużo humoru, celnej obserwacji, a także diagnozy otaczającej nas rzeczywistości. Nie poprzestają one jednak na doraźnych konstatacjach, ale zawsze znaleźć w nich można treści uniwersalne, a nawet metafizyczne. Dzisiaj, w dzień Wszystkich Świętych, chciałbym przywołać tu utwór z tomu Odrzuty (Kraków: Korporacja Ha!art, 2007):

Święci to się nie liczą

święci nie są gwiazdami porno
nie mają willi nad morzem
nawet nie święcą sukcesów w boksie zawodowym

nie znamy rekordu świata w odmawianiu modlitwy bez przerwy
gdy umierają nie ma telewizji
jest jeden świadek żadnego dziennikarza i co tu ma się podobać

święci to się nie liczą
czy widział ktoś aby na przykład księgowy został świętym
liczy się szybki samochód zgrabne nogi morderstwo na ulicy

tak święci to się nie liczą
ze swoją epoką z reklamą z mafią
nawet z własnym życiem

poniedziałek, 3 maja 2010

List pasterski


Nie należę do entuzjastów tzw. "listów pasterskich", które nasi biskupi co jakiś czas kierują do swojej "owczarni". Niestety rzadko się zdarza, by mieli coś naprawdę sensownego do przekazania. List arcybiskupa Józefa Życińskiego czytany wczoraj w parafiach archidiecezji lubelskiej jest jednym z tych niewielu pozytywnych wyjątków - przynajmniej w części. Jestem wdzięczny arcybiskupowi za to, że nie po raz pierwszy wykazał się odwagą, by sprzeciwić się jakiejś niezdrowej tendencji, która rozprzestrzenia się w polskim Kościele. Tym razem, pisząc o patriotyzmie, poruszył sprawę katastrofy pod Smoleńskiem, aby przywrócić jej właściwe proporcje i przestrzec przed postawami, które niczemu dobremu nie służą. To zresztą bardzo ciekawe, że arcybiskup zdecydował się napisać coś bardzo niewygodnego - także dla wielu księży, którzy mieli to na ambonie przeczytać (a tak swoją drogą ciekawe, czy wielu z nich pokusiło się o jakąś prywatną "cenzurę" w tej kwestii - wcale bym się nie zdziwił). Oto fragment, który tak mi się spodobał:

Współcierpieć bez patosu

W doświadczeniu wyjątkowej dawki bólu ważne jest każde słowo, w którym znajduje wyraz głębia naszego bólu. Należy unikać słów stwarzających wrażenie przesady. Tymczasem niektórzy z naszych bliskich używają języka patosu, nazywając bliskich nam zmarłych „męczennikami”. W tradycji chrześcijańskiej nazywamy męczennikiem kogoś, kto oddał życie za wiarę, np. o. Maksymiliana Kolbego lub ks. Jerzego Popiełuszkę. Nie odnosimy jednak tego terminu do osób, które zginęły w katastrofach. Język polski jest dostatecznie bogaty, by wyrazić nasz szacunek dla nich bez nadużywania terminów, które mają ścisły sens teologiczny. Nadużywanie niewłaściwych słów może łatwo prowadzić do zbanalizowania tragedii, gdy głęboki sens dramatu ludzkiego cierpienia zostanie przesłonięty potokiem słów.

Wiele osób, którym trudno jest pojąć wstrząsające misterium cierpienia, chciałoby szybko wyjaśnić, kto konkretnie jest winien powstałej tragedii. Popularne stają się wtedy podejrzenia i teorie spiskowe. Nie rańmy prywatnymi tłumaczeniami tych, którzy cierpią. Pozostawmy szczegółowe wyjaśnienia spornych kwestii kompetentnym komisjom. Umiejmy zamilknąć, gdy wymaga tego kultura płynąca z wiary religijnej. Zauważmy, że Chrystus nigdy nie wskazuje, kto personalnie ponosi odpowiedzialność za Jego Mękę. Zmagający się z bólem Hiob nie stawia pytania „kto jest winien?”. Prorok Izajasz ufa w realiach niewoli babilońskiej, że leczące działanie łaski Bożej jest silniejsze od przejmującej dawki cierpień niesionych przez zniewolenie. Pisze on z nadzieją i zaufaniem Bogu: „Pan da ci pokój po twych cierpieniach i kłopotach” (Iz 14,3). W tej wielkiej duchowej tradycji nie wolno nam reagować na dramat cierpienia krzykiem domysłów czy bezpodstawnych oskarżeń. W rozważaniu ran i Męki Chrystusa trzeba natomiast poszukiwać sensu dla naszych piekących ran, aby przeciwdziałać pokusie zniechęcenia i rozpaczy. Koncentrując uwagę na przesłaniu Zmartwychwstałego Chrystusa, mimo bólu, będziemy mogli wtedy powtórzyć za Tomaszem Apostołem „Pan mój i Bóg mój” (J 20, 28).

Zamiast tropić podejrzanych i w ich stronę kierować nieodpowiedzialne oskarżenia, chrześcijanin winien podjąć trudne pytanie: czego Bóg oczekuje od nas w zaistniałej sytuacji? Jaka powinna być nasza odpowiedź, abyśmy potrafili pełniej wyrażać naszą miłość do Ojczyzny i szacunek dla współbraci? Zauważmy, że w modlitwie przy trumnach zjednoczyło nas poczucie tego samego szacunku, bez względu na to, jakie były sympatie polityczne ofiar katastrofy. Byłoby czymś niewłaściwym, gdybyśmy potrafili odnosić się z szacunkiem do naszych bliźnich dopiero po ich śmierci. Umiejmy więc wyprowadzić wnioski o potrzebie kultury politycznej, w której nawet wtedy, gdy różnimy się poglądami, potrafimy wyrażać te różnice bez ośmieszania, poniżania czy prób niszczenia innych osób. Doświadczając grozy i majestatu śmierci, zechciejmy pamiętać, że interesy partyjne czy sukces w wyborach nie mogą być nigdy ważniejsze niż szacunek dla godności naszych bliźnich, bez względu na to jaką partię reprezentują. Niech w naszym codziennym życiu wyraża się konsekwentnie szacunek dla tych wartości, które jednoczyły wszystkich opłakiwanych zmarłych.

Słowo Metropolity Lubelskiego na niedzielę przed uroczystością Matki Bożej Królowej Korony Polskiej (fragment)

Źródło: Serwis Archidiecezji Lubelskiej
A Wy co o tym myślicie?

środa, 14 kwietnia 2010

Okrutnie


Korekta

Tadeusz Różewicz

Śmierć nie poprawi
w zwrotce ani jednej linijki
to nie korektorka
to nie życzliwa pani
redaktorka

zła metafora jest nieśmiertelna

kiepski poeta który umarł
jest kiepskim zmarłym poetą

nudziarz po śmierci nudzi
głupiec zza grobu
jeszcze głupstwa gada

Wiersz znaleziony w komentarzach na blogu Jerzego Sosnowskiego

niedziela, 4 kwietnia 2010

Zamiast kartki wielkanocnej


EMILY DICKINSON

809 (
Unable are the Loved)

Nie mogą umrzeć ukochani
Bo miłość to Nieśmiertelność,
Nie, to jest Boskość -

Nie mogą umrzeć - kochający
Bo miłość przekształca życie
W moc Boską.

c. 1864 (1932)

tłum. Ludmiła Marjańska

Fra Angelico, Zmartwychwstanie, 1440-41 r.
Fresk, 189 x 164 cm
Klasztor San Marco, Florencja (Włochy)

piątek, 2 kwietnia 2010

Wielki Piątek


Sonet XIII

JOHN DONNE


A gdyby to dziś była ostatnia noc świata?
Twarz Ukrzyżowanego w koronie cierniowej
Wrysuj mi w serce, duszo, i słowem swej mowy
Odpowiedz, czy ten widok lękiem cię przygniata?
W łzach gaśnie Jego oczu przedziwna poświata,
Krew w bruzdy czoła spływa z poranionej głowy;
Miałbyż cię wtrącić w piekło surowymi słowy
Język, co łaski prosił dla mściwego kata?
Nie, nie: wiem dobrze, nieraz mawiałem albowiem,
Swoich świeckich kochanek namiętny zelota,
Że piękno miłosierdzia jest znakiem, szpetota
Znakiem srogości; tak też i tobie dziś powiem:
Jak się z ohydą kształtów złe serce kojarzy,
Tak dobroć ducha widać w pięknie Jego twarzy.

(tłum. Stanisław Barańczak)

Hieronim Bosch, Chrystus dźwigający krzyż, 1515-16 r.
olej na desce, 74 x 81 cm,
Museum voor Schone Kunsten, Gandawa (Belgia)

czwartek, 28 stycznia 2010

Zamiast podsumowania książkowego


Nie dam rady! Próbowałem i nie dam rady zrobić w tym roku nawet szczątkowego podsumowania przeczytanych książek. Dzięki ocenom wystawionym na BiblioNETce i Goodreads obliczyłem, że w 2009 r. przeczytałem ok. 60 książek. Nie jest to jakaś zastraszająca liczba, ale i tak nie byłem w stanie wybrać "tych najlepszych".

Początkowo do zadania próbowałem podejść w podobny sposób, jak poprzednio, tzn. wziąć po uwagę tylko pozycje wydane w tym roku. Zaraz jednak żal mi się zrobiło tego mnóstwa tegorocznych tytułów, które dopiero czekają na półce na swoją kolej.

Potem było jeszcze kilka innych przymiarek, włącznie z tą najsensowniejszą tzn. wybrać najlepsze pozycje w różnych kategoriach. Ale i to przerosło moje siły. Dlatego w tym roku książkowych podsumowań nie będzie. I nie dzieje się tak ponieważ książki są dla mnie mniej ważne niż film i muzyka, którym poświęciłem ostatnio tyle miejsca, ale właśnie dlatego, że jest wręcz przeciwnie - są tak istotne, że nie będę ich na siłę wciskał w wąskie szufladki plebiscytów.

O tym jak ważna jest dla mnie literatura i książka pisałem odrobinkę bodajże w pierwszym konkretnym poście na tym blogu. Gdybym się rozkręcił, to pewnie napisałbym całą książkę na ten temat. Mógłby to być esej podobny do Jak powieść Daniela Pennaca lub ExLibrisu Anne Fadiman (niedługo wznowienie w wydawnictwie Znak); albo bibliofilskie wyznanie literackie, jak Bohumila Hrabala Zbyt głośna samotność, Dom z papieru C. M. Dominigueza, czy Cień wiatru Zafona. A najpewniej jakiś felietonik wzorem świetnego cyklu Andrzeja Rostockiego z "Książek w Tygodniku", dodatku do "T. Powszechnego".

Póki co proponuję jednak fragment tekstu Piotra Wojciechowskiego na temat czytania. Pochodzi on z artykułu będącego głosem w najnowszej debacie "Tygodnika Powszechnego" nt. literatury ostatniego dwudziestolecia Co pisarzom po wolności? (Krakusi to jednak uwielbiają wszelkiego rodzaju debaty, a ponieważ ja z tamtych stron, więc tę ich miłość podzielam). Nie muszę chyba zaznaczać, że pod tymi słowami Wojciechowskiego podpisuję się "oboma ręcoma"!

WSPÓLNOTA CZYTAJĄCYCH
Piotr Wojciechowski

Polacy zmarnieją, nie czytając dobrych książek, złajdaczą się, zgłupieją, zapiją albo zapracują na śmierć. W najlepszym wypadku wyjadą na saksy, gdzie zniemczą się czy poturczą. Bez obiegu polskiego słowa, niosącego krwinki myśli, obumierać będzie cała kultura – plastyka, teatr, muzyka, architektura, balet i kino. Będzie to nędzna śmierć, bo poprzedzona utratą twarzy. Odżywianie się surogatami obcego pochodzenia, nawet tymi w najlepszych opakowaniach, taką utratę powoduje.

Dlatego czytelnicy muszą iść i kupować książki. Rodzice powinni odejmować sobie od gęby, aby je kupić dzieciom. Bogacze powinni porzucić myśl o nowym większym samochodzie, aby zapraszać pisarzy do salonów i organizować im wieczory literackie. Powinni fundować biblioteki w małych miastach, zakładać wiejskie księgarnie, nie pytając o rentowność. Nawet politycy powinni od czasu do czasu wyciągnąć się za włosy z tego, czym jest ich profesja, powinni czytać, rozmawiać o książkach – a potem bronić spraw książki w Sejmie, Senacie, ministerstwach.

Profesorowie nie mogą ulegać presji studentów, a raczej przekonać ich, że propozycja przeczytania książki nie jest złośliwym aktem agresji. Oficerowie powinni wymagać oczytania od swoich podwładnych, a nawet od generałów. I minister słusznie nam fundujący nowe instytucje, muzea, filharmonie powinien myśleć, co zrobić, aby wychować czytelników – bo tylko ludzie książki przyjdą do muzeów, do teatrów, do filharmonii, tylko ludzie książki odróżnią film od konfekcji. Gazety i czasopisma muszą mądrze propagować książki, bo wymierają im czytelnicy. Dom, w którym się czyta, wychowuje przyszłych nabywców i prenumeratorów.

Z biernych gapiów nie zrobi się społeczeństwa. Póki palą się reflektory i kamery, póty patrzą. Potem, pilnie strzegąc zakupów, zamkną się w domach. A obywatelem jest się przez siedem dni w tygodniu, od świtu do poduszki. I jeśli do poduszki nie ma lektury, zadającej niegłupie pytania, człowiek może zapomnieć, że jest obywatelem. Społeczeństwo obywatelskie jest wspólnotą czytającą.

Fragment tekstu Piotra Wojciechowskiego, Wieniec dla nieznanego czytelnika, "Tygodnik Powszechny" nr 4 (3159), 24 stycznia 2010, s. 45.
Piękne chwile w St. James's Park, Londyn, lato 2007

czwartek, 24 grudnia 2009

Zamiast kartki na Boże Narodzenie


Skazany na wiarę

Wojciech Bonowicz

Boże Narodzenie – czyli co? Scena opowiedziana przez znajomych: ich czteroletnia córka szuka czegoś pod choinką, gdzie stoi szopka. Dziewczynka przesuwa figurki, coś przy nich – jak się mówiło u mnie w domu – majstruje. „Zuziu, co tam robisz?”, „Zmieniam Panu Jezusowi pieluchę. Bo kupę zrobił”.

Bóg w naszym świecie. Urodził się jak my, miał ciało jak my, „we wszystkim do nas podobny”, jak powiada Pismo. Ile by się na ten temat nie czytało i nie rozmyślało, jeśli się w to wierzy, ma się w głowie zamęt. No bo jak zrozumieć, że Bóg „się rodzi”? Że Bóg i człowiek odtąd będą razem, jednym? Zamiast wielkiego rozdzielenia – wcielenie. Zamiast budzącego lęk sacrum – dziecko, które płacze, szuka piersi i które trzeba przewinąć, jeśli ma mokro. Nieskończoność wlana do maleńkiego naczynia? Odwieczne dobro, które zanim dorośnie, musi być małym egoistą, żeby przeżyć? Wszechmoc, którą trzeba ukryć, żeby jej nie zamordowano? O co tu chodzi?

Na długiej drodze rozumienia, którą przeszło chrześcijaństwo, nie posunęliśmy się zbyt daleko. Tajemnica ma pozostać tajemnicą.

Kiedy język napotyka tajemnicę, wywraca się, plącze i próbuje się ratować. Ratunkiem są metafora i paradoks. To jak
by dwie ręce wyciągnięte (najdalej jak się da) w stronę niewyrażalnego. Czy są w stanie cokolwiek – nie mówię: objąć, ale przynajmniej – uchwycić? Nie wiemy. Mamy nadzieję, że chociaż wskazują kierunek. Tak jest u św. Jana: „A Słowo stało się ciałem”. I tak jest w najpiękniejszej polskiej kolędzie: „Ogień krzepnie, blask ciemnieje”. Ale paradoks i metafora działają w ten sposób, że odsłaniając, równocześnie tworzą nowe zasłony. Nic w tym złego, byle tylko o tym nie zapominać. „Ostateczna odsłona” i tak nie jest możliwa. Skazani jesteśmy na to, by widzieć niejasno, a w każdym razie podwójnie. Oto małe, ludzkie dziecko. Oto nieskończony Bóg. Te obrazy nakładają się na siebie, ale nigdy ostatecznie się nie nałożą. Widzimy podwójnie i to właśnie jest wiara.

Więc kiedy przychodzą Święta, pierwsze, o czym myślę, to ograniczenia naszej wiary. One się biorą nie tylko z tajemnicy, z którą przychodzi się nam zmierzyć, i ze słabości języka. Tkwią również w naszych pragnieniach. Jednym z nich jest pragnienie, aby „być pewnym Boga”. Niech Bóg się rodzi, ale na naszych warunkach. Niech nas nie zaskakuje, nie wytrąca z równowagi, nie łapie za rękaw. A Bóg nie chce tak przychodzić. W każdym razie – nie Bóg Ewangelii. On chce przychodzić nie w porę, jak złodziej. Budzić nas, jak małe dziecko nocą, kiedy mamy ochotę odpocząć. Pojawiać się tam, gdzie sam chce, a nie w wyznaczonych miejscach. Na tym polega, jak to kiedyś ujął ks. Józef Tischner, „tajemnica wiary ewangelicznej: widzieć Boga tam, gdzie się Go najmniej spodziewamy. Choćby w stajni...”.

Tyle o wierze. A niewiara? Co ona ma z tych Świąt? Czy ma powód, żeby świętować? Czy chodzi o to tylko, żeby ludzie na moment poczuli się – albo nawet stali – lepszymi? A może i ona ma okazję dotknąć swoich ograniczeń? Może i ją można zbudzić, zaskoczyć, złapać za rękaw? Richard Dawkins w zakończeniu swojej książki „Bóg urojony” pisze: „Jestem bardzo szczęśliwy, że przyszło mi żyć w czasach, gdy ludzkość przekracza dawne granice rozumienia. Więcej, gdy okazuje się, że może nie ma przed nami żadnych granic!”. Rozumiem entuzjazm Dawkinsa, a jednak z jakiegoś powodu bardziej ufam paradoksom. Tam, gdzie wszystko staje się wytłumaczalne, życie traci sens. (Ktoś to napisał przede mną. Ale kto? Nie pamiętam.)

Wojciech Bonowicz - poeta i publicysta

Tekst ukazał się w "Tygodniku Powszechnym" w numerze 51-52 (3050-3051) z 23 grudnia 2007 r.

Georges de La Tour, Nowo narodzony,
ok. 1648 r., olej na płótnie, 76 x 91 cm
Musée des Beaux-Arts, Rennes

niedziela, 1 listopada 2009

Odeszli wszyscy do jasnego świata

W języku swahili zmarli, którzy pozostają w pamięci innych, nazwani są "żywymi zmarłymi", na dobre stają się martwymi tylko wtedy, gdy wszyscy, którzy ich znali, już nie żyją.
(David Lowenthal)


Henry Vaughan

***

Odeszli wszyscy do jasnego świata!
A ja samotny wciąż tu stoję;
Sama ich pamięć pasma światła wplata
W posępne dumanie moje.

W mej piersi chmurnej jarzy się, żarliwa,
Jak gwiazda ponad mrocznym borem,
Lub jak poświata, co wzgórze okrywa,
Gdy słońce gaśnie wieczorem.

Widzę ich: kroczą, przyodziani w blaski,
Depczą swój żywot tęczą chwały;
Żywot tak zawsze przyćmiony i płaski,
Od dawna zgniły, spróchniały.

Nadziejo święta! Pokoro wspaniała,
Wysoka jak niebiańskie włości!
Takieś mi górne ścieżki ukazała,
By rozgrzać chłód mej miłości,

Ty, piękna Śmierci! skarbie sprawiedliwych,
Klejnocie, lśniący tylko w mroku!
Ileż tajemnic twój proch kryje żywych,
Choć niedostępnych dla wzroku!

Kto znalazł gniazdko, widzi gołym okiem.
Że puste; lecz na jakim drzewie
Ptak teraz śpiewa, nad jakim potokiem -
Tego już człowiek ów nie wie.

A jednak, tak jak duszę w sen spowitą

Anielska czasem wzywa sfera,
Tak myśl materię nieraz pospolitą
Porzuca i w blask spoziera.

Gwiazda, gdy więzić ją w grobowcu ciasnym,
Musi się zgodzić na zamknięcie;
Lecz wróć jej przestrzeń - wnet się punktem jasnym
Wyróżni na firmamencie.

Ojcze wiecznego żywota, wszystkiego,
Co chwałą władza Twa okrywa!
Z świata niewoli prowadź ducha Swego
Tam, gdzie jest wolność prawdziwa.

Albo mgłę rozprosz, co lotną powłoką
Przed mą lunetą wciąż się przędzie,
Albo mnie wynieś na górę wysoką,
Gdzie szkieł nie trzeba mi będzie.

(tłum. S. Barańczak)




***

They are all gone into the world of light!
And I alone sit ling'ring here;
Their very memory is fair and bright,
And my sad thoughts doth clear.

It glows and glitters in my cloudy breast,
Like stars upon some gloomy grove,
Or those faint beams in which this hill is drest
After the sun's remove.

I see them walking in an air of glory,
Whose light doth trample on my days:
My days, which are at best but dull and hoary,
Mere glimmering and decays.

O holy Hope! and high Humility,
High as the heavens above!
These are your walks, and you have show'd them me,
To kindle my cold love.

Dear, beauteous Death! the jewel of the Just,
Shining nowhere, but in the dark;
What mysteries do lie beyond thy dust,
Could man outlook that mark!

He that hath found some fledg'd bird's nest may know,
At first sight, if the bird be flown;
But what fair well or grove he sings in now,
That is to him unknown.

And yet as Angels in some brighter dreams
Call to the soul, when man doth sleep:
So some strange thoughts transcend our wonted themes,
And into glory peep.

If a star were confin'd into a tomb,
Her captive flames must needs burn there;
But when the hand that lock'd her up gives room,
She'll shine through all the sphere.

O Father of eternal life, and all
Created glories under Thee!
Resume Thy spirit from this world of thrall
Into true liberty.

Either disperse these mists, which blot and fill
My perspective still as they pass:
Or else remove me hence unto that hill,
Where I shall need no glass.



środa, 13 maja 2009

Podarek na 30-te urodziny


Stało się. Właśnie stuknęła mi "trzydziestka". Z tej okazji postanowiłem zrobić sobie prezent. Wiersz mojej przyjaciółki (z tomu "Podarki"):

Biały wiersz
Aleksandra Dąbrowska (po mężu Friedl)

dni podchodzą
do mojego łóżka
stoją wyblakłe
skupione

trzymają naręcza kwitnącej jabłoni
kiwają głowami
przychodzą tak cicho
i jeszcze ciszej odchodzą
(może to mgła wytłumia ich kroki?)

przedzierzgają się w krótkie noce

idą idą tłumnie
po dwa
po trzy
czwórkami
wiją się białą wstęgą

koniuszek
który trzymam w ręce
to jakieś pięć sześć dni
do tygodnia
- nie więcej


sobota, 11 kwietnia 2009

Zamiast kartki wielkanocnej


JOHN DONNE

Sonet X

Śmierci, próżno się pysznisz; cóż, że wszędy słynie
Potęga twa i groza; licha w tobie siła,
Skoro ci, których - myślisz - jużeś powaliła,

Nie umrą, biedna Śmierci; mnie też to ominie.


Już sen, który jest twoim obrazem jedynie,
Jakże miły: tym bardziej więc musisz być miła,
Aby ciała spoczynek, ulgą duszy była
Przynętą, która łudzi, wabi w twe pustynie.

Losu, przypadku, królów, desperatów sługo,
Posłuszna jesteś wojnie, truciźnie, chorobie;

Łatwiej w maku czy w czarach sen znaleźć niż w tobie


I w twych ciosach; więc czemu puszysz się aż tak długo?
Ze snu krótkiego zbudzi się dusza człowieka

W wieczność, gdzie Śmierci nie ma; Śmierci, śmierć cię czeka.


(tłum. Stanisław Barańczak)

Piero Della Francesca, Zmartwychwstanie, 1463-65 r.
Malowidło naścienne, fresk, tempera, 225 x 200 cm
Pinacoteca Comunale, Sansepolcro, Włochy


I jeszcze oryginał oraz inne tłumaczenie:

JOHN DONNE
Sonnet X

Death, be not proud, though some have called thee
Mighty and dreadful, for, though art not soe,

For, those, whom you think'st, thou dost overthrow,

Die not, poor death, nor yet canst thou kill me.

From rest and sleepe, which but thy pictures bee,

Much pleasure, then from thee, much more must flow,

And soonest our best men with thee doe goe,
Rest of their bones, and soules deliverie.

Thou art slave to Fate, Chance, kings, and desperate men,

And dost with poyson, warre and sicknesse dwell,

And poppie, or charme can make us sleepe as well,

And better than thy stroake; why swell'st thou then?
One short sleep past, wee wake eternally,
And death shall be no more; death, thou shall die.



Sonet X
Śmierci, zbądź dumy, choć cię nazywali
Straszną potęgą, bo nie jesteś taka;

Ci, których, myślisz, siłą swą przewracasz

Nie umrą, biedna, i mnie nie powalisz.

Ze snu, spoczynku, twych obrazów, wiele

Rozkoszy, z ciebie więcej płynąć musi,

Szybko za tobą idą dzielni ludzie,
Spoczynek kości i ich dusz zbawienie.

Tyś niewolnicą przypadku i władzy,
Mieszkasz z trucizną, wojną i chorobą,

Opium i czary łatwo sen dać mogą,
Lepiej niż cios twój; nadymasz się dalej?

Po krótkim spaniu wiecznie się budzimy

I śmierci już nie będzie; śmierci, pomrzesz.


(tłum. Jacek Spólny)

Żołnierze i niewiasty czuwające u grobu, 420-430 r.
kwatera plakietki, płaskorzeźba w kości słoniowej, 75 x 99 mm,
British Museum, Londyn, Wielka Brytania

poniedziałek, 22 grudnia 2008

Zamiast kartki na Boże Narodzenie


Holy Iona, czyli Kartka z podróży

ZBIGNIEW HERBERT

Nie wiem dlaczego, ale od paru lat nawiedza mnie obraz wyspy. Wyspy nie należą do krajobrazu mego dzieciństwa. Urodziłem się w środkowej Europie, w połowie drogi między Morzem Bałtyckim a Czarnym. Pejzaż mojej młodości to podlwowskie okolice: jary i łagodne pagórki porośnięte sosną, na której najpiękniej kwitnie pierwszy sypki śnieg. Morze było tam czymś niewyobrażalnym, a wyspy miały posmak baśni.

Była późna jesień, kiedy zdecydowałem się w małym szkockim porcie Oban popłynąć na jedną z wysp Hebrydów. Cel podróży - Holy Iona. Przymiotnik figurujący przy nazwie oznacza "świętą", gdyż od tego skrawka ziemi we wczesnym średniowieczu rozpoczął św. Kolumban nawracanie Celtów. Według wiarogodnych świadectw wylądował na piaszczystej plaży w towarzystwie paru zakonnych braci. Była to jedna z najbardziej pokojowych misji religijnych, nie tak kolorowa od ognia i krwi jak wyprawy krzyżowe, ale za to bardziej duchowa. Podania mówią o długich nocnych rozmowach św. Kolumbana z celtyckimi druidami.

Tylko dzięki wyjątkowej życzliwości szkockich rybaków - jako że pora była późna i regularna żegluga statkiem od paru tygodni zawieszona - dotarłem na wyspę Mull. Pustym autobusem przeprawiłem się na drugi jej koniec, do małej osady rybackiej (jeśli osadą godzi się nazwać parę rozproszonych domków) położonej na wprost Holy Iona. Tutaj gospodyni, u której zamieszkałem, wydzwaniała w ciemną noc rybaków, którzy zechcieliby popłynąć ze mną.

Zimny, wilgotny, siwy ranek. Stoję w pobliżu jetty, która jest po prostu betonową ścieżką wchodzącą w morze. Ocean jest wzburzony, wysokie fale rozbijają się na skałach urwistego brzegu. Nagle z mgły wyłania się mała łódka rybacka płynąca w moim kierunku. Było to jak podanie ręki marzeniu.

Na Holy Iona jest klasztor i kościół - jeden z najpiękniejszych zespołów romańskich Północy. Osłonięty od zachodu okalającymi wzgórzami, ale mimo to napełniony słoną bryzą, przysadzisty, zbudowany z piaskowca o rudym odcieniu. Mury są grube, całość zabudowań uderzająca jednością stylu robi wrażenie fortecy zbudowanej przeciwko wiatrom. Wzrok musi przyzwyczaić się, aby w ciemnym wnętrzu kościoła rozpoznać pięknie rzeźbione kapitele i detale architektoniczne, które mają kolor bladego seledynu i zatarty rysunek, jakby wydobyto je z dna morza.

W środku zabudowań klasztornych - chiostro. Chiostro włoskie jest zawsze rajem zamkniętym w architekturę arkad, rajem z fontanną, pełnym kolorowych kwiatów i krzewów. Tutaj tylko soczysta trawa, a w środku bardzo nowoczesna, ale nieburząca nastroju rzeźba przedstawiająca Madonnę. Na rzeźbie napis, żeby było dziwniej, po francusku.

Ów napis brzmi: "Leo Lipschitz - Żyd wierny wyznaniu swo¬ich przodków - wyrzeźbił tę Madonnę, aby ludzie porozumieli się między sobą i aby duch zapanował na ziemi".


Wtedy uświadomiłem sobie, że podróżuję po Europie po to, aby z długich i dramatycznych dziejów ludzkich wydobyć ślady, znaki utraconej wspólnoty. Dlatego romańska kolumna z Tyńca koło Krakowa, tympanon z kościoła św. Petroneli koło Wiednia i płaskorzeźby w katedrze Św. Trofima w Arles były dla mnie zawsze nie tylko źródłem przeżyć estetycznych, ale uświadomieniem sobie, że istnieje ojczyzna
szersza niż ojczyzna swojego kraju. I wdzięczny jestem żydowskiemu artyście, że mając pod ręką tyle słów nienawiści, zdobył się na słowa pojednania. I zdaje mi się, że ta mała kartka z podróży jest kartką z morałem.

Do portu, gdzie czekał na mnie cierpliwy rybak, idzie się przez cmentarz. W rudej trawie leżą płyty grobowe panów szkockich. Przez butwiejące liście i słoną wodę płyną do swej dalekiej wieczności rycerze zakuci w skorupę zbroi. Ich rysy są nie do odczytania. Płaskie, podobne do siebie tw
arze owadów. Wróciłem na wyspę Mull. Po kolacji gospodyni prosiła mnie, abym postawił małą lampkę w oknie wychodzącym na Holy Iona. Taki jest zwyczaj. Nocą światła obu wysp rozmawiają ze sobą.

Nie wiadomo, co przyniesie przyszłość i jak długo trwać będzie rozdarcie świata. Ale dopóki w jedną bodaj noc roku światła tej ziemi będą się pozdrawiały, niecała chyba nadzieja jest pogrzebana.


Cyt. za: Zbigniew Herbert, "Mistrz z Delft" i inne utwory odnalezione, Warszawa 2008, s. 19-20.


czwartek, 18 grudnia 2008

ŻYCIE I CZASY CHARLESA M. SCHULZA (odc. 4)

DAVID MICHAELIS Piórkiem do tuszu Schulz rysował codziennie przez następne trzy dekady. Zawsze pracował sam, bez asystentów. Mówił o sobie: "fanatyk". Dla tego powątpiewającego w swoje możliwości perfekcjonisty komiks okazał się idealną formą wyrazu, ponieważ wymagał od twórcy metodyczności. Rysownik wstaje, siada do pracy, rysuje odpowiednią liczbę obrazków i kładzie się z poczuciem, że zrobił swoje. Równocześnie jednak sumienność Schulza była wystawiona na ciężką próbę. Nowe obowiązki, jakie nakładała na niego rola światowej sławy autora, wprawiały go w stan ciągłego niepokoju. Z jednej strony, uwielbiał bywać w towarzystwie i otrzymywać prestiżowe nagrody, z drugiej, nie cierpiał opuszczać domu i rezygnować ze swoich codziennych przyzwyczajeń. Czuł, że powinien poznawać ludzi i świat, ale jego fobie związane z podróżowaniem rosły - wpadał w panikę, wsiadając do samolotu, zimny pot oblewał go na myśl o nocy z dala od domu. Bezpiecznie czuł się tylko w swojej pracowni. Nadzwyczaj lubił dostawać listy od fanów, ale nie znosił, gdy zabierano mu czas. Być może dzięki temu, że odrzucał propozycje publicznych wystąpień, mógł prowadzić regularną korespondencję każdego dnia odpowiadał na mnóstwo listów i próśb od nieznajomych.

W wyrazach ubolewania, które, gdy Schulz ogłosił, iż przestaje pracować nad komiksem, dosłownie zalały mu biuro, a po śmierci także i dom, pojawiała się często ta sama fraza: "Odręcznie pisana odpowiedź, którą dostałem od Charlesa Schulza w krytycznym dla mnie momencie, na zawsze zmieniła bieg mojego życia". Autor Fistaszków wywarł wpływ na dwa pokolenia rysowników komiksowych, komików i czytelników na całym świecie. W przeciwieństwie jednak do innych znaczących postaci amerykańskiej kultury masowej lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych, takich jak Marshall McLuhan, Buckminster Fuller czy Andy Warhol, Schulz nie miał ochoty stać się nauczycielem, guru, wychowawcą dla innych artystów. "Nie znam sensu życia - powiedział kiedyś. - Nie wiem, czemu tu jesteśmy. Myślę, że życie pełne jest niepokojów, lęków i łez. Dostarcza nam wielu zgryzot i może być bardzo ponure. I nie chcę być kimś, kto próbuje wyjaśnić innym, na czym ono polega. Dla mnie jest kompletną zagadką".

Uważał, że jego miejsce jest w prawym dolnym rogu końcowego kadru każdego odcinka Fistaszków; wstawiał tam mały odręczny podpis. Jeśli mógł narysować cztery historyjki dziennie, podpisać się "Schulz", zamknąć sklepik i iść do domu - wszystko było w porządku.

Charles M. Schulz stał się najlepiej opłacanym i najbardziej wpływowym rysownikiem historyjek obrazkowych. Był klasą sam w sobie – jako jedyny współczesny amerykański twórca komiksów miał retrospektywną wystawę w Luwrze. Jego postaci stworzyły niezwykły pomost między komercją a kulturą. Charlie Brown i Snoopy mogli jednocześnie wystąpić w reklamie samochodu czy agencji ubezpieczeniowej oraz dostarczyć inspiracji Ellen Taafe Zwilich do napisania koncertu fortepianowego, który miał premierę w 1997 r. w Carnegie Hall. U szczytu popularności Fistaszki miały 355 milionów czytelników, a gadżety z ich podobiznami osiągnęły sukces komercyjny na nieznaną w branży komiksowej skalę - przynosiły autorowi roczne dochody rzędu 30-40 milionów dolarów.

Schulz pracował dalej, tak jak zawsze. Stworzył w sumie 17 897 odcinków komiksu. Mawiał często: "Moim głównym zadaniem jest rysowanie komiksów do gazet". Nie starał się odgrywać roli terapeuty, filozofa czy kapłana milionów swoich czytelników. Nie wygłaszał sądów na tematy fundamentalne. Nie należał do żadnych komisji ani organizacji. Po prostu pracował dalej, mimo iż błagano go, aby z komentatora lokalnej rzeczywistości, jakim był w latach pięćdziesiątych, stał się narodowym obserwatorem, który mógłby coś przekazać całemu światu. On jednak chciał pozostać zwykłym człowiekiem.

Codziennie rano jadł ciastko z galaretką winogronową i pił kawę ze styropianowego kubeczka. Potem siadał przy biurku przed dużym blokiem brystolu z wyznaczonymi kwadratowymi kadrami, w których rysował dzienną porcję historyjek. "Starał się żyć zwyczajnie - powiedział Clark Gesner, autor musicalu You're a Good Man, Charlie Brown. - Próbował być kimś, za kogo się zawsze uważał: zwykłym człowiekiem".

Już w podeszłym wieku żartował, że wygląda jak aptekarz: dobrotliwy, uśmiechnięty, wysoki i siwy. Ubierał się skromnie: w spodnie od garnituru i pastelowe golfy. Po pracy lubił wyciągnąć się w swoim niebieskim skórzanym fotelu przed telewizorem. Wspomniał kiedyś: "Ludzie pytają »Skąd bierzesz swoje pomysły?«, ponieważ patrzą na mnie i myślą: ten człowiek na pewno nie mógłby wpaść na nic śmiesznego". Jednak uśmiechnięci siwi aptekarze dobrze wiedzą, co się święci. Rozumieją problemy zwykłych ludzi, sprzedają im lekarstwa na melancholię i nie mają złudzeń co do prawdziwego życia.

Obawiał się, że zostanie zakładnikiem swojego sukcesu, może dlatego, że oznaczałoby to utratę kontroli. "Nie chcę zwracać na siebie uwagi - stwierdził w 1981 roku. - Zawsze bałem się, że wyjdę na zarozumiałego. Nie chciałem, żeby ludzie myśleli, że woda sodowa uderzyła mi do głowy". Nie wiedział, jak być milionerem i gwiazdą. Pragnął wolności. Gdy pojawiali się wokół niego dziennikarze i pytali go o sukces, zwykł im odpowiadać: "Naprawdę sądzicie, że osiągnąłem wielki sukces?". Nienawidził o tym rozmawiać. W 1967 roku stanowczym tonem powiedział pewnemu pisarzowi: "Magazyn »Life« napisał, że jestem multimilionerem. Do licha, żaden rysownik komiksów nie może zostać milionerem!".

Przez lata osiemdziesiąte i dziewięćdziesiąte fortuna Schulza wciąż rosła. W rankingu magazynu "Forbes" regularnie zajmował miejsce obok Billa Cosbiego, Michaela Jordana i Michaela Jacksona w pierwszej dziesiątce najlepiej opłacanych ludzi rozrywki. Nie przykładał wagi do gromadzenia majątku: przeznaczał miliony dolarów na cele dobroczynne. Na każdym kroku podkreślał, że jest wciąż tym samym Sparkym Schulzem, którym zawsze był. Siadał za biurkiem w swojej pracowni przy Snoopy Place 1 w Santa Rosa i rysował - wciąż takimi samymi piórami, tymi samymi stalówkami. Lubił mówić, że będzie korzystał z tego biurka dopóty, dopóki nie zużyje go do cna.

Sukces Fistaszków był dla autora źródłem satysfakcji zawodowej. Nie wymazała ona jednak z pamięci wczesnych lat pełnych rozczarowań i nie przekładała się automatycznie na dumę z samego siebie. Schulz do końca życia robił wszystko, aby udowodnić, że wart jest szacunku i miłości, którą tak hojnie obdarzali go wielbiciele. "To niesamowite, że oni sądzą, że to, co robię, jest aż tak dobre" - dziwił się w jednym z ostatnich wywiadów. Był wyraźnie wzruszony, łamiącym się głosem powiedział: "Ja tylko starałem się, jak umiałem najlepiej".

W listopadzie 1999 roku, kiedy po wylewie znalazł się w szpitalu, lekarze stwierdzili u niego zaawansowanego raka jelit z przerzutami do żołądka. Przeszedł ciężką operację, która się powiodła, ale wylew i sam zabieg pozbawiły go sił do dalszego rysowania. Niedowidział, nie mógł czytać. Z trudem przypominał sobie słowa. Do tego doszły uboczne efekty chemioterapii i prognozy lekarzy, którzy dawali mu dwadzieścia procent szans na przeżycie. Czternastego grudnia 1999 roku, w wieku siedemdziesięciu siedmiu lat, Schulz ogłosił, że przechodzi na emeryturę. "Nigdy nie myślałem, że mnie to spotka - powiedział. - Zawsze mi się wydawało, że zostanę w zawodzie do osiemdziesiątki albo i dłużej. Aż tu nagle koniec. To nie ja zostawiłem komiks. Komiks został mi odebrany".

W styczniu 2000 roku, po blisko pięćdziesięciu latach rysowania Fistaszków, ich światowej sławy twórca odłożył pióro. Z jego wzrokiem było coraz gorzej. Deszczowego wieczoru 12 lutego 2000 roku, chwilę po dziewiątej, Schulz położył się spać w swoim domu w Santa Rosa. O 21.45, na kilka godzin przed pojawieniem się w gazetach na całym świecie ostatniego odcinka Fistaszków, Charles Schulz zmarł. Jego życie pozostało do końca splecione z jego sztuką. Zawsze chciał być wyłącznie rysownikiem komiksów. Gdy tylko przestał nim być, po prostu przestał istnieć.

David Michaelis jest autorem książki Schulz and Peanuts. A Biography.

środa, 17 grudnia 2008

ŻYCIE I CZASY CHARLESA M. SCHULZA (odc. 3)

DAVID MICHAELIS
Do 1965 roku komiksy Schulza były niekonwencjonalnymi komentarzami do życia w Ameryce. Ich autor nie zajmował jednak nigdy wyrazistego stanowiska politycznego. Motywem przewodnim jego prac pozostawała gehenna osobistych doświadczeń, a mimo to Fistaszki oddawały społeczne wstrząsy z dokładnością sejsmografu. W twórczości Schulza pojawiały się aktualne tematy, takie jak: seks i przemoc w komiksach (22 czerwca 1952), próby nuklearne i bomba wodorowa (18 czerwca 1954), przekraczanie uprawnień przez FBI (30 października 1956), niebezpieczeństwa epoki odrzutowców (29 marca 1959), Rachel Carson, jedna z pierwszych działaczek ruchu ekologicznego (12 listopada 1962, 19 lutego 1963, 20 lutego 1963), wprowadzenie kodów pocztowych (27 września 1963), modlitwa w szkołach (20 października 1963), długie włosy i hipisi (12 czerwca 1967), brutalność policji (2 listopada 1967), strajki nauczycieli (24 lutego 1967), Tiny Tim, historyk muzyki amerykańskiej (10 września 1968), korale noszone przez hipisów (15 września 1968), wojna w Wietnamie (1-9 lipca 1970), gaz łzawiący podczas protestów studenckich (7 lipca 1970) i prawa nienarodzonych dzieci (20 lipca 1970). Pierwsze trzy dekady istnienia Fistaszków na łamach gazet zbiegły się z największymi od czasów wojny secesyjnej zmianami społecznymi w Ameryce. Wielu twórców komiksu podejmowało próby komentowania tych wydarzeń, ale głos Schulza brzmiał w tej dyskusji najbardziej wyraziście.

Osobiście jednak autor Fistaszków zachowywał dystans wobec bieżących spraw politycznych i społecznych. Nie włączał się w walkę na idee. Umyślnie nie rozstrzygał problemów, które poruszał w swoich historyjkach. Unikał jawnych deklaracji politycznych. Wypracował specyficzny język, z którego pomocą komentował bolączki współczesnego człowieka oraz wyśmiewa
ł absurdy nowoczesnego stylu życia. W latach sześćdziesiątych coraz bardziej zmieniał się klimat polityczny i społeczny w Ameryce. Nastrój powojennego triumfu zastąpiła gorycz porażki w Wietnamie. Fistaszki stały się wówczas azylem, a ich twórca - patronem ludzi, którzy mieli dosyć tego, co się działo. Lektura historyjek Schulza z jednej strony pozwalała o wszystkim zapomnieć jak rzucone zaklęcie, a z drugiej - otwierała przestrzeń głębokiej świadomości. Dla wielu ludzi istnienie Fistaszków było gwarancją, że gdy budzą się w nocy z uczuciem porażki, patrzą w ciemność i zastanawiają się, czy świat nie oszalał, nie są osamotnieni.

Po 1965 roku seria zyskała ogromną popularność. Kiedy "grupka śmiesznych dzieciaków" pojawiła się na okładce kwietniowego wydania magazynu "Time", komiks Schulza został okrzyknięty ucieleśnieniem filozofii swoich czasów. Z niszowego zjawiska późnych lat pięćdziesiątych wyrósł na ikonę głównego nurtu kultury.

W latach sześćdziesiątych i na początku siedemdziesiątych graficzny i literacki język Fistaszków stał się pł
aszczyzną porozumienia dla starszego i młodszego pokolenia. Wyrażenie "kocyk bezpieczeństwa" i inne Schulzowskie określenia szczęścia, tego najbardziej, na wskroś amerykańskiego pojęcia, trafiły do zbiorów cytatów i słownika Webstera. Imiona i cechy bohaterów komiksu wsiąkły także na dobre w ówczesną kontrkulturę. Prowokujący, niechlujnym wyglądem klawiszowiec zespołu Grateful Dead, Ron McKernan, zyskał przydomek Pig Pen. Z kolei inna grupa rockowa, założona w 1966 roku w San Francisco, przyjęła nazwę Sopwith Camel na cześć dwupłatowca, którym ,,latał” Snoopy. Amerykańscy żołnierze malowali na hełmach podobiznę Snoopy'ego. Astronauci z misji Apollo 10 nazwali człon dowodzenia swojego statku kosmicznego Charlie Brown, zaś pojazdowi do lądowania na Księżycu nadali przydomek Snoopy. Tak więc Schulz zostawił też swój ślad w sukcesach i porażkach okresu zimnej wojny - lądowaniu na księżycu i konflikcie w Wietnamie.

W 1969 roku, kiedy ogarnięta protestami Ameryka drżała w posadach, twórca Fistaszków zyskiwał nieosiągalną wcześniej popularność. Pewnej śnieżnej grudniowej nocy, niedługo po jego pięćdziesiątych siódmych urodzinach, blisko pięćdziesiąt pięć milionów widzów, czyli ponad połowa ówczesnej publiczności telewizyjnej, włączyło odbiorniki, aby obejrzeć specjalny, uhonorowany później nagrodą Emmy film A Charlie Brown Christmas. Powodzenie produkcji przeszło wszelkie oczekiwania kierownictwa stacji, które zakładało, że widownia będzie zrażona rysunkowym formatem, jazzową oprawą muzyczną i prostą fabułą opartą na Ewangelii według św. Łukasza. Tej samej nocy wypełnione po brzegi teatry na Broadwayu wystawiały musical You're A Good Man, Charlie Brown, a za sprawą pełnometrażowej animacji A Boy Named Charlie Brown przed nowojorskim Radio City Music Hall ustawiały się długie kolejki rodziców z dziećmi. Ponad sto pięćdziesiąt milionów czytelników prasy śledziło perypetie Charliego Browna i jego przyjaciół w codziennych i świątecznych odcinkach Fistaszków, a książkowe wydania komiksu zapełniały listy księgarskich bestsellerów. Ostatecznie sprzedano ponad trzysta milionów egzemplarzy w dwudziestu sześciu językach.

Fistaszki zaczęły żyć własnym życiem. Bohaterowie - nieustannie doświadczany przez los Charlie Brown, pełen energii Snoopy, filozoficznie nastawiony do świata Linus, apodyktyczna Lucy, utalentowany Schroeder i wiecznie zaspana Peppermint Patty - mieli wielbicieli w Japonii, a także wiernych fanów w Anglii, Francji, Niemczech, Norwegii i Włoszech. Byli też rozpoznawalni w siedemdziesięciu pięciu innych krajach od Europy, przez Afrykę i Azję, aż po Australię i Amerykę Południową. Londyński "Times" ochrzcił ich mianem "międzynarodowych ikon dobrej woli". Nic dziwnego - w końcu były dziełem rysownika o iście Dickensowskim talencie do tworzenia postaci. Coraz więcej osób identyfikowało się z bohaterami komiksu Schulza. Amerykanie starszych pokoleń mogli się utożsamiać z takimi postaciami Dickensa, jak Scrooge, Pip, Mała Nell czy panna Havisham. Dla młodszej generacji tę samą funkcję zaczęły spełniać Fistaszki. Objaśniały ludziom ich naturę i wypowiadały złote myśli o życiu i miłości. Wywarły głęboki i trwały wpływ na sposób, w jaki Amerykanie postrzegali siebie i świat w drugiej połowie XX wieku.

Osiągnięcia Schulza mogły być rozpatrywane zarówno w skali indywidualnej, jak i globalnej: nie tylko pozostawał on rysownikiem i scenarzystą komiksowym, lecz także stał się światową marką. Coś takiego nie przydarzyło się wcześniej żadnemu twórcy komiksów. Fistaszki zdominow
ały w pewnym momencie te środki przekazu, które na początku lat pięćdziesiątych, kiedy zaczęły się ukazywać pierwsze odcinki serii, w ogóle nie były jeszcze dostępne dla artystów gatunku. Bohaterowie Schulza zaczęli pojawiać się na scenach teatralnych, w telewizji, filmach, książkach i nagraniach. Tej wspomnianej zimowej nocy w 1969 roku Schulz dotarł do szerszej i bardziej zróżnicowanej publiczności niż jakikolwiek inny twórca kultury popularnej w historii Ameryki. Co więcej, jednoosobowe przedsięwzięcie pod tytułem Fistaszki poszerzyło granice tak zwanego przemysłu rozrywkowego. Pod koniec lat sześćdziesiątych księgarnie, po raz pierwszy w historii, zaczęły sprzedawać nie tylko książki o Fistaszkach, lecz także bluzy, figurki i inne przedmioty z wizerunkami bohaterów komiksu. Stary pomysł zwany "licencjonowaniem" stał się za pośrednictwem fistaszkowych gadżetów zjawiskiem globalnym.

c. d. n.