Pokazywanie postów oznaczonych etykietą sztuka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą sztuka. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 26 lutego 2012

Florencja


Od dłuższego już czasu mam jakąś wyjątkową niechęć do pisania czegokolwiek - stąd też te wielkie przestoje na blogu. Dzieje się wiele, tyle że ja straciłem ochotę do opisywania tego. Miejmy nadzieję, że to tylko przejściowy kryzys. Mimo tego postanowiłem się przemóc i napisać notkę o moim tygodniowym wyjeździe do Florencji.

 Widok na Florencję spod kościoła San Miniato al Monte

Florencja na pierwszy rzut oka wydaje się na miarę człowieka. Nie jest tak rozległa, jak Rzym - w zasadzie do wszystkich zabytków bez większego trudu można dotrzeć na piechotę. Nawet znajdujące się tu dzieła sztuki to zaledwie jakiś jeden wiek dziejów historii sztuki - nie mamy takiego przekroju, jak w Wiecznym Mieście. To wszystko są jednak pozory, bo mało które miasto oszałamia i przytłacza tak, jak stolica Toskanii. Nie bez przyczyny to właśnie w tym mieście objawia się słynny syndrom Stendhala. Albowiem dzieła tutaj się znajdujące należą do najwspanialszych, jakie kiedykolwiek powstały. Słyszałem nawet plotkę, że miasto chwali się, iż na tej swojej niewielkiej w zasadzie przestrzeni gromadzi aż jedną piątą zbiorów sztuki całego świata! I to właśnie sprawia, że Florencja nie jest jednak na miarę człowieka.

 Capella dei Pazzi (ok. 1430), arcydzieło Brunelleschiego

Chociaż jestem z powrotem w Polsce od dwóch tygodni, wciąż jeszcze "trawię" to, co widziałem we Florencji. Stają mi przed oczyma te wszystkie wspaniałości i nawet wywołane z pamięci zachwycają i poruszają. A co najbardziej?

Nie będę oryginalny - przede wszystkim Dawid Michała Anioła. Robi rzeczywiście KOLOSALNE wrażenie. Kochani, oryginał trzeba po prostu zobaczyć - nie zadowalajcie się kopiami, jak chociażby tą przed Palazzo Vecchio. Nie dziwię się już Vasariemu, który stwierdził, że tą rzeźbą Michał Anioł nie tylko dorównał starożytnym, ale ich przewyższył. Co tak porusza w Dawidzie? Oczywiście kunszt, rozmiary, połysk kamienia, niezwykły realizm w oddaniu najmniejszych szczegółów - tak, to wszystko na pewno. Ale dla mnie wielkim odkryciem było przede wszystkim to, jak wiele drobnych "niedoskonałości" ma to idealne ciało młodego młodzieńca. I ta słynna "za duża" dłoń i takaż głowa, ale też np. wcale nie idealne palce u stóp. Te wszystkie odejścia od stanu idealnego tylko potęgują siłę oddziaływania tego niezwykłego posągu. Absolutne arcydzieło, jakich mało. A jego oddziaływanie na widza zintensyfikowane jest poprzez sposób ekspozycji: w absydzie, ze świetlikami bezpośrednio nad statuą, z prowadzącą do niego "aleją" innych rzeźb Michała Anioła. Niemalże sakralizacja!


 Michał Anioł Buonarrotti, Dawid, detale (1504)

Zresztą Florencja to miasto Michała Anioła. Czy jakiekolwiek inne może pochwalić się obecnością aż tylu jego dzieł? Każde z nich jest wyjątkowe - od młodzieńczego krucyfiksu z zakrystii Santo Spirito, poprzez Bibliotekę Laurecjańską, jeńców i Bachusa, po Zwycięzcę z Palazzo Vecchio. Na mnie największe wrażenie zrobiła jednak Bandini Pietà w Muzeum Katedralnym oraz grobowce Medicich w Nowej Zakrystii w San Lorenzo. 

 Michał Anioł Buonarrotti, Bandini Pietà, fragment (ok. 1550)

Jednym z dzieł, które mnie bardzo zaskoczyło była kaplica w Palazzo Medici-Riccardi z freskiem Benozzo Gozzoli. Na reprodukcjach nigdy mnie specjalnie nie zachwycał: pełen przesady, zbyt drobiazgowy, za mało przejrzysty... Tymczasem na miejscu okazało się, że w tym szaleństwie nadobfitości jest metoda. Capella dei Magi zupełnie nie przytłacza, daje za to mnóstwo radochy w obserwowaniu poszczególnych postaci i odszukiwaniu co ciekawszych i zabawniejszych elementów. A jest ich tam takie mnóstwo: wymyślne stroje, urocze zwierzęta, różnorodne rośliny, wreszcie pozy i miny niezliczonych postaci... Zabawa na długie godziny - tylko jak tu się skupić na modlitwie w takim przybytku? Choć zapewne freski sprawdzają się nieźle podczas nudnego kazania...

Benozzo Gozzoli, Pokłon Trzech Króli, 
fragment fresku z kaplicy w pałacu Medici-Riccardi (1459-61)

A jeśli już o freskach mowa, cudowne są słynne malowidła nieodżałowanego Masaccia w kaplicy Brancaccich w Santa Maria del Carmine, Ostatnia Wieczerza Domenico Ghirlandaio w Ognissanti i tegoż Cappella Tornabuoni w Santa Maria Novella, nie wspominając o Fra Angelico w klasztorze San Marco, czy malowidłach ściennych Giotta w Santa Croce. A to i tak nie wszystko.

 Ja na tle fresku Ostatnia Wieczerza Domenica Ghirlandaio (ok. 1480). 
A co!

Poza tym malarstwo w Uffizzi, gdzie można przekonać się na własne oczy, że Wenus Botticellego rzeczywiście jest jedną z najpiękniejszych kobiet uwiecznionych ręką ludzką. To była moja druga wizyta w tej galerii i tym razem najbardziej zapamiętałem Portret papieża Leona X z kardynałami Rafaela (symfonia różnych odcieni i faktur czerwieni), Wenus z Urbino Tycjana, a także obrazy z działu "malarstwa obcego" (m.in. Rubens, de Chardin, Rembrandt). Wielkim odkryciem tego wyjazdu był także Bronzino, którego dotychczas lekceważyłem.

 Angelo Bronzino, Portret Eleonory de Toledo z synem Giovannim (ok. 1545)

Rafael, Portret papieża Leona X z kardynałami (ok. 1518)

Ech, wiele by jeszcze pisać, a i tak na nic się zdadzą te moje opisy mnóstwa kościołów, muzeów, galerii, pałaców, placów... Bo jak tu oddać słowami cudowną harmonię fasady Santa Maria Novella, widok na Florencję spod San Miniato, czy górującą nad miastem kopułę Duomo. Tyle niech wystarczy. Zakończę natomiast paroma drobiazgami bez większego znaczenia.

 Fasada Santa Maria Novella Albertiego (1456-70)

Widok na kopułę katedry Santa Maria del Fiore Brunelleschiego (1416-34)

Florencja przywitała mnie pierwszego dnia... poezją Czesława Miłosza, którego tomik (w językach włoskim, angielskim i polskim) znalazłem na stoliku w holu hotelowym.


Florencję zwiedza się pod wieloma względami trudniej, niż Rzym. Tutaj trzeba płacić za wstęp praktycznie wszędzie - do każdego kościoła, kaplicy, krużganka. Do tego stopnia, że jedna placówka sprzedaje oddzielne bilety do różnych części obiektu (np. w San Lorenzo: oddzielnie wnętrze kościoła, biblioteka i zakrystia). W Rzymie można wejść prawie do wszystkich kościołów za darmo i pstrykać w nich zdjęcia do woli. We Florencji fotografowanie i filmowanie to największa zbrodnia. Wielkim za to ułatwieniem dla turysty jest to, że nie przestrzega się tu tak ściśle świętej sjesty. Większość obiektów jest otwarta przez cały dzień. Pomagają też stosunkowo niewielkie odległości między zabytkami - o czym już wspominałem.

Po raz pierwszy doświadczyłem też w Italii tak przenikliwego zimna, o którym włoskie gazety pisały "freddo Siberiano". Za to tym większa radość była z rozgrzewających wizyt kulinarnych we włoskich trattoriach, barach i restauracjach. Cóż za cudowne jedzenie. I jedno odkrycie kulinarne. Nie sądziłem, że spotkam deser, który dorówna słynnemu Tiramisu. A jednak! Profiteroles, czyli kuliste "ciasteczka" (?) czekoladowo-kakaowo-śmietankowe to niebo w gębie. Załączam zdjęcie z internetu, bo niestety nie pstryknąłem fotki tych, które jadłem. 


Och, słodka i oszałamiająca Florencja! Jak mocne czerwone wino o bardzo długim finiszu.


niedziela, 2 października 2011

Rocamadour


Z pewnym opóźnieniem (wiele się ostatnio działo) publikuję ostatnią notkę z wrześniowej podróży do Francji. Chciałbym Wam przedstawić jeszcze jedno zjawiskowe miejsce, nieopodal groty Lascaux. Aż wstyd przyznać, ale mnie, historykowi sztuki, nazwa Rocamadour kojarzyła się dotychczas tylko z rodzajem francuskiego sera. Tymczasem jest to przede wszystkim nazwa średniowiecznego miasta w środkowej części Pirenejów.

Miasteczko sprawia wrażenie, jakby wisiało na skale. Przylepione jest do niej niemal pionowo. Robi to piorunujące wrażenie. Okolica jest cudowna - wszystko razem zapiera dech w piersiach (polecam krótki film na oficjalnej stronie regionu).

Chodząc po wąskich uliczkach miasta i oglądając niezwykłe zabudowania, miałem jedno (jakże typowe dla mnie) skojarzenie: Minas Tirith z Władcy Pierścieni Tolkiena (nawet to filmowe jest nieco podobne).

 

Centralnym miejscem miasta jest Sanktuarium z cudownym posążkiem Czarnej Madonny (bodajże z XII wieku), które było celem pielgrzymek przez stulecia. Zresztą kościół ten i miasto są jednym z przystanków na słynnym szlaku do grobu św. Jakuba w Santiago de Compostela, w hiszpańskiej Galicji.

Sanktuarium i miasto powstały ponoć na miejscu pustelni i grobu świętego mnicha, niejakiego Amadoura (lub Amatora) - stąd nazwa miejsca ("skała Amadoura"). Dziś znaleźć tam możemy także zamek oraz drogę krzyżową (z krzyżem jerozolimskim). Jest to także jedno z tych niewielu miejsc, w których nie ma ruchu samochodowego, co jest istotnym elementem uroku tego miasta.


Podobno w sezonie bywa tu całe mnóstwo turystów. My mieliśmy to szczęście, że byliśmy tam już we wrześniu, i to w godzinach wieczornych, dzięki czemu uniknęliśmy tłumów. A odwiedzający mają co robić w tej części Francji: poza Rocamadour i Lascaux, jest tu też przepiękna jaskinia Padirac, którą zwiedza się płynąc łódką oraz mnóstwo większych lub mniejszych zamków i pałacyków otwartych dla publiczności. Można tu spędzić ciekawy dzień lub dwa. Oczywiście polecam. :)

piątek, 23 września 2011

Lascaux i Le Thot


W czasie wyjazdu, który relacjonuję w bieżących notkach spełniło się jedno z moich największych marzeń: odwiedziłem słynną jaskinię Lascaux, zawierającą paleolityczne malowidła sprzed ok. 17 tysięcy lat. To znaczy, ściśle rzecz biorąc, odwiedziłem Lascaux II, czyli wierną kopię oryginalnej groty. Lascaux została odkryta przez młodych chłopców (oraz ich psa Robota) 12 września 1940 r. Była dostępna dla zwiedzających od 1948 r. do kwietnia 1963 r. Niestety tłumy odwiedzających, nieodpowiednia wentylacja i różne mikroby sprawiły, że malowidła zaczęły niszczeć (najpierw tzw. "zielona choroba" czyli glony, a potem zaraza "biała", z którą walczy się po dziś dzień). Wówczas to zdecydowano się zamknąć to miejsce dla zwiedzających, ale jakieś 200 metrów dalej postanowiono stworzyć dokładną replikę jaskini.


Jedenaście lat drążono pod ziemią idealną kopię: jedyna zmiana w Lascaux II to płaskie podłoże oraz trochę wyżej podniesiona tzw. galeria osiowa, czyli wąski przesmyk prowadzący od tzw. Sali Byków. Z dokładnością do trzech milimetrów zrekonstruowano fakturę ściany i każde jedno malowidło (używając tych samych materiałów i technik). Zachowana też została identyczna wilgotność powietrza i temperatura (wspomniane wcześniej "choroby" nie są tu groźne, bo jest odpowiednia wentylacja i przewiew z obu stron, nie tak, jak w oryginalnej Lascaux). Skopiowane zostały trzy pierwsze pomieszczenia, w których znajduje się ponad 90% malowideł. Pozostałe, schowane w głębi oryginalnej groty, można obejrzeć w ciekawym muzeum w oddalonym o ok. 7 km Le Thot.


Le Thot to nie tylko te kilka wyjątkowych malowideł, ale i ciekawe filmy ilustrujące sposób ich powstawania (niestety tylko w języku francuskim), manekiny przybliżające wygląd oraz sposób życia i pracy ówczesnych artystów, a wreszcie małe zoo zbierające zwierzęta widoczne na tych prehistorycznych freskach.

 

Same malowidła są po prostu niezwykłe. Pomimo syntetyczności, zachwycają bezbłędnym sposobem ujęcia wyglądu zwierzęcia i jego ruchu (przy rozmiarach dochodzących nawet do kilku metrów długości). A ile można się tu domyślać znaczeń i sensów - które jednak zawsze pozostaną tylko domysłami. Fascynująca, magiczna przygoda. W końcu to jedno z tych miejsc, w których rodziła się sztuka.


O Lascaux napisano całe tomy - i jest to zwykle pasjonująca lektura. Na początek polecam zwłaszcza przepiękny esej Zbigniewa Herberta pt. Lascaux z tomu Barbarzyńca w ogrodzie. Znajdziecie tam nie tylko krótką historię znalezienia jaskini i główne hipotezy na temat znaczenia malowideł, ale i jedne z najpiękniejszych literackich opisów tej groty.

Pozwolę sobie zacytować zakończenie eseju Herberta:

Wracałem z Lascaux tą samą drogą, jaką przybyłem. Mimo że spojrzałem, jak to się mówi, w przepaść historii, nie miałem wcale uczucia, że wracam z innego świata. Nigdy jeszcze nie utwierdziłem się mocniej w kojącej pewności: jestem obywatelem Ziemi, dziedzicem nie tylko Greków i Rzymian, ale prawie nieskończoności.

To jest właśnie ludzka duma i wyznanie rzucone obszarom nieba, przestrzeni i czasu. „Biedne ciała, które mijacie bez śladu, niech ludzkość będzie dla was nicością; słabe ręce wydobywają z ziemi noszącej ślady oriniackiej półbestii i ślady zagłady królestw — obrazy, które budząc obojętność czy zrozumienie, jednako świadczą o waszej godności. Żadna wielkość nie da się oddzielić od tego, co ją podtrzymuje. Reszta to uległe stwory i bezrozumne owady".

Droga była otwarta ku świątyniom greckim i gotyckim witrażom. Szedłem ku nim czując w dłoni ciepły dotyk malarza z Lascaux.

I jeszcze jedna ciekawostka na koniec: tak się przypadkowo złożyło, że odwiedziłem Lascaux właśnie 12 września, dokładnie w 71 rocznicę jej odkrycia. W ten dzień co roku grotę odwiedzają żyjący jeszcze jej odkrywcy. Gdy mówił o tym przewodnik, zrozumiałem, że chodzi o samego Marcela Ravidat, ale jedna ze stron internetowych podaje, że zmarł on w 1995 r. - co mnie trochę zdziwiło (będę musiał jeszcze trochę poszperać w tym temacie). Tak, czy siak wypatrywałem tych nobliwych gości wśród odwiedzających, ale nie udało mi się ich zlokalizować. Choć, kto wie - może byli tuż obok?

Przy wejściu do groty, kilka dni po jej odkryciu. 
Od lewej: Léon Laval (nauczyciel chłopców), Marcel Ravidat i Jacques Marsal (odkrywcy), ks. Henri Breuil (słynny uczony, zwany "papieżem prehistorii")

P.S. W Lascaux II nie można było fotografować, więc zamieszczone tu zdjęcia to malowidła z muzeum w Le Thot. Pozostałe można bez większego trudu znaleźć w internecie, np. na oficjalnej stronie jaskini. Gorąco polecam!

 Do Lascaux II i Le Thot jedzie się przez urocze miasteczko Montignac

czwartek, 22 września 2011

Jerzy Nowosielski w Lourdes


W czasie naszego wyjazdu do Francji, postanowiliśmy uczcić niedzielę i wybraliśmy się do miejsca świętego, a mianowicie do Lourdes. To znane na całym świecie sanktuarium słynie z objawień Matki Bożej, cudownej wody i całym szeregiem udokumentowanych uzdrowień z najróżniejszych chorób. Ciekawy byłem co zastaniemy na miejscu.


No, cóż. Pierwsze wrażenie: katolicki Disneyland. Świątynia wygląda, jakby była zrobiona z plastiku. Całość jest zresztą modelowym przykładem XIX-wiecznego neostylu - tutaj przede wszystkim jest to neogotyk, ale są i inne wpływy (np. mozaiki w kościele dolnym, na których Maryja wygląda jak Cate Blanchett jako Galadriela we "Władcy Pierścieni" Jacksona). W sumie znaleźć tu można co najwyżej ze dwie ciekawsze realizacje, te bardziej współczesne. Dopiero po powrocie do domu zorientowałem się, że nie zrobiłem tam niemal żadnego zdjęcia - po prostu nie było tam nic na tyle ciekawego, by wyciągnąć aparat. 


Całe założenie sanktuaryjne składa się z czegoś w rodzaju parku, w którym znajduje się mnóstwo "atrakcji": główna świątynia z kryptą, kościół dolny oraz olbrzymia podziemna hala - też wykorzystywana jako miejsce modlitw. Poza tym oczywiście oryginalna grota, w której ukazała się małej Bernadecie Maryja (najładniejsze miejsce w Sanktuarium), droga krzyżowa, jakiś plac kolorowych krzyży, miejsca do zapalania świec (które mają nawet do kilku metrów wysokości!), diorama z historią św. Bernadety, różnego rodzaju domy pielgrzyma, hospicja, punkty informacyjne, księgarnie itp. 


Jest to typowy wykwit pobożności ludowej i ona tutaj niepodzielnie króluje. Powiem szczerze, że byłem lekko skonsternowany patrząc na te wszystkie przejawy pobożności, które zbyt często przypominały niebezpiecznie jakieś praktyki magiczne: pocieranie chusteczek o skałę, całowanie wilgotnych kamieni, napełnianie butelek cudowną wodą i nabożne jej picie... Samo picie wody może i nie jest specjalnie kontrowersyjne, ale te tłumy i ilość butelek (niektóre w kształcie Matki Boskiej) naprawdę robią co najmniej dziwne wrażenie. Woda leci oczywiście z całego mnóstwa nowoczesnych kraników.

Tak naprawdę więcej przeżyć duchowych dało mi inne miejsce w tym miasteczku - raczej nie odwiedzane przez pielgrzymów. Będąc na terenie sanktuarium wystarczy spojrzeć w górę (w kierunku północnym), by spostrzec złote kopuły. To ukraińska cerkiew greckokatolicka, w której polichromię w 1984 r. wykonał jeden z najlepszych polskich malarzy - niedawno zmarły Jerzy Nowosielski. Warto się tam wybrać - to tylko jakieś 10 minut spacerkiem od Sanktuarium Maryjnego.


Sama cerkiew jest bardzo mała - to w zasadzie kaplica, połączona z co najmniej dwukrotnie większym domem parafialnym. Wewnątrz ikony: ciemne twarze na niebieskim tle, które zachęcają do kontemplacji. Emanują z nich powaga i skupienie, nabożne sacrum, które nie tak łatwo znaleźć w pobliskim Sanktuarium.

Jedyny "zgrzyt" w tym harmonijnym wnętrzu to nieco tandetny ikonostas - wielka szkoda, że nie został on wykonany także przez Nowosielskiego, który jak nikt potrafił stworzyć piękne, harmonijne wnętrze sakralne, także pod względem architektonicznym (jak to uczynił np. w cerkwi w Białym Borze).

Co tu wiele pisać. Popatrzcie sami. Jakie wrażenia?


wtorek, 20 września 2011

Barcelona


Podczas pobytu w południowo-wschodniej Francji, razem z towarzyszami podróży wpadliśmy na pomysł, by odwiedzić nie tak bardzo oddaloną Barcelonę. Niestety mogliśmy tam pojechać tylko na jeden dzień, ale ponieważ wizyta w tym mieście była marzeniem nas wszystkich, zdecydowaliśmy, że lepiej zobaczyć choć trochę, niż nic. Zdawaliśmy sobie sprawę z tego, że  w czasie jednego dnia nie zwiedzimy wszystkiego, ale i tak w ciągu tych 12 godzin zobaczyliśmy więcej, niż się spodziewaliśmy. Stało się tak dzięki niełatwej, ale szczęśliwej decyzji, by odżałować spore pieniądze na autobus turystyczny. Dzięki temu przynajmniej przejechaliśmy obok większości atrakcji, wysiadając w miejscach, które najbardziej chcieliśmy zobaczyć.

Wieże Sagrada Familia od strony wschodniej
(z fragmentem fasady Narodzenia Pańskiego)

 Pierwszym celem była oczywiście Sagrada Familia, słynna świątynia Gaudiego, w budowie już prawie 130 lat. Przyznam się, że jechałem tam z pewnym lękiem. Chyba żaden z uznanych architektów nie zasługuje na tytuł "króla kiczu" w tym stopniu, co Antonio Gaudi, a dzieło jego życia, monstrualna świątynia barcelońska, widziana na zdjęciach zdaje się potwierdzać ten przydomek. W rzeczywistości ta budowla oszałamia i konsternuje - zdania na jej temat w naszej grupce były podzielone. Ja jednak staję w obronie Gaudiego. 

Przy żółwiu z fasady Narodzenia

Ten kościół mógł powstać tylko w katolickiej Hiszpanii (no, ewentualnie gdzieś w Ameryce Łacińskiej) i tutaj, zwłaszcza w barwnej Barcelonie, sprawdza się on w stu procentach. Cóż za szaleństwo form i barw! Istny horror vacui, karmiony nieposkromioną wyobraźnią. Jednak w tym szaleństwie jest metoda. Widać tu spójny zamysł, pewną ideę, która ma ręce i nogi. Wymowa fasad i poszczególnych rzeźb, twórcze przekształcenie ikonografii chrześcijańskiej, dialog z historycznymi formami architektonicznymi: kościół wygląda trochę jak gotyk przefiltrowany przez najbardziej rozbuchane formy hiszpańskiego baroku i sprzęgnięty z ideami modernizmu.  

Fragment zachodniej fasady Męki Pańskiej

 Fragment wschodniej fasady Narodzenia Pańskiego

Pierwsze, co rzuciło mi się w oczy, gdy zbliżyłem się do tej budowli, to różnego rodzaju oślizłe stworzenia, które oblazły ją z wierzchu: jaszczurki, węże, ślimaki, ropuchy... Nie wiem jaki był zamysł architekta, ale moja natychmiastowa myśl: to symbole zła, które nie może dostać się do wnętrza tej przestrzeni sakralnej i pozostaje bezsilne na zewnątrz. Skojarzenie ze średniowiecznymi gargulcami też chyba nie jest przypadkowe.

Jeden z gadów na fasadzie

Kolejnym miejscem przykuwającym uwagę zwiedzających jest fasada zachodnia (czyli boczna - kościół nie jest orientowany), tzw. Fasada Męki Pańskiej. Jej autorem jest Josep Maria Subirachs i powstała ona już po śmierci Gaudiego, w latach 80-tych XX w. Jej kubizujące, pełne ekspresji rzeźby - choć przez wielu uważane za kontrowersyjne - znakomicie oddają dramat pasji Chrystusa.  

Fragment fasady Męki Pańskiej

Wchodząc do wnętrza (które jest już prawie ukończone), wkraczamy w inny świat: baśniowy, bajecznie kolorowy, a jednak ogarnięty pewną aurą sakralną. Organiczne formy, tak obficie czerpiące z księgi form natury, mają swój niepowtarzalny urok. Wysokie, smukłe kolumny, różniące się przekrojem i rodzajem kamienia, tworzą las, jak z barwnego snu, rozpościerający nad głowami niesamowity baldachim sklepienia.

Różnorodne kolumny wnętrza
Sklepienie

 Fragment wnętrza

Spacer po tej świątyni daje mnóstwo radości w odnajdywaniu kolejnych cieszących oko szczegółów. Pobudza do tego, by mieć oczy szeroko otwarte i chłonąć oryginalne rozwiązania architektoniczne i dekoracyjne, doszukując się w nich głębszych znaczeń i sensów. A jest gdzie szukać: fasada Narodzenia, ołtarz z krucyfiksem, rzeźby, drzwi itd. Do tego obowiązkowy spacer na wieże i po wystawach muzealnych przybliżających idee Gaudiego i historię budowli. Niezapomniane przeżycie.

Krucyfiks i baldachim nad ołtarzem głównym

 Scena Narodzenia Chrystusa na fasadzie wschodniej

 Na wieży

 Schody w wieży

Naturalną kontynuacją wizyty w Sagrada Familia jest oczywiście słynny Park Güell, zaprojektowany przez tego samego artystę. Znów bajecznie kolorowy, fantastyczny, oszałamiający... Widząc tylko te dwa miejsca w Barcelonie, doszedłem do wniosku, że Gaudi był dla tego miasta tym, kim Bernini dla Rzymu. Poniekąd je stworzył.


Potem jeszcze podróż autobusem po mieście: aż serce się krajało, gdy mijałem np. muzeum Picassa, Miesa van der Rohe, czy Jeana Miró. Z platformy otwartego autobusu zobaczyłem więc górę Tibidabo, Pałac Narodowy i inne sztandarowe miejsca tego miasta. Jeszcze tylko krótki postój przy jakimś stadionie (jak zapewne się domyślacie nie był to mój pomysł) oraz przy jednej ze słynnych kamienic Gaudiego (Casa Milà), mały spacer po porcie i po plaży (by zamoczyć stopy w Morzu Śródziemnym), a także po słynnej La Rambli, czyli najsłynniejszej alei miasta, a w zasadzie szerokiej handlowej promenadzie obsadzonej platanami, które tworzą nad głowami przechodniów piękny, zielony dach. W międzyczasie jakieś przerwy na kawę, obiad i przekąski (ach, te hiszpańskie tapas!).

Rzeźba Franka Gehry'ego na barcelońskim nabrzeżu

La Rambla po zmroku

Casa Milà Gaudiego (detal)

Zakątkiem szczególnie urokliwym i klimatycznym (zwłaszcza po zmroku) jest tzw. Barri Gòtic, czyli Dzielnica Gotycka. To najstarsza część miasta (Barcelona rozrosła się w zasadzie dopiero w XX w.), pełna wąskich uliczek, wzdłuż których ciągną się średniowieczne kamienice i kościoły. Cudowne, magiczne miejsce, które zaraz przywołało mi z pamięci książkę Cień wiatru Zafona i zamieszczone w niej zdjęcia.


Wiele by można jeszcze pisać o tym wrzącym, barwnym mieście, ale lepiej zobaczyć je na własne oczy - czego każdemu z Was życzę. Także i sobie - bo mam nadzieję, że kiedyś tam jeszcze wrócę.