Pokazywanie postów oznaczonych etykietą varia (mniej lub bardziej poważnie). Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą varia (mniej lub bardziej poważnie). Pokaż wszystkie posty

sobota, 9 czerwca 2012

Żegnajcie!


Zanosiło się na to już od dawna. Bric-à-brac umarł śmiercią naturalną. Konał zresztą od dłuższego już czasu - po prostu straciłem serce do pisania i prowadzenia dalej tego bloga. Dlatego niniejszym postem oficjalnie zamykam sklepik i kończę jego działalność. Dziękuję przy tym wszystkim czytelnikom, którzy tu zaglądali, czytali, komentowali... Nie opuszczam Was całkowicie. W dalszym ciągu będę zaglądał na Wasze miejsca w sieci. Bo to jest chyba najpiękniejszy owoc tego mojego pisania: to, że w ciągu tych kilku lat mogłem poznać tak ciekawych ludzi oraz wszystko, czym żyjecie, co czytacie i oglądacie. Jeśli kogoś z Was zainteresuje czasem co u mnie słychać, tzn. co ja czytam, oglądam i polecam, zapraszam na moje profile na Filmwebie i LubimyCzytać. Stamtąd nie uciekam i wciąż będę zamieszczał tam swoje oceny oraz mini-opinie. Przypominam, że jestem również na Twitterze. Na razie to mi wystarczy. Kto wie, może z czasem znów nabiorę ochoty do pisania i tu powrócę albo też uwiję sobie jakieś inne gniazdko. Gdyby tak się stało, dam znać tutaj lub w innych miejscach. Jeszcze raz wszystkim bardzo dziękuję za te wspólne lata i zwijam swój kramik. Żegnajcie!


poniedziałek, 23 kwietnia 2012

Celebryta czyta

Ostatnio pojawiają się w Polsce różnego rodzaju inicjatywy i kampanie medialne, które mają zachęcić przeciętnego Kowalskiego do czytania (np. Nie czytasz? Nie idę z tobą do łóżka lub Nie czytaj!). Ja na Dzień Książki proponuję w tym roku serię fotografii celebrytów w otoczeniu książek: Celebryta czyta czyli czytanie jest sexy. Życzę miłego rozpoznawania znajomych twarzy, a jeszcze lepiej czytanych przez nich pozycji. A już wkrótce mój tradycyjny doroczny stos, owoc okolicznościowych zakupów z promocji.

niedziela, 18 grudnia 2011

Fajna zabawa


I oto mamy kolejną inicjatywę, która już krąży po blogach książkowych. Nazywa się Mój dzień w książkach i zainicjowała ją ponoć niejaka Cornflower. Zasady pozwalam sobie zacytować od Lirael, od której dowiedziałem się o tej literackiej zabawie:

Zadanie polega na tym, żeby poniższe zdania uzupełnić tytułami książek, ale muszą to być wyłącznie pozycje przeczytane przez Was w 2011 roku. Tekst należy umieścić na swoim blogu. Osoby, które nie mają bloga, mogą napisać opowieść w komentarzu.
Tytuły można odmieniać przez przypadki. Wskazane jest też  podlinkowanie ich do Waszych recenzji. Historia może mieć charakter absurdalno-żartobliwy lub śmiertelnie poważny. :)
Takie są zdania do uzupełnienia:


Mój dzień w książkach

Zaczęłam dzień (z) _____.
W drodze do pracy zobaczyłam _____
i przeszłam obok _____,
żeby uniknąć _____ ,
ale oczywiście zatrzymałam się przy _____.
W biurze szef powiedział: _____.
i zlecił mi zbadanie _____.
W czasie obiadu z _____
zauważyłam _____
pod _____ .
Potem wróciłam do swojego biurka _____.
Następnie, w drodze do domu, kupiłam _____
ponieważ mam _____.
Przygotowując się do snu, wzięłam _____
i uczyłam się _____,
zanim powiedziałam dobranoc _____ .

A oto moje dzieło (linki odnoszą do książek w serwisie Lubimy Czytać):

Zacząłem dzień przejrzystą pogodą.
W drodze do pracy zobaczyłem powidoki
i przeszedłem obok punktu i linii a płaszczyzny,
żeby uniknąć pętli,
ale oczywiście zatrzymałam się przy dancingu w kwaterze Hitlera.
W biurze szef powiedział: "Zrób sobie raj"
i zlecił mi zbadanie raju tuż za rogiem.
W czasie obiadu z osobliwym gościem
zauważyłem no właśnie co
pod gabinetem kolekcjonera.
Potem wróciłem do swojego biurka, w ciemność.
Następnie, w drodze do domu, kupiłem pół,
ponieważ mam pierwsze urodziny prosiaczka.
Przygotowując się do snu, wziąłem maść na szczury
i uczyłem się oddawać wiersze w dobre ręce,
zanim powiedziałam dobranoc, nim zapadnie noc.


Aż żałuję, że ta opowieść nie jest dłuższa, bo wiele tytułów aż prosi się o to, by je tu umieścić.
Tyle ode mnie - puszczam łańcuszek dalej...


piątek, 25 listopada 2011

Ankieta na trzecie urodziny


I stało się. Zapomniałem o trzecich urodzinach swojego bloga, które minęły w poniedziałek, 21 listopada. Mam nadzieję, że nie oznacza to, że blog staje się dla mnie coraz mniej ważny - choć tak może się wydawać po ilości postów i nieregularności ich pojawiania się. 


Zresztą zakładając bric-à-brac naprawdę nie wiedziałem jak długo uda mi się go pociągnąć. Od początku postanowiłem sobie, że pisał będę tylko wtedy, gdy będę miał ciekawy temat i ochotę - nic na siłę. W najśmielszych marzeniach nie spodziewałem się, że potrwa to tak długo.

Trzecie urodzinki!

Każde urodziny są okazją do tego, żeby podziękować czytelnikom. Bardzo wdzięczny jestem za to, że tu zaglądacie i chcecie czytać moje wypociny. Wyjątkowo gorąco dziękuję tym, którzy decydują się czasem zostawić tu swój ślad poprzez komentarze.


Dziś mam do Was prośbę: zaznaczcie w ankiecie jaka tematyka na moim blogu szczególnie Was interesuje. Mile widziane także uzasadnienia w komentarzach. Jestem niezmiernie ciekawy jakie wpisy szczególnie Was zajmują. Kto wie, może nawet zmuszę się (a jednak!) do tego, żeby teksty na dany temat pojawiały się częściej?


Jeszcze raz wszystkim najmocniej dziękuję za obecność, lekturę, wyrazy sympatii oraz za udział w ankiecie.

P.S. Można zaznaczać więcej odpowiedzi. Nie ograniczam ankiety czasowo - każdy kto tu zaglądnie w przyszłości będzie mógł zostawić swój głos.

wtorek, 1 listopada 2011

Na Dzień Zaduszny i Wszystkich Świętych


CO MNIE
Czesław Miłosz

Co mnie albo i komu tam jeszcze do tego

Że będą dalej wschody i zachody słońca,
śnieg na górach, krokusy,
i ludzkość ze swoimi kotami i psami?

Co nam do tego,
że w wielkim trzęsieniu ziemi część północnej Kalifornii
zapadnie się w morze,

Że rozważana będzie legalność małżeństw z komputerami,

Że powstanie cybernetyczne cesarstwo planetarne,

Że w roku 3000 uroczyście będzie celebrowane w Rzymie
wstępowanie w czwarte millenium chrześcijaństwa?

Co nam do tego - jeżeli w naszej krainie milknie zgiełk świata

I wchodzimy w Inne, poza czas i przestrzeń.

Na próżno w obrzędzie Dziadów kuszą nas darem jadła i napoju.

Nie odzywamy się, bo brak języka, żeby porozumieć się z żywymi.

I więdną bezużyteczne kwiaty, złożone kiedy byliśmy już daleko.
[2003]


Cyt. za: Czesław Miłosz, Wiersze ostatnie, Kraków 2006, s. 53.



Edycja z 5 listopada:

Końcem października byłem kilka dni w stolicy Francji i tym razem odwiedziłem m.in. największy i najsłynniejszy cmentarz paryski Père-Lachaise, na którym znajdują się groby mnóstwa osobistości, m.in. Fryderyka Chopina, Oskara Wilde'a, Edith Piaf, Jima Morrisona, Gertrudy Stein, Balzaca, Moliera, Apollinaira, Ingresa, Delacroix, Corota, Nadara, a nawet Abelarda i Heloizy. Wizyta była bardzo męcząca, bo cmentarz jest ogromny i nawet z mapą niełatwo te groby znaleźć (przydałyby się tam jakieś małe, dyskretne strzałki). Poniżej zdjęcie przy grobie wyjątkowego pisarza:

wtorek, 4 października 2011

Rzeczy


Zasadniczo jestem zwolennikiem tezy, że pieniądze najlepiej wydawać nie tyle na rzeczy, co przeżycia (np. podróże, kino, teatr, muzea, galerie, kawiarnie) lub przedmioty, które same w sobie są przeżyciem (książki, filmy, płyty itd.). Oczywiście pewne przedmioty są do życia konieczne, a inne mogą sprawić sporo radości. Są wreszcie pamiątki po przeżyciach, które pozwalają przedłużyć wspomnienia.

Ostatnio przybyło mi kilka wyjątkowych przedmiotów, którymi chciałbym się Wam pochwalić. Najpierw pamiątki z ostatniego wyjazdu do Francji:


Najcenniejsza z nich to długo poszukiwana przeze mnie (angażowałem w to nawet moją rodzinę) figurka Wenus z Willendorfu. Prawdziwe cacko kupione w końcu w Le Thot. Ponadto koszulka z Lascaux - może nie najpiękniejsza, ale jedyna w tak wielkim rozmiarze, jaki potrzebuję. I jeszcze długopis z muzeum Toulouse-Lautreca w kształcie tubki z farbą oraz oczywiście książki: o Lascaux i Sagrada Familia.

Inne długoletnie marzenie spełnił mój brat, który zamówił mi koszulki z logo mojego ulubionego serialu telewizyjnego Sześć stóp pod ziemią (o którym dawno temu pisałem tutaj).


I na koniec rzecz absolutnie wyjątkowa, która nawet nie bardzo pasuje do wcześniej przedstawionych. Od kilku tygodni jestem szczęśliwym posiadaczem swojego własnego ekslibrisu. Został on zaprojektowany i wykonany (jako stempel) specjalnie dla mnie przez siostrę mojej przyjaciółki, która studiuje na krakowskiej ASP (niektóre jej prace zobaczyć możecie na jej stronie internetowej). Długo się zastanawiałem, czy chcę "plamić" książki moim imieniem i nazwiskiem, ale w końcu zdecydowałem się na to. Posiadam ich olbrzymie ilości i stwierdziłem, że warto zaznaczyć istnienie swojej biblioteki chociaż w ten sposób. A ładny, elegancki ekslibris nie powinien bardzo przeszkadzać ewentualnym przyszłym dziedzicom moich książek. ;-)
Oto jak on się prezentuje (wciąż pragnę pozostać w miarę anonimowy, dlatego zasłaniam swoje nazwisko):


I jak się podoba?

środa, 3 sierpnia 2011

Kilka żalów, pięć książek i jedna nagroda


Na początku tego roku w środowisku blogerów książkowych powstała idea nagrody przyznawanej najciekawszym książkom. Siłą sprawczą i napędową całej sprawy była przede wszystkim Agnieszka z bloga Życiowa pasja bibliofila. Idea ruszyła z kopyta i rozgorzała gorąca dyskusja na stworzonym specjalnie w tym celu forum. Dołączyłem niezwłocznie, jak tylko usłyszałem o tej inicjatywie - byłem naprawdę podekscytowany projektem. Dyskusjom nie było końca. Niestety w pewnym momencie ruch na forum ustał i wszystko ucichło. Co jakiś czas tam zaglądałem, ale gdy na stronie zaczął dominować spam, uroniłem łezkę, stwierdzając, że sprawa póki co umarła śmiercią naturalną. Nieświadomy byłem tego, że było wręcz przeciwnie - wyłoniła się ścisła grupa organizatorów, wybrano ostatecznie nazwę nagrody - Złota Zakładka (która zresztą mi się podoba), ustalono ostatecznie konkretne kategorie, o których tak zawzięcie dyskutowaliśmy na forum, wreszcie utworzono regulamin i stronę internetową przedsięwzięcia. Nic o tym nie wiedziałem z tej prostej przyczyny, że jakimś dziwnym trafem nie dotarł do mnie mail informujący o tych krokach. Nic to. Najważniejsze, że sprawa się rozwinęła - i to ponad pierwotne oczekiwania, bo okazało się, że jednym z partnerów nagrody zostały Targi Książki w Katowicach, podczas których mają być ogłoszone wyniki.

Pełen radości i zapału zacząłem już układać listę nominacji, gdy okazało się, że... nie mogę wziąć udziału w głosowaniu. Regulamin został bowiem tak skonstruowany, że nominować książki i głosować na nie mogą tylko ci blogerzy, których blog w momencie otwarcia naboru nominacji (a więc 1 sierpnia 2011) funkcjonuje od 6 miesięcy i opublikował przez poprzedzający rok co najmniej dwanaście recenzji. Okazało się, że nie spełniam tego drugiego warunku. Nie zamieściłem na bric-à-brac aż 12 recenzji książkowych od sierpnia 2010 (jest ich coś ok. dziewięciu plus inne posty w kategorii książki: różne stosiki itp.). Mam za swoje. Dostało mi się za to, że niezbyt często tu piszę oraz za to, że nie publikuję więcej recenzji książkowych (choć w 2010 r. przeczytałem ponad 80 pozycji). 

Nie dawałem jednak za wygraną, próbując uprosić zakwalifikowanie mnie do udziału w plebiscycie. Miałem nadzieję, że może poczytane mi zostanie to, iż prawie od początku brałem udział w dyskusjach i pragnąłem czynnie włączyć się w realizację pomysłu. Jako dodatkowy argument wskazałem jeszcze swoje opinie o książkach, jakie publikuję w serwisie Lubimy Czytać, a których nie umieszczam tutaj, bo są zbyt krótkie na samodzielny post. Niestety nic to nie dało - organizatorzy postanowili być twardzi i "nie adaptować regulaminu do próśb". No, cóż - trudno. Pewnie tak trzeba. Nie ukrywam, że mi przykro i pozostał żal. A listę swoich nominacji mogę już wyrzucić do kosza. 

Dobrym owocem tego wszystkiego będzie być może to, że wezmę się bardziej za siebie i zacznę pisać więcej recenzji książkowych. Na dobry początek postanowiłem zamieszczać w moim bric-à-brac opinie z LubimyCzytac.pl. Raz na jakiś czas spodziewajcie się więc tutaj zbiorczych sprawozdań przynajmniej z niektórych moich lektur. Oto pierwsze z nich - kilka pozycji spośród przeczytanych przeze mnie w ostatnich dwóch miesiącach (z ocenami w skali od 1 do 6). Ze specjalną dedykacją dla ekipy Złotej Zakładki. A tak swoją drogą, to ciekawe, czy policzą je jako oddzielne recenzje?

***

Umberto Eco, Historia piękna (Rebis, 2005) - Rozczarowała mnie ta książka. Jest zbyt powierzchowna, by traktować ją jako dzieło z pewnymi ambicjami, a jednocześnie zbyt zagmatwana i pisana zbyt trudnym językiem, by uznać ją za rzecz czysto popularyzatorską (choć niekiedy odnosiłem wrażenie, że to raczej wina polskiego tłumaczenia). Oto mała próbka: 
"Wobec przytłaczającej atmosfery świata przemysłowego, rozrastania się metropolii, przez które przewalały się ogromne i anonimowe tłumy, powstawania nowych klas o potrzebach z pewnością innych niż estetyczne, artysta czuł się urażony formą nowych maszyn, afiszujących się czystą funkcjonalnością i nowymi materiałami, i - zagrożony w swoich ideałach - idee demokratyczne, które stopniowo torowały sobie drogę, uważał za wrogie; dlatego postanowił się stać odmieńcem" (s. 329). 
Czy to jest w ogóle po polsku?

Dużym atutem tej publikacji jest świetnie dobrany, nieoczywisty i bardzo obfity materiał ikonograficzny - w dodatku w znakomitych reprodukcjach. Cieszą też liczne wypisy ze źródeł literackich - choć nie ułatwiają one bynajmniej lektury. Te dwa elementy sprawiają, że podwyższam nieco ocenę.

Jest to książka na wskroś postmodernistyczna. Wenus Tycjana obok Lilith Rossettiego i Anity Ekberg z 8 i pół Felliniego; rzeźby antyczne obok miniatur średniowiecznych i kadrów z komiksów. Teksty biblijne obok traktatów oświeceniowych i poezji modernistycznej. Wszystko miesza się tu ze sobą - choć nie bez pewnego zamysłu. Książka niewątpliwie oryginalna, odważna i na swój sposób fascynująca. I jak każda tego typu pozycja - wśród wielu osób może wzbudzić opór. Mnie sama idea się podoba, ale jej realizacja pozostawia już sporo do życzenia. Ocena: 3, 5.

Praca zbiorowa pod red. Piotra Mareckiego i Agnieszki Wiśniewskiej, Kino Polskie 1989-2009. Historia krytyczna (Wydawnictwo Krytyki Politycznej, 2010) - Dlaczego o (pop)kulturze i sztuce pisać świeżo, z pazurem i piekielnie inteligentnie potrafią tylko autorzy ze środowiska Krytyki Politycznej? Czy dlatego, że "nieaspirujący do grona poważnych recenzentów mają łatwiej" (s. 217)? A może dlatego, że jako jedni z niewielu są w stanie dostrzec, że te dziedziny także dzisiaj mogą mieć widoczny skutek społeczny; że ze sztuką nie tylko warto, ale da się dyskutować; że nie jest ona tak do końca autonomiczna względem takich dyskursów stwarzających rzeczywistość, jak nauka, wiedza, polityka i religia (s. 213)? Ocena: 5.

Seamus Heaney, Przejrzysta pogoda. Wiersze wybrane (Znak, 2009) - Nie jest to prosta poezja - ona wymaga wysiłku, zmagania z materią języka. Pełna nostalgii, a nawet melancholii, pełnymi garściami czerpie z obrazów pamięci, dopuszcza do głosu duchy zmarłych. Żywi się nie tylko wspomnieniem, ale i mitem, literaturą, historią, naturą. Potrafi porwać i wzruszyć, zachwycić i dać do myślenia. A niekiedy pozostawia bezradnym. Nie jest to prosta poezja. To poezja wielka. Ocena: 5, 5.





Marcin Szczygielski, Berek (Latarnik, 2007) - Pewnie nigdy nie sięgnąłbym po tę książkę, gdyby nie to, że wpadła mi w ręce zupełnie przez przypadek w miejscu i czasie, gdy nic ciekawszego na podorędziu nie miałem. A że czyta się szybko - błyskawicznie się z nią uporałem. Jest to właśnie takie czytadło do szybkiej, jednorazowej konsumpcji. Książka o spotkaniu młodego i bogatego geja ze złośliwym, starszym "moherem". Niestety bardzo jednostronna, mało prawdopodobna psychologicznie i niedopracowana - przydałby się dokładniejszy research środowiska katolickiego, bo tutaj to same schematy i stereotypy, nie do końca trzymające się kupy, parę "wpadek" np. na temat liturgii katolickiej etc. Na dodatek powieść zbyt słodka, jak na mój gust. Ocena: 2, 5.

Andrzej Szczeklik, Kore. O chorych, chorobach i poszukiwaniu duszy medycyny (Znak, 2007) - Nie sądziłem, że spodoba mi się ta książka. Nigdy nie interesowała mnie tematyka medyczna, a wręcz zawsze od niej stroniłem. Ten pięknie wydany tom wpadł mi w ręce trochę przez przypadek i skusiłem się ze względu na piękne reprodukcje dzieł sztuki, jakie znalazłem wewnątrz. Medycynę zawsze kojarzyłem z naukami empirycznymi, szczegółowymi, tymczasem w esejach Szczeklika jawi się ona jako dziedzina w pełni humanistyczna - którą przecież jest par excellence. Kore podaje mnóstwo rzetelnych informacji i ciekawostek związanych z tematyką medyczną (także z historii medycyny - co było dla mnie wyjątkowo ciekawe). Nie stroni jednocześnie od odwołań do mitów, literatury, religii, filozofii, antropologii etc. Nadzwyczaj ciekawa i zupełnie dla mnie nowa perspektywa w tej dziedzinie. Polecam. A sam zabiorę się zapewne za wcześniejsze Katharsis tegoż autora. Ocena: 5.

 

niedziela, 24 lipca 2011

No, to LOVELY!


Miło mi poinformować, że oto zostałem wyróżniony blogową nagrodą One Lovely Blog Award - dzięki uprzejmości peek-a-boo, która mnie do niej wytypowała. Jest ona autorką bardzo ciekawego i oryginalnego bloga "więcej niż pierwsza czytanka", na który zawsze zaglądam z wielką przyjemnością, do czego wszystkich zachęcam. 

To już drugi taki łańcuszek szczęścia jakim zostałem uraczony (pierwszy możecie podejrzeć tutaj). Tym razem zasady gry są troszeczkę inne:

  •      Na swoim blogu stwórz notkę o nominacji, podając przy tym link do osoby, która Cię nominowała
  •      Napisz o sobie siedem rzeczy, których odwiedzający bloga jeszcze nie wiedzieli
  •      Nominuj szesnaście innych osób (nie można jednak nominować osoby, która Ciebie nominowała)
  •      Zostaw na ich blogach komentarz, dzięki któremu dowiedzą się o nagrodzie i nominacji

Niniejszym spróbuję zdradzić te wymagane 7 faktów z mojego życia prywatnego, o których jeszcze w żadnym poście nie wspominałem. Jednocześnie zaznaczam, że bardzo zależy mi, aby pozostać anonimowym, dlatego największe moje tajemnice nadal pozostaną tajemnicami. 

1.  Mam czwórkę młodszego rodzeństwa. Trójka założyła już swoje rodziny, a najmłodsza (jest między nami 20 lat różnicy) mieszka jeszcze z rodzicami. Bardzo się lubimy, świetnie dogadujemy i często spotykamy. Nigdy nie brakuje nam wspólnych tematów do rozmowy.

2. Mam małego fioła na punkcie kawy. Piję ją zawsze czarną i bez cukru, by móc się nią w pełni delektować. Przyrządzam zaś innym zgodnie z życzeniami - cappuccino, latte, mrożona etc. Najczęściej używam ekspresu ciśnieniowego (jestem zwolennikiem ekspresów kolbowych, nie automatycznych), ale od czasu do czasu zdarza mi się użyć np. włoskiej kafeterki. W podróży i w czasie różnego rodzaju wyjazdów, wożę ze sobą przeróżne "odfusiacze" i inne ustrojstwa (np. Aeropress), które pozwalają mi cieszyć się dobrą kawą zawsze i wszędzie.

3. Wspominałem już gdzieś, że mam 202 cm wzrostu, ale dodam jeszcze, że mój numer buta to 47. Takie wymiary sprawiają, że nienawidzę kupować ubrań: szczególnie butów i spodni. To dla mnie długotrwała udręka i horror. Zwykle kończy się tak, że kupuję pierwszą rzecz, która na mnie pasuje - a to i tak po długich i żmudnych poszukiwaniach.

4. Jestem uzależniony za to od zakupów książkowo-filmowych. Moja kolekcja płyt DVD liczy już grubo ponad 500 pozycji, a książek to nawet nie liczę. Upodabnia to mój pokój do małego empiku - prawie same półki z książkami i płytami. Rodzeństwo czasem się śmieje: "idę do wypożyczalni coś sobie wybrać".

5. Uwielbiam jeść. Jedną z moich ulubionych rozrywek jest wyjście do restauracji. Zawsze zrobisz mi też przyjemność zapraszając mnie np. na kolację lub po prostu kawę z ciastkiem. Jestem też w zasadzie wszystkożerny: nie wybrzydzam i zawsze zostawiam talerz wyczyszczony. Jedno jedyne danie, którego nie lubię to placki ziemniaczane.

6. Uwielbiam podróżować. Co nieco krajów już widziałem (czasem dzielę się wrażeniami na blogu), ale moim marzeniem jest odwiedzić jeszcze Hiszpanię (zwłaszcza Madryt i Barcelonę), Belgię i Holandię (ze względu na malarstwo niderlandzkie), Grecję (Ateny i Knossos), USA (Nowy Jork, ewentualnie Nowy Orlean) oraz moją ukochaną Wenecję, w której byłem tylko raz, bardzo krótko, a w której zakochałem się od pierwszego wejrzenia.

7. Do dziś nie potrafię zrozumieć jak to się stało, że zacząłem pisać tego bloga, i że wciąż to kontynuuję (choć nie z taką częstotliwością, jakbym chciał). O jego istnieniu nie wie prawie nikt z mojej rodziny i znajomych: tylko brat z żoną, którzy odkryli go zupełnie przez przypadek oraz trójka bliskich przyjaciół (Ola, Łukasz i Daniel), którzy jednak na moją prośbę milczą jak grób.

Uff... Powiem Wam, że ciężko było mi napisać te 7 punktów. Ciekawy jestem co wymyślą kolejni delikwenci. A proszę o to następujące osoby (tylko 7, skoro już krążymy wokół tej liczby):


Te osoby należą do moich ulubionych blogerów i chętnie dowiedziałbym się o nich czegoś więcej. Celowo nie wymieniłem np. Chihiro, padmy i maga-mary, gdyż o nich już sporo wiem, a poza tym są one tak bardzo popularne, że albo już tę nagrodę otrzymały, albo z pewnością wkrótce ktoś je wytypuje. Pozdrawiam je jednak bardzo serdecznie. ;-)

A peek-a-boo dziękuję za wyróżnienie!

Aktualizacja z 25 lipca (godz. 12.00)
Zapomniałem zaprosić do zabawy jeszcze jedną osobę: Czarę! Bardzo lubię jej blog, ale niestety czasem zapominam na niego zaglądnąć, gdyż nie aktualizuje mi się on w mojej liście blogowej, tu obok (jest zawsze na samym dole). Chętnie dowiedziałbym się o Tobie paru ciekawych rzeczy, Czaro, więc zapraszam do zabawy. A blog zdecydowanie zasługuje na wyróżnienie.

piątek, 24 grudnia 2010

Podarek na Boże Narodzenie


Boże Narodzenie


W tym roku grzmiano w mediach
o niezatracaniu wartości świąt.
Krytykowano pierogi, bombki i prezenty,
bo "o co innego chodzi".

Skrajnie radzono nawet,
żeby w wigilię poprzestać
na słowie i opłatkach,
ewentualnie świecy,
która symbolizuje Bliskość.

Śmiałam się w duchu
lepiąc od rana uszka,
mieszając groch z kapustą
o jedenrazrocznym aromacie.

Wyjęłam z pudełka
nowe słomiane gwiazdki
(kupione wcale nie okazyjnie).

Dałam znak prababci
- przyszła po cichu
razem wieszałyśmy gwiazdki na jedlinie
na palcach sięgając ku najwyższym gałęziom,
jak ku niebiosom.

Babciu, szepnęłam, rozświetlając niebo nad ziemią,
jak tam jest?
- Dobrze, ale czasami tęskno nam za ziemią.
Wy wciąż jesteście tak potrzebni sobie,
my tam - westchnęła - mamy wszystko...

B. N. 2005

Z tomu "Podarki" Aleksandry Dąbrowskiej (Tuchów 2007), którą niniejszym (razem z mężem i córeczką) gorąco pozdrawiam!

środa, 1 grudnia 2010

Gdzie te książki?


Uwaga: będę narzekał! Tym razem na polski rynek książki. Po prostu muszę to z siebie wyrzucić! Ostatnio mam nieodpartą potrzebę nadrobienia zaległości w klasyce - także tej mniej "oczywistej". W pierwszej mierze chcę zabrać się za Samuela Becketta, Konstandinosa Kawafisa, T. S. Eliota, Josifa Brodskiego i Annę Świrszczyńską. Wspomnę przy tym o moim małym "odchyleniu" (by nie użyć bardziej dosadnego słowa), że z bibliotek korzystam jak najmniej, gdyż lubię czytane książki posiadać na własność. Niestety w naszym kraju zakup jakichkolwiek pozycji wymienionych przeze mnie autorów graniczy z cudem. W księgarniach ich nie uświadczysz, a stare, wysłużone wydania krążą po antykwariatach i aukcjach internetowych za niebotyczne wręcz pieniądze (od kilkudziesięciu do kilkuset złotych), a i tak nie są łatwe do zdobycia (na Świrszczyńską poluję już od kilku lat!). Spośród wymienionych przeze mnie nazwisk tylko T. S. Eliot ma się jako tako, dzięki wyborowi poezji wydanemu stosunkowo niedawno przez Świat Książki. Ja uważam tę sytuację za skandaliczną. W każdym cywilizowanym kraju mogę wejść do księgarni i takiego Becketta, Prousta, czy Rilkego zakupić w normalnej cenie detalicznej. U nas muszę wydać fortunę, i to tylko jeśli mam szczęście, że w ogóle uda mi się znaleźć jakąś ofertę sprzedaży. Jeszcze bardziej zatrważające jest to, że sytuacja ta dotyczy także naszych rodzimych klasyków - w tym Noblistów. Spróbujcie w pierwszej lepszej księgarni zakupić np. jakiś zbiór wierszy Miłosza. Życzę powodzenia! Czy to jest normalne? A Wy z zakupem jakich pozycji macie kłopoty?

niedziela, 21 listopada 2010

Druga rocznica.

I oto dzisiaj mija dwa lata od uruchomienia tego składziku z różnościami, którym jest ów blog. Tym razem nie świętuję tego dnia z fajerwerkami, konkursami i nagrodami - w końcu to tylko skromne dwa latka. Drugi rok działalności był zdecydowanie mniej bogaty w posty niż poprzedni. Ja jednak cieszę się, że w ogóle udaje mi się ciągnąć to dalej. Nie piszę może zbyt często i daleko mi do tych blogów, których odnośniki znaleźć możecie obok, niemniej jednak miejsce to sprawia mi wiele radości. Mam zatem nadzieję, że zbyt szybko się nie wypalę i będę w stanie ciągnąć to dalej. Wam wszystkim, którzy tu zaglądacie - a szczególnie tym, którzy czasem zechcą się odezwać - serdecznie dziękuję i zapraszam do dalszych tutaj powrotów. Bo czymże byłby bric-à-brac bez odwiedzających?


sobota, 30 października 2010

Na cmentarzu


Miałem ochotę zatytułować tę notkę Kicz na cmentarzu. Bo obiektywnie patrząc kiczu na nekropoliach jest mnóstwo - myślę, że warto zwrócić na to uwagę odwiedzając w najbliższych dniach groby swoich bliskich. Nie chodzi mi tylko o plastikowe kwiaty i tandetne znicze, ale same nagrobki. Te wszystkie grawerowane portrety lub święte wizerunki, ten błyszczący kamień, kostka Bauma, pozłacane litery, rzewnie płaczące gipsowe anioły itp. Tak, to wszystko jest kiczowate, niemniej jednak wydaje mi się, że nazywanie tego kiczem jest trochę nie na miejscu. Każdy ma przecież prawo upamiętnić swoich bliskich w taki sposób, w jaki uważa za słuszny. Tak naprawdę trudno dyskutować z tym jak wyrazić swoją żałobę. A to, że tak duża część społeczeństwa nie ma smaku, to już inna sprawa. Wystarczy tylko spojrzeć na polskie domy (polecam stronę Koszmary Architektury). Oto co się ludziom podoba. Nic dziwnego, że w podobnym stylu urządzają swoje "domy na wieczność".

Jednakże to wszystko, co spotkać możemy na polskich cmentarzach jest niczym w porównaniu z tym, co zobaczyć możemy za granicą. Chciałem tu zaprezentować wybór co ciekawszych nagrobków z Cmentarza Wolvercote w Oxfordzie. Odwiedziłem go ostatnio po raz kolejny, pielgrzymując do miejsca spoczynku J. R. R. Tolkiena. Sam cmentarz nie jest zresztą brzydki, ma też kilka bardzo ciekawych nagrobków (te celtyckie krzyże!). Znaleźć tam można jednak sporą grupę nagrobków co najmniej dziwnych. Prezentuję tu mały wybór: nie po to jednak, by sobie drwić (wiele z nich to groby dzieci), ale by pokazać, że także i w ten sposób ludzie upamiętniają dziś swoich zmarłych. Ot, taka funeralna ciekawostka przed Dniem Zadusznym.

Kilka Jezusów, Maryj i aniołów to zawsze lepiej niż jedna.

Jak tu się nie wzruszyć: smoczek, butelka i jeszcze te różowe kamyczki.

Oto prawdziwy kibic.

Bill chyba bardzo lubił grać w lotki.

Czy tylko ja mam skojarzenia z bombonierką?

Humor nie opuszcza Anglików nawet w obliczu śmierci.

Muszę sprawdzić co symbolizuje ważka.

Aż żałowałem, że te światłowody się nie świeciły. Matka Boska i buldog muszą wyglądać w ich świetle naprawdę niesamowicie.

I na koniec groby z zabawkami: