Pokazywanie postów oznaczonych etykietą prasa. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą prasa. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 14 czerwca 2011

Magazyn do czytania


Zapowiadałem wczoraj na Twitterze, ale dziś muszę dać upust mojej radości. Oto zdarzył się cud. Pomimo tego, że czytelnictwo w Polsce kuleje (za nami w Europie jest tylko Albania), a i prasie papierowej wróży się jak najgorzej, oto dziś historyczny moment - ukazał się pierwszy numer nowego pisma "Książki. Magazyn do czytania". Tak! O książkach! Na papierze!

Pierwszy numer nowego tytułu po prostu mnie zachwycił. Podoba się już "od pierwszego wejrzenia". Elegancka okładka, ciekawy format, nowoczesny layout, znakomici autorzy, różnorodność materiałów. Naprawdę jest o czym poczytać: znakomity wywiad z Zadie Smith, śmieszno-straszny pamflet Janusza Rudnickiego na temat kanonu lektur szkolnych, Irena Grudzińska-Gross o polskich biografiach, Wojciech Orliński brawurowo o McLuhanie, moja ulubiona historyczka sztuki Maria Poprzęcka na temat albumów o sztuce, Maria Janion o książkach, które zmieniły jej życie, bardzo interesujący materiał o tym co czyta świat, a na deser chyba pierwszy, jaki czytałem niepochlebny artykuł o Mad Men, jednym z moich ulubionych seriali (przedruk z "The New York Review of Book"). To wszystko i o wiele więcej na 76 dużych stronach.

Ten magazyn to spełnienie moich marzeń. Mankamenty? Przede wszystkim częstotliwość ukazywania się: jak podaje blog współredaktorów tego pisma - zaledwie raz na kwartał (choć okładka sugerowałaby, że to miesięcznik). Poza tym jakość druku pozostawia trochę do życzenia, ale to drobiazg. Moją małą obawą jest to, że pismo jest satelitą "Gazety Wyborczej" - nie, żebym miał coś przeciwko niej, ale to środowisko i tak dominuje już w dyskursie kulturalno-literackim w naszym kraju - i nie chodzi mi tu tylko o nagrodę Nike, ale o to, że ci sami autorzy piszą m.in. w "Tygodniku Powszechnym", "Dwutygodniku", "Herito" i wielu innych pismach (które zresztą namiętnie czytuję). Nie ma co jednak wybrzydzać. Dziś prawdziwe święto dla rynku prasy i książki oraz miłośników literatury w kraju nad Wisłą. 

Jakby tego było mało, na dodatek "Gazeta Wyborcza" zainicjowała nowy cykl "Czytamy w Polsce", w którym pisarze i ludzie kultury mówią o czytaniu oraz o najważniejszych dla nich książkach. Teksty te już zaczęły pojawiać się w internecie (szczególnie polecam interesujący wywiad z Andrzejem Stasiukiem). Dzięki tej inicjatywie przez najbliższe dni stanę się wiernym czytelnikiem GW. Skrupulatnie odnotowuję sobie tytuły, które wymieniają rozmówcy - kto wie, może kiedyś coś się z tego wykluje. ;-)

sobota, 28 maja 2011

O retoryce i cenzurze w kraju cudownych metafor


O tylu sprawach chciałbym napisać, ale niestety brak czasu sprawia, że muszę je na razie odłożyć. Dlatego teraz tylko krótki przegląd prasy. Otóż pragnę polecić Wam gorąco ostatni numer "Tygodnika Powszechnego" (w kioskach jeszcze tylko do wtorku), który uważam za wyjątkowo ciekawy i mądry. Sporą część tego wydania zajmują różnorodne teksty na temat polskości oraz aktualnego stanu życia społecznego w naszym kraju. Mieszkająca na stałe w USA Magdalena Rittenhouse w tekście "Ci okropni Polacy" analizuje stereotypy na temat naszej narodowości funkcjonujące za oceanem. Rozmawia też z autorką pracy naukowej na ten temat. Jednym z najlepszych artykułów w numerze jest tekst Michała Olszewskiego "Ocenzurujcie się sami" o niedawnych incydentach "cenzorskich" w państwie, a w gruncie rzeczy o tym czego są one symptomem. Autor pisze m.in.:

Bądźmy uczciwi: nie tylko władza przekracza granice. Jeśli już, to doszlusowuje ona do standardów retorycznych wyznaczanych gdzie indziej. Zatruty chleb jedzą wszyscy. Również wyważony do niedawna Piotr Zaremba, który reagując na tekst Jana Filipa Libickiego w „Gazecie Wyborczej”, stwierdził: „Niech poseł Libicki się nie gniewa, ale jego satysfakcja z powodu współpracy z Czerską przypomina radość żydowskich policjantów, którym niemiecki okupant stworzył chwilowy komfort. Zwykle nie nadużywam słów – chodzi naturalnie o metaforę”. O tak, w tym tkwi sedno naszych językowych szaleństw: piszemy po prostu „metafora”, zyskując tym samym prawo do każdego gestu językowego. Zespół Raz, Dwa, Trzy celnie śpiewał: „Żyjemy w kraju cudownych metafor”. (...)

Liczy się efekt retoryczny. (...) Redaktor naczelny uzasadnia potrzebę publikacji wywiadu wolnością słowa, choćby najgłupszego, z kolei przedstawiciele skarbu państwa w zarządzie wydającej pismo spółki biją się w piersi – mimo że formalnie powinni trzymać się z dala od treści redakcyjnych. To już nie szaleństwo, to wielopiętrowy gmach, w którym nie wiadomo dawno, kto zachował zdrowe zmysły, a kto je stracił.

Tworzą te zdarzenia spójny, ciemny i logiczny obraz, pokazując, jak przyobleka się w ciało niebezpieczeństwo triumfu retoryki nad warstwą merytoryczną. Proporcje rozchwiały się na dobre: rozmowę o desygnatach słów wypiera zażarta dyskusja o samych słowach. Związki słów z rzeczywistością rozluźniają się i tracą na znaczeniu. Dyskutujemy o Zarembie i gestapo, o Ziemkiewiczu i Urbanie. Liczy się pomysł, możliwie mocny i kontrowersyjny.

(...) Uwagę przyciąga nie ten, kto mówi merytorycznie, tylko ten, kto mówi ciekawie. Mówić ciekawie zaś oznacza w praktyce mowę jednoznaczną i możliwie bolesną dla przeciwników politycznych. To z kolei oznacza, że ważniejsze od rzeczywistych problemów kraju stają się stylistyczne fajerwerki. Dobrze wytresowane przez polityków i dziennikarzy społeczeństwo zmienia się w psa Pawłowa, który reaguje jedynie na grepsy, a po każdym prezencie staje na tylnych łapach i prosi o więcej.

(...) Podobno taka jest cena wolności: rozszerzenie granic tego, co dopuszczalne, do maksimum. W granicach zmieszczą się więc m.in. porównanie premiera do prezerwatywy (dodatek satyryczny „Gazety Polskiej”), nazwanie zmarłego arcybiskupa łajdakiem, idiotyczne analogie między dawnymi a młodszymi laty. Jest wolność, co oznacza, że można bezkarnie pisać bzdury i obrażać, nawet jeśli w ten sposób zaciera się granica między wolnością słowa a głupotą. Co więcej: w oplecionej siecią medialną Polsce każde głupstwo urasta natychmiast do rangi wydarzenia centralnego.

Polecam całość (już jest w sieci).

Podobną tematykę porusza też Józefa Hennelowa w swoim felietonie "O czym innym, niż chciałam". Oto fragment:

Dziś odniosę się tylko do jednej sprawy: do wskrzeszania alarmu o powracającej jakoby "cenzurze". Coraz częściej pada ona jako zagrożenie, choć jestem przekonana, że żaden dziennikarz wygrażając tym terminem, sam w to nie wierzy.

Czy mam przypomnieć, co było konfiskowane w czasach funkcjonowania cenzury? Nie inwektywy, nie obelgi pod adresem przeciwnika. Skreślano nazwiska skazanych na milczenie twórców i próby przekazywania ich dorobku. Skreślano nazwy miejsc i dziejów budujących świat prawdy i bohaterstwa. Skreślano naukę Kościoła broniącego człowieka. Skazywano na milczenie dokonania tych ludzi, o których, bo niesłuszni, nie należało nawet wiedzieć.

Dziś podnosi się larum z powodu zakwestionowania prawa do obrażania człowieka, a także do naruszania bezkarnie konkretnych zapisów kodeksów (najczęściej zza bezpiecznej zasłony dowolnych pseudonimów). A pełną swobodę posługiwania się każdą retoryką, włącznie z taką, której do niedawna po prostu między przyzwoitymi ludźmi nie godziło się używać, zaczyna się ogłaszać miernikiem naszej wolności w jej wymiarze powszechnym.
Sprawę cenzury i odpowiedzialności za słowo dotyka też w swojej rubryce Jan Klata, pisząc w tekście "Sympathy for the Devil" o kontrowersyjnej wypowiedzi (żarcie?) Larsa von Triera na festiwalu w Cannes (możesz ją zobaczyć tutaj).

W kręgu spraw polskich pozostają też arcyciekawe rozmowy: z teatrologiem Dariuszem Kosińskim "Dziady Smoleńskie" o polskim romantyzmie oraz z posłem PJN Janem Filipem Libickim "Krótka rozprawa o zaciskaniu zębów", w którym poruszone zostają takie tematy, jak aktualne zwyczaje polityczne, patriotyzm i jego związki z Kościołem.

W numerze znajdziecie również m.in. piękny tekst Andrzeja Stasiuka o matce ("Radio wszystkich świętych"), artykuł o Muzeum Sztuki Współczesnej w Krakowie oraz analizę sytuacji polskiego kina dokumentalnego. Ponadto dwa dodatki (z cyklu śląskiego oraz o Europie środkowej), spora grupa tekstów o aktualnościach ze świata (Szkocja, Libia, Pakistan, Krym) i oczywiście recenzje książek i innych wydarzeń kulturalnych. Jest co czytać.

I  jeszcze krótko o nowej odsłonie miesięcznika "Znak". Obchodzi on właśnie 65. rocznicę istnienia i z tej okazji znów zmienia swoją formułę - tym razem dosyć radykalnie, ale chyba na lepsze. Nowa, bardziej "dynamiczna" szata graficzna, inny papier i większa różnorodność materiałów. Dotychczas każde wydanie zdominowane było przez jeden temat, któremu towarzyszyły co najwyżej mniejsze materiały (np. historyczne lub kulturalne). Przeglądając najnowszy numer odnosi się wrażenie, że teraz tych "tematów numeru" jest więcej (Kreatywna Polska oraz Kościół otwarty + teologia Obirka + książka Graczyka o "Tygodniku Powszechnym"). To wszystko sprawia, że pismo sprawia wrażenie bardziej atrakcyjnego, nowoczesnego i różnorodnego - bez rezygnacji z dotychczasowych ambicji. Jak dla mnie bomba. :)

To pewnie tyle. Nie pozostaje mi nic innego, jak jeszcze raz zachęcić do lektury i życzyć owocnego czytania. A ja postaram się wkrótce powrócić z nowymi notkami, bo wiele się ostatnio dzieje i jest o czym pisać.

niedziela, 10 kwietnia 2011

Czarny baran na Rocznicę


W ostatnim numerze Tygodnika Powszechnego (15/2011) znaleźć można obszerny materiał związany z rocznicą katastrofy smoleńskiej pt. Rok antyżałoby, którego częścią jest ankieta wśród osobistości życia publicznego (wypowiadają się m.in. Andrzej Zoll, Jerzy Sosnowski, Paweł Śpiewak). Opublikowany tam komentarz Andrzeja Stasiuka uważam za najbardziej trafny i wyrażający także i moją opinię na sprawę. Pozwalam więc sobie przytoczyć słowa pisarza w całości:

Mam w Wołowcu stado owiec. A słuchając jednej z audycji radiowych, występowali w niej m.in. Kurski i Jakubiak, pomyślałem, że dokupię czarnego barana i nazwę go „Smoleńsk”. Wolno mi, bo po 10 kwietnia zabrnęliśmy w groteskę i surrealizm. Rozdęte urzędnicze ego nie pozwala o sobie zapomnieć nawet po śmierci, ci ludzie nie żyją, a nadal mają fioła na swoim punkcie, słyszę, że ci, którzy wtedy siedzieli w samolocie, to byli święci, że zginęła elita elit. Prawda jest znacznie bardziej prozaiczna – w absurdalnej katastrofie zginęło kilkudziesięciu urzędników państwowych, bo ktoś wpadł na pomysł, żeby lecieli na uroczystości jednym samolotem. Jeśli można tak powiedzieć, to była po prostu katastrofa. Koniec świata nie nastąpił, kraj nadal funkcjonuje, Rosjanie nie wjechali czołgami. Rozumiem żałobę rodzin, ale egzekwia, które są nieustannie sprawowane od roku, to nic innego jak marketing emocji połączony ze zwyczajnym szantażem. Dlaczego bije się nas po głowach tym wydarzeniem, dlaczego to cierpienie jest tak widowiskowe i nabiera wyłącznie politycznego wymiaru, dlaczego wypadek lotniczy staje się kluczowym argumentem politycznym? Przecież żałoba nie może trwać w nieskończoność.

Z wydarzeń, które rozegrały się w ciągu minionego roku, najbardziej zapamiętam zamieszanie wokół krzyża na Krakowskim Przedmieściu. Ująłem się wówczas w jednym z wywiadów za kobietami, które go broniły. Jakoś poirytowała mnie sytuacja, w której tzw. polska lewica uznała obrońców krzyża za dobry cel ataku. Prawdziwa lewica ujęłaby się za tymi odsuniętymi, poniżanymi na co dzień ludźmi, którzy dali się w łatwy sposób i w dobrej wierze zmanipulować. 

Są i dobre sygnały: byłem właśnie u swoich sąsiadów w Wołowcu, trochę rozmawialiśmy. I proszę sobie wyobrazić, że słowo "Smoleńsk" nie padło tam ani razu.

Mieliśmy ważniejsze tematy.

sobota, 2 kwietnia 2011

Co czytam, kiedy nie czytam


Tytuł zaczerpnąłem z tego posta na blogu Miasto książek. Padma pisze w nim o tym, jak niekiedy, pomiędzy lekturami, nachodzi ją ochota, by wrócić do czytanych już wcześniej, a lubianych książek. Moja notka, choć o takim samym tytule, będzie jednak o czymś innym. Ponieważ ja w przerwach między czytaniem książek pożeram straszne ilości prasy (co pochłania zresztą niemały majątek i mnóstwo czasu). Jest to głównie prasa kulturalna, ale zdarza mi się zajrzeć i do innych tytułów. Oto mały przegląd periodyków, które czytam wówczas, kiedy nie czytam.

TYGODNIK POWSZECHNY
Moim zdaniem jest to aktualnie najlepsze pismo ukazujące się w Polsce. Jest to KATOLICKIE PISMO SPOŁECZNO-KULTURALNE, jak głosi podtytuł. I tu od razu istotna uwaga: TP to nie jest pismo religijne tylko właśnie społeczno-kulturalne. Nigdzie indziej nie znajdziecie tak wnikliwych tekstów ze wszystkich dziedzin kultury: o literaturze (znakomity dodatek pt. Magazyn Literacki), sztuce, filmie, muzyce, teatrze, a nawet o tak "niszowych" dziedzinach, jak np. balet. Poza tym sporo o społeczeństwie, historii, czasem o polityce i nauce. Ponadto dużo wywiadów z ciekawymi ludźmi, ciekawe i często dowcipne felietony etc. Teksty na wysokim poziomie i - co dla mnie bardzo ważne - nieraz dosyć długie.

Nie trzeba się bać przymiotnika "katolicki". Owszem, jest tu sporo artykułów na temat Kościoła, wiary i religii, ale nie ma to nic wspólnego z "praniem mózgu w letniej wodzie święconej" (słowa ks. J. Pasierba), jakie lubią nieraz serwować niektóre katolickie media. Ponadto sprawy religijne ukazane są zawsze w szerszym kulturalno-społecznym aspekcie, bardzo często dopuszczając do głosu ludzi o odmiennym zdaniu, niż hierarchia (za co nieraz  pismo zbierało  cięgi). Przyznam, że w Tygodniku widzę jedną z ostatnich oaz wysokiego poziomu refleksji i dyskusji na medialno-kulturalnej pustyni naszego kraju. Jak pisałem już w innym miejscu: Tygodnik Powszechny jest też w naszym kraju bardzo potrzebnym świadkiem tego, że wiara i przynależność do Kościoła katolickiego nie musi wiązać się z odrzuceniem myślenia, wolności, pluralizmu, nie musi łączyć się z mową nienawiści i brakiem kompetencji. Tygodnik pokazuje, że katolicki znaczy powszechny, a bycie katolikiem nie kłóci się z postawą pełną otwartości, zaufania, a jednocześnie krytycznego myślenia – bez wyrzekania się własnej katolickiej tożsamości i ewangelicznych korzeni. Dzięki temu takie wartości jak wiara, chrześcijaństwo, Ewangelia, Kościół mogą zostać dostrzeżone jako jasny punkty i ważne elementy naszej kultury. A tak poza tym to po prostu świetne pismo kulturalne.

FILM
Magazyn ten czytam bez przerwy odkąd z tygodnika stał się miesięcznikiem, tj. od września 1993 r. Film przechodził w tym czasie różne okresy, pełne wzlotów i upadków. Na szczęście ostatnio znów jest na fali wznoszącej. Cieszy mnie, że można tam znaleźć coraz więcej analiz około-filmowych, wywiadów z ludźmi filmu, wyrazistych felietonów. Jest to miesięcznik lekki i przyjemny, który biorę do ręki zawsze wtedy, gdy chcę odpocząć nieco od ciężkiej i poważnej tematyki, która dominuje w innych czytanych przeze mnie czasopismach.



KINO
Miesięcznik filmowy w sumie ciekawszy i bardziej ambitny od wyżej wymienionego. Szkoda, że cały czas balansuje na granicy bankructwa. Publikuje zdecydowanie najlepsze recenzje filmowe w kraju (dorównują im jedynie te z Tygodnika Powszechnego). Są one publikowane także na stronie internetowej pisma, więc warto tam czasem zajrzeć.






PRZEKRÓJ
Bardziej lub mniej dokładnie obserwuję przemiany tego tygodnika od dobrych kilku (a może nawet kilkunastu) lat i muszę przyznać, że w tym okresie nigdy nie był tak interesujący, jak za czasów Katarzyny Janowskiej. To właśnie ona sprawiła, że Przekrój stał się naprawdę ciekawym pismem kulturalnym, z dłuższymi tekstami i dominacją grafiki nad fotografią (także na okładkach). Niestety właśnie ukazał się pierwszy numer z nowym naczelnym (nie wiem czemu odeszła pani Katarzyna). I tygodnik właśnie przechodzi fazę małej rewolucji: zmienił dzień ukazywania się (na poniedziałek), obniżył objętość (do 60 stron) i cenę (3,99 zł) i - co najważniejsze - przeniósł się w dużej mierze do internetu. Efekt możecie zobaczyć tutaj. Akurat te zmiany mi się nie podobają (polecam ciekawy post na ten temat na blogu młodej pisarki), no ale pożyjemy, zobaczymy.


NOWE KSIĄŻKI
Zasłużony miesięcznik (założony w 1949 r.), o nieco archaicznej szacie graficznej, za to za stosunkowo niewielkie pieniądze (8 zł). Stały układ pisma to jeden długi wywiad z pisarzem plus całe mnóstwo rzetelnych recenzji książkowych z wszystkich możliwych dziedzin - i jeszcze parę drobiazgów "około-książkowych" na dodatek. Obowiązkowa lektura każdego mola książkowego.





ZNAK
Miesięcznik, który kupuję tylko wówczas, gdy zaciekawi mnie temat numeru (cena trochę zaporowa: 18 zł). Za to, gdy już kupię dostaję zestaw tekstów który prezentuje dany temat naprawdę wnikliwie i z różnych punktów widzenia. W każdym numerze także recenzje książkowe, eseje, często różne ankiety i rozmowy. Elegancka szata graficzna. Summa summarum: najwyższa półka.




WIĘŹ
Warszawskie pismo nieco podobne do krakowskiego Znaku, ale o odrobinę lżejszym kalibrze i z większą ilością tematyki religijnej. Każdy numer także sprofilowany tematycznie. Ponadto sporo felietonów (w tym zawsze świetne teksty Jerzego Sosnowskiego), recenzji książek i jedna z moich ulubionych rubryk Ksiądz z kobietą w kinie czyli rozmowa o filmach.





ARTEON
Jeden z tych magazynów o sztuce najnowszej, które naprawdę da się czytać. Myślę, że nawet "laik" jest w stanie znaleźć coś ciekawego dla siebie.










ART & BUSINESS
Jedno z najładniejszych i najbardziej eleganckich pism w Polsce (ostatnio też przeszło metamorfozę). Kosztuje niemało (16 zł), ale przynajmniej widzę za co płacę. Znakomitej jakości zdjęcia i teksty na ponad 240 stronach. Oprócz sztuki, sporo na temat kolekcjonerstwa, inwestycji finansowych i biznesu, ale też o designie, modzie etc.






SPOTKANIA Z ZABYTKAMI
Całkiem rzetelny dwumiesięcznik o polskiej sztuce dawnej, ale bywa nieco nudnawy - w zasadzie tylko dla zainteresowanych tą tematyką. Kupuję głównie ze względów "zawodowych". Plus za nową, bardziej elegancką szatę graficzną.







ZESZYTY LITERACKIE
Pismo jak z innej epoki - i pod względem edytorskim i merytorycznym. Kupuję i czytam tylko czasami, gdy zainteresuje mnie większa ilość zamieszczonych materiałów. Nazwiska autorów w kółko te same: Miłosz, Herbert, Zagajewski, Hartwig, Herling-Gruziński, Bieńkowska, Karpiński itp. Tematyka głównie literacka i podróżnicza (och, ta Italia!).






KWARTALNIK ARTYSTYCZNY
Nieco podobny do Zeszytów Literackich - często podobna tematyka i zestaw nazwisk, ale jednak dużo ciekawszy. Brawa za zeszyty tematyczne (Samuel Beckett, Francis Bacon itd.). Na tej stronie można gratis ściągnąć w pdf-ie sporo archiwalnych numerów (legalnie!).







OPCJE
Kolejne pismo, które ostatnio przeszło metamorfozę. Wyszła mu na dobre. Jeden z najciekawszych pod względem graficznym periodyków (to kwartalnik). Długie, wymagające artykuły, wiodący temat numeru i sporo recenzji różnych wydarzeń kulturalnych. Ponad 200 pięknie wydanych stron za marne 6 (słownie: sześć) złotych. Cuda jakie, czy co?





KONTEKSTY (Polska Sztuka Ludowa)
Niech Was nie zmyli podtytuł (to pozostałość po dawno zapomnianych czasach). Pismo antropologiczne składające się z ambitnych esejów "od sasa do lasa" - choć związanych zawsze jakoś z tematem numeru. A te są bardzo różne: Dom, Antropologia miasta, Żywoty zwierząt itd. Znakomici autorzy, ładna szata graficzna, bardzo duża objętość i takaż cena (od 25 do 50 zł).





AUTOPORTRET
Pismo o dobrej przestrzeni - głosi podtytuł (cokolwiek to ma znaczyć). Sporo na temat architektury i urbanistyki, ale nie tylko. Dla przykładu kilka tematów numeru: Dom w Polsce, Nowoczesności, Przestrzenie wirtualne. Raczej krótkie i dosyć zwięzłe teksty, oryginalny format i szata graficzna.






HERITO
O tym periodyku pisałem już tutaj. Niestety drugi numer trochę mniej ciekawy niż pierwszy. Zobaczymy jak będzie dalej.











Sięgam też po inne tytuły, np. RESPUBLICA NOWA, TOPOS, FRAGILE, STRONY, CZAS KULTURY, KWARTALNIK FILMOWY, RYMS, POLITYKA, NEWSWEEK, GOŚĆ NIEDZIELNY, PRZEGLĄD POWSZECHNY i inne. Zawsze je przeglądam, a kupuję, gdy zainteresuje mnie co najmniej kilka tekstów. Podsumowując: nie jest najgorzej. Człowiek interesujący się kulturą ma w czym wybierać. Oczywiście pisma te są dostępne tylko w niewielu wybranych miejscach (co by nie powiedzieć, empiki są w przypadku prasy niezastąpione). Brakuje mi jednak w naszym kraju tygodnika stricte kulturalnego. Trochę dziurę tę próbuje łatać Tygodnik Powszechny i Przekrój, ale to jeszcze nie to. Może by tak wydawać np. taki DWUTYGODNIK na papierze? To by było to, na co czekam.

A Wy jakie czasopisma czytacie?

wtorek, 28 grudnia 2010

Nowe pismo kulturalne


Wszystkim zainteresowanym tematyką kulturalną, historyczną, socjologiczną, politologiczną etc., chciałbym polecić nowe pismo, które już jest dostępne w sprzedaży: HERITO, podtytuł: dziedzictwo, kultura, współczesność. Jest to kwartalnik ukazujący się w wersji dwujęzycznej (polsko-angielskiej), nowa inicjatywa zasłużonego Międzynarodowego Centrum Kultury w Krakowie. Jak pisze redakcja:
Mamy nadzieję, że ["Herito"] stanie się jedynym w swoim rodzaju forum dyskusji o dziedzictwie, kulturze, współczesności i przyszłości. To pismo koncentrujące się wokół zagadnień miejsca i związanej z nim refleksji, przestrzeni i jej znaczeń, geografii wyobraźni i pamięci. Pretekstem do rozważań jest Europa Środkowa, której doświadczenie i kulturowe dylematy są tyleż specyficzne, ile trafiające w sedno współczesnej debaty.

W pierwszym numerze, zatytułowanym Symbole i kalki, pragniemy „przewietrzyć” i krytycznie spojrzeć na wyobrażenia związane z ideologiami narodowymi, mity polityczne i ich przydatność, a także ich rozmaite odzwierciedlenia w sztuce, architekturze i krajobrazie. Powstałe w ciągu ostatnich dwóch stuleci niematerialne i materialne dziedzictwo narodowej ideologii do dziś oddziałuje na zbiorową wyobraźnię społeczeństw. Czym jest dzisiaj ta symbolika? Balastem epoki, barwnym produktem turystycznym, wspólnym dziedzictwem? Czy dzisiaj mój bohater musi być równocześnie twoim wrogiem?

Temat numeru nie wyczerpuje bynajmniej jego zawartości. Rozmowa, opinie i refleksje z wystaw i lektur, przykłady udanych przedsięwzięć kulturalnych, nowoczesnych instytucji działających w obszarze szeroko pojętego dziedzictwa składają się, mamy nadzieję, na interesującą panoramę kultury naszej części Europy.
W pierwszym numerze znaleźć można eseje, wywiady, sprawozdania, recenzje wystaw i książek - wszystkie naprawdę ciekawe. Autorzy międzynarodowi, a wśród nich m.in. Anda Rottenberg, Maria Poprzęcka, Ewa Mazierska i Agnieszka Sabor (żeby wymienić tylko bardziej znane polskie nazwiska). Cena może nie najniższa (19 zł), ale też niezbyt wygórowana - zważywszy na to, jak wysoki poziom prezentuje ta publikacja. Całość jest bowiem naprawdę pięknie wydana: elegancka i czytelna oprawa graficzna, duży, acz poręczny format, 170 stron w pełnym kolorze, znakomita jakość papieru i druku. Mam nadzieję, że taki poziom uda się utrzymać w kolejnych numerach. Zachęcam do tego, by odwiedzić stronę internetową pisma (www.herito.pl), gdzie można zajrzeć do środka numeru oraz przeglądnąć spis treści.

Na naszym ubogim jeszcze rynku prasy cieszy każda tego typu inicjatywa - eleganckie pismo kulturalne, nie wyglądające jak samizdat, z autorami na najwyższym poziomie. Mam nadzieję, że będzie się rozwijać prężnie. We mnie już znaleźli stałego czytelnika.

sobota, 3 lipca 2010

Quo vadis?


Zauważyłem, że ostatnimi czasy coraz częściej poruszam na blogu tematykę wiary i religii. Pojawia się ona nawet wtedy, gdy piszę o filmach, książkach, czy sztuce. Jest tam obecna albo bezpośrednio w tekście, albo wywołana zostaje przez Wasze komentarze. Mnie osobiście specjalnie to nie przeszkadza i mam nadzieję, że Was też nie odstraszy - chociaż nie chcę, aby bric-à-brac zmienił się w sklepik z dewocjonaliami. Ma tu dominować przede wszystkim kultura!

Mimo tego dzisiaj znowu kilka słów zahaczających o wiarę i Kościół katolicki. Wszystkim zainteresowanym chciałbym polecić najnowszy numer pisma Czas Kultury (nr 2/2010). Poświęcony jest on tematowi apostazji i można znaleźć w nim naprawdę interesujący blok tekstów na ten temat. Obok wywiadów z ks. Jackiem Prusakiem, SJ (Tygodnik Powszechny), z teologiem i byłym jezuitą Stanisławem Obirkiem oraz z założycielami strony apostazja.pl, w numerze opublikowano m.in. artykuły o Stanisławie Przybyszewskim, Richardzie Dawkinsie oraz o Janie Pawle II "Apostacie" (sic!). Dla mnie najbardziej inspirujący był jednak tekst literaturoznawcy Michała Larka Katolicy, apostaci i poeci. Komentarz do tekstów Stanisława Obirka. Znajdziemy tam m.in. trafną sugestię, iż duchowni powinni na poważnie czytać poetów. I jakby na potwierdzenie tej tezy autor przytacza dwa wiersze Jerzego Jarniewicza (muszę bliżej poznać twórczość poetycką tego autora!). Pozwolę sobie zamieścić tutaj chociaż jeden z nich:
Rozmowa będzie możliwa (wiersz trzeci)

między bobem a bojem
między bobrem a bólem
utknął w jednej sylabie
ojciec całej rodziny
bogiń bożnic bogdanów
bogumiłów i bożyszcz

zszedł między słowa
poddając się gramatyce
cielesności przypadków
(on - tak absolutny)
prawom artykulacji
(on - niewypowiedziany)
fanaberii form
(on - który jest istotą)
kornie spoczął na języku

a ciało słowem się stało
i mieszkało między nami

(z tomu Skądinąd)

Michał Larek podejmuje m.in. kwestię tego, w jakiej sytuacji znajduje się dziś wiara religijna i w jakiej przestrzeni działa obecnie Kościół - chodzi tu przede wszystkim o przestrzeń językową rozumianą jako ta, która jest wyrazem (a zapewne i jedną z przyczyn) ewolucji ludzkiej mentalności:

XXI wiek rozpuścił ludzi, ułatwiając im wyrażanie i upublicznianie własnych opinii. Portale społecznościowe, blogi, YouTube, fora, rozmaite komunikatory, coraz bardziej rozgadana i interaktywna telewizja, wielofunkcyjne komórki - wszystkie te środki produkcji i dystrybucji prywatnej twórczości zmieniają w sposób diametralny warunki globalnej dysputy. Podejrzewam, że to bogate medialne wyposażenie przeciętnego człowieka przeprogramowuje jego oczekiwania intelektualne, czyniąc go bardziej odpornym na absolutystyczne roszczenia. Nie można dzisiaj przekonująco uzurpować sobie prawa do przemawiania ex cathedra.

Im bardziej jesteśmy apodyktyczni, tym bardziej śmieszni. Kto chce przekonać do swoich racji, musi argumentować, pytać, sugerować, namawiać, uwodzić, a nie rozkazywać, nakazywać, pouczać, czy wymagać. Kościół katolicki jest jednym z dyskutantów - powiada Obirek - powinien w końcu zdać sobie z tego sprawę i wyciągnąć konstruktywne wnioski na temat uzurpatorskiej intronizacji w czasach demokratycznego zarządzania ludźmi i ideami, w erze perswazyjnej wręcz polifonii.


Wczytując się w teksty S. Obirka autor pyta czym jest wiara religijna oraz jej specyficzna forma wyznaniowa, jaką jest katolicyzm w wydaniu polskim. Woła mocnym głosem:

(...) Nie mylcie przedstawienia Boga z samym Bogiem; nie wierzcie, że katolicyzm to Bóg; prawdą jest Bóg, nie katolicyzm.
Sprawa jest poważna, bo (...) stawką wiernego jest nie ślepe oddanie pośrednikom, ale praca nad coraz lepszą relacją z Bogiem.

Gdyby poprzestać na owym treningu ufności i posłuszeństwa, wiara stałaby się działaniem automatycznym, swoistym konsumowaniem liturgicznych schematów, bezwolnym mimetyzmem.

Aby uniknąć tego niebezpieczeństwa, trzeba konfrontować swoją wiarę z wierzącymi inaczej, w tym także z agnostykami i niewierzącymi. Jak pisze Obirek:

Agnostyk jest dla mnie - człowieka wiary - lustrem, w którym się przeglądam. Jedno z podstawowych pytań, które stawia również agnostyk, brzmi: skoro można przyzwoicie i sensownie żyć bez wiary, po co wiara, co daje i czemu służy? Takie pytania dla wierzącego są błogosławione. Jest w nich moc oczyszczająca dla kogoś, kto wierzy i wyraża swoją wiarę. Jeśli do takich radykalnych pytań człowiek wierzący podejdzie z życzliwością, a nie lękiem, może okazać się, że niektóre elementy jego wiary mają bałwochwalczy charakter. Ale ten proces oczyszczenia wiary pokaże też, że zostaje coś, co się mu nie poddaje.

Co jest tym, co pozostaje? Odpowiedzi będą zapewne różne dla poszczególnych osób, ale rdzeniem jest zawsze Ewangelia. Stanisław Obirek też daje swoją osobistą odpowiedź: Wierzę, gdyż wierzył także człowiek imieniem Jezus z Nazaretu.

Polski katolik niestety nie ma zbyt wiele okazji do oczyszczania swojej wiary z różnych zbędnych, a niekiedy nawet niebezpiecznych naleciałości. Nie ma zbyt wiele okazji, by na co dzień konfrontować swoją wiarę z wyznawcami innych obrządków, religii i światopoglądów. Co więcej, specyfika naszego katolicyzmu polega jak sądzę na tym, że jest on bardzo hermetyczny, a jego spotkanie z każdą inną formą - nawet niewiele się różniącą (jak np. katolicyzm europejski) owocuje zwykle nieufnością i poczuciem pychy oraz samozadowolenia.

Wnętrze bazyliki Hagia Sofia w Stambule (Konstantynopolu) z 1 poł. VI w.,
przekształcona na meczet w 2 poł. XV w. Dziś muzeum.

Dzieje się tak dlatego, że - jak pisze Obirek - w gruncie rzeczy chrześcijaństwo polskie w jego katolickiej wersji zostało uwikłane w dość przypadkowy kostium kulturowy, który tym trudniej poddaje się krytycznej ocenie, że wzmocniony został historiozoficzną interpretacją przydającą mu status wyjątkowości i niezmienności niemal metafizycznej.

Niestety polski Kościół nie zachęca wiernych do refleksji na temat przedmiotu katolickiej wiary, motywuje natomiast gorąco do adoracji tegoż. W konsekwencji nie wiemy, w co wierzymy. A jeśli nie wiemy, w co wierzymy, to czy rzeczywiście wierzymy? Oto ważne pytanie, na które wcale nie ma oczywistej odpowiedzi.

Wiara nie może być jakąś zarozumiałością poznawczą. Nie jest ona jakąś jedną uniwersalną odpowiedzią na absolutnie wszystkie pytania człowieka. Wręcz przeciwnie - jak pisze Obirek:
(...) Wiara to rujnowanie własnej pewności i wygaszanie w sobie potrzeby kolonizowania cudzych intelektów. (...) Wiara nie może polegać na rozkoszowaniu się własną nieomylnością, na moszczeniu się we własnej wiedzy. (...) Wiara nie boi się cudzych racji i własnej niepewności.

Oczywiście w takim rozumowaniu, jakie prezentuje Obirek i Larek może grozić popadnięcie w drugą skrajność, którą jest indyferentyzm lub akceptacja bliżej niesprecyzowanego "ducha Ewangelii" oraz niekonkretnej wizji Chrystusa, ale odrzucenie wspólnoty Kościoła. No bo po co pozostawać jeszcze w tej instytucji? Tę kwestię porusza na łamach Czasu Kultury ks. Jacek Prusak. W wywiadzie mówi między innymi takie słowa:

Wiara zawsze jest przeżywana w pojedynkę. Trzeba przecież dać osobiście odpowiedź Panu Bogu na jego wezwanie. Ale nie jest to wiara rozumiana indywidualistycznie. Według badań empirycznych ludzie, którzy odchodzą z Kościoła, żeby przeżywać prywatnie wiarę, najczęściej wiarę tracą. Bo czym jest wtedy wiara? Tacy ludzie nie mają dojścia do źródeł, które Kościół ofiaruje poprzez sakramenty, praktyki ascetyczne, duchowe et cetera. Stają się łagodnymi deistami. Jakoś tam wierzą w wyższą istotę, która napełnia świat sensem i miłością, ale nie myślą o niej na tyle osobowo, żeby się do niej modlić czy wiązać z nią określoną religię.

I dalej:

Kościół nie jest zbiorem indywidualistów, którzy mają większe czy mniejsze natchnienia. Kościół jest wspólnotą pamięci, którą trzeba ożywiać i którą trzeba chronić, a także tłumaczyć.

Dla mnie osobiście jednym z wielu powodów, by trwać w Kościele - i to w sposób czynny, zaangażowany, a nie bierny - jest to, że mogę być jednym z tych, który będzie pokazywał inną twarz katolicyzmu, niż chociażby ten spod znaku ojca Rydzyka i większości jego zwolenników. Bo - jak mówi ks. Prusak - w Kościele wszystkie reformy zostały przeprowadzone przez ludzi, którzy w Kościele zostali. Nie mam wprawdzie żadnych poważnych zapędów reformatorskich, ale przecież mogę być jednym z tych, który pokaże - nawet na tym swoim małym kawałku podłogi - że można być człowiekiem myślącym i jednocześnie wierzącym. Dlatego nigdzie się nie wybieram i nie myślę o żadnych odejściach i apostazjach - bynajmniej nie z braku odwagi.

piątek, 23 kwietnia 2010

Dzień Książki 2010


Obchodzony co roku Światowy Dzień Książki i Praw Autorskich jest świętem każdego zagorzałego bibliofila i czytelnika - także ze względu na to, że księgarnie prześcigają się w różnego rodzaju promocjach i miłych gestach wobec swych klientów. A wydaje się, że i klienci księgarni w tym dniu pozwalają sobie na więcej. Ja także obłowiłem się nieźle w tym roku i poniżej przedstawiam moje zdobycze w formie popularnego na blogach "stosika". Jest to mój pierwszy stosik, ułożony specjalnie z okazji dzisiejszego święta. Kolejny nie prędzej jak za rok. Dlaczego? Ja po prostu kupuję zbyt wiele książek (niemal kompulsywnie) i gdybym chciał tu przedstawiać wszystkie swoje zakupy, musiałyby się one pojawiać bardzo często. A oto i mój pierwszy stosik:


- Michał Paweł Markowski, Życie na miarę literatury - bardzo lubię czytać eseje tego autora (w kolejce czeka jeszcze jego Występek: Eseje o pisaniu i czytaniu). Ponieważ dotyczą one literatury i życia z nią, stwierdziłem, że Dzień Książki jest najodpowiedniejszą okazją, by w tę pozycję się zaopatrzyć.

- Monika Szwaja, Zupa z ryby Fugu - nie bójcie się :) - to dla mamy, która bardzo lubi tę autorkę.

- Mirosław Bańko, Słownik dobrego stylu czyli wyrazy, które się lubią - podobają mi się bardzo książki językoznawcze tego specjalisty (często korzystam z jego Polszczyzny na co dzień), a akurat w kwestii stylu bardzo wiele mi jeszcze brakuje. Pożyteczny nabytek.

- Umberto Eco: Historia piękna, Historia brzydoty i Szaleństwo katalogowania - to największa radość w tym stosiku. Od dawna miałem chrapkę na tę "trylogię", odstraszała mnie jednak cena. Dzień Książki pozwolił mi jedną z nich dostać za darmo - trudno było nie skorzystać z takiej okazji. Myślę, że do tych pięknie wydanych publikacji sięgnę już niedługo.

W sumie dzisiejszy dzień pozwolił mi zaoszczędzić aż 165 zł. Nie to jednak jest w nim najpiękniejsze, ale fakt, że daje tyle radości tak wielu osobom. Trzeba ją pomnażać ile się da. Ja na przykład mam w zwyczaju w tym dniu darowywać książki innym. Zawsze mam w swoim księgozbiorze kilka zbędnych pozycji (m.in. darmowe prezenty od wydawnictw) i Dzień Książki jest świetną okazją, by się ich pozbyć i sprawić komuś radość.

Na koniec jeszcze dwie rekomendacje, w sam raz na tę okazję. Polecam sympatyczny artykuł Marcina Wichy z "Tygodnika Powszechnego" (nr 17/2010) pt. Grzbiet w zagrożeniu (znajdziecie go klikając na tytuł), a także najnowszy numer kwartalnika "Res Publica Nowa", pod wdzięcznym tytułem Książki i papierosy. W "Res Publice" znajdziecie mnóstwo ciekawych esejów, wywiadów, dyskusji i ankiet o książkach, czytaniu i nieczytaniu. Znalazłem tam też jedną informację, którą autentycznie się przeraziłem. Otóż w naszym pięknym kraju budżet na SPORT (sic!) w 2009 roku był o ponad jedną trzecią większy od budżetu na KULTURĘ, OCHRONĘ ZABYTKÓW I DZIEDZICTWO NARODOWE RAZEM WZIĘTE!!! Zatrważające!

Może to smutna konstatacja na koniec tego radosnego wpisu, ale tak to niestety jest, że Dzień Książki jest świętem dla mniej niż 30% Polaków. Ja w każdym bądź razie życzę dziś wszystkim jak najwięcej świetnych książek na półkach i jak najwięcej czasu na ich czytanie. Pozdrawiam wszystkich kochających książki!

czwartek, 15 października 2009

Nowy Znak


Jestem w trakcie lektury najnowszego numeru miesięcznika ZNAK (10/2009), który chciałbym gorąco polecić wszystkim zainteresowanym. Temat przewodni numeru to Bankructwo humanistyki?, chociaż zważywszy na punkt widzenia zamieszczonych pod tym szyldem tekstów, powinien brzmieć on raczej Bankructwo polonistyki lub Bankructwo literaturoznawstwa. Wśród tych tekstów najbardziej zainteresowały mnie Academia contra humanistyka Franka Kermode oraz Inne światy, inne prawdy Michała Pawła Markowskiego. Szczególnie ten drugi tekst jest tekstem odważnym, ale do tego autor ten zdążył nas już przyzwyczaić. Mimo, że nie zgodziłbym się z wszystkimi stawianymi tu tezami (a kluczowa i najbardziej kontrowersyjna to ta, że humanistyka nie jest żadną nauką), to jednak esej ten ujął mnie od samego początku - nie tylko tym, że jako motto rozważań przytacza słowa Lisy Simpson, ale przede wszystkim żywym językiem, klarownością wywodu (co wcale nie jest cechą charakterystyczną Markowskiego) oraz wspomnianą już odwagą myślenia. Pozwolę sobie przytoczyć chociaż jeden fragment, który dał mi do myślenia:
Nie ma innego humanizmu niż ten, o którym pisał przed laty William James, że jest to pogląd, zgodnie z którym nie sposób z ludzkiego poznania wyjąć tego, co specyficznie ludzkie i co nadaje ludzki (humanistyczny) kształt otaczającemu światu. Powiedziałbym tak nawet: ten jest antyhumanistą, kto chce ludzkie poznanie pozbawić tego, co najbardziej ludzkie - niepewności, błądzenia, tymczasowości - i zastąpić je tym, co nie-ludzkie: pewnością, oczywistością i nieodwracalnością.
Jednak nie o tym artykule chciałem napisać przede wszystkim, ale o rozważaniach, które leżą już poza głównym tematem numeru, choć nie zupełnie bez związku z nim. Chodzi mi mianowicie o rewelacyjny tekst Piotra Millatiego Tratwa "Meduzy" czyli o wspólnym dryfie religii i literatury. Autor w niebanalny i zaskakujący sposób, a do tego z dużą dozą humoru, kreśli analogie między losem religii a literatury w naszym polskim społeczeństwie. Podejmuje próbę zwięzłego wyjaśnienia przyczyn postępującej dekadencji religii i literatury, a że są to dwie rzeczywistości wyjątkowo dla mnie ważne, tym bardziej utożsamiam się z poglądami i spostrzeżeniami pana Millatiego. Nieczęsto zdarza mi się czytać tekst, z którym czuję całkowitą jedność - tak, jakbym ja sam napisał te słowa (inna sprawa, że kończy się to żalem i zazdrością, że jednak autorem jest ktoś inny).

Théodore Géricault, Tratwa "Meduzy" (1818-19); 491 x 716 cm; Luwr, Paryż

Nie mniej ciekawe są spostrzeżenia ewangelika Kazimierza Bema Ekumeniczne porady, dotyczące m.in. obecności Kościoła w sferze publicznej. Warto by wzięli je sobie do serca nie tylko katecheci.

Kolejnym tekstem, na jaki chciałbym zwrócić uwagę jest Rana Krzysztofa Biedrzyckiego. To swoista recenzja filmu Tatarak Andrzeja Wajdy, który właśnie wyszedł na DVD. Jest to nie tylko najlepsza, najciekawsza i najbardziej dogłębna recenzja tego filmu, jaką czytałem, ale i pewnego rodzaju medytacja inspirowana filmem i jego tematyką, z dodatkowym odniesieniem do innego słynnego tytułu podejmującego kwestię śmierci, jaką jest obraz 33 sceny z życia Małgorzaty Szumowskiej. Tematyki śmierci dotyka też inny tekst tego numeru Zakrzyczeć śmierć, znieczulić strach, napisany przez jak zwykle świetnego Jerzego Surdykowskiego.

W omawianym numerze ZNAKU znajdziecie jeszcze sporo innych ciekawych rzeczy (m.in. recenzja książki ks. Józefa Tischnera Etyka a historia. Wykłady). Ciekawy numer, a kolejny zapowiada się równie pasjonująco: Czy katolicy przegrywają walkę z czasem?

PS Mam nadzieję, że niektóre z tych artykułów ukażą się za jakiś czas w całości na stronie miesięcznika. Nie ukrywam, że najbardziej zależy mi na tekstach P. Millatiego i K. Bema.

piątek, 19 grudnia 2008

FRONDA locuta...


Ostatnio rzadko kupuję Frondę czyli Pismo poświęcone – zaledwie raz na kilka numerów, gdy zainteresuje mnie większa ilość zamieszczanych tam materiałów. Tak właśnie stało się z numerem najnowszym (49/2008). Jeszcze nie przeczytałem całego tomu, nie mogę jednak powstrzymać się od tego, by nie poczynić kilku krótkich uwag co do zamieszczonych tam tekstów na temat antykoncepcji. Nie o problemie antykoncepcji chciałbym jednak napisać, choć jest on niewątpliwie ciekawy i godny uwagi, ale o kwestii nauczania papieża i Magisterium Kościoła.

Dwóch autorów odnosi się do tej sprawy: słynny Tomasz P. Terlikowski i niejaki Mirosław Salwowski. Obaj używają w zasadzie tych samych argumentów nt. nieomylności papieża i Magisterium, z tym że Salwowski bardziej je rozwija. Dzieje się to w ogniu polemiki z ks. Jackiem Prusakiem SJ nt. jego tekstów o „milczącej schizmie” z Tygodnika Powszechnego (inne teksty na ten temat na łamach TP). Autorzy cytują słowa ks. Prusaka: „Tylko cały Kościół zachowany w jedności wiary jest uchroniony od błędu (por. „Lumen gentium", n. 25)”, a następnie czepiają się słowa „tylko”. Zaraz padają, słuszne skądinąd, argumenty, że przecież są trzy formy kościelnej nieomylności:

1) papież przemawiający najwyższą mocą swego autorytetu (czyli ex cathedra)

2) papież nauczający w łączności z Kolegium Biskupów, gdy przedkładają oni daną prawdę do wierzenia jako objawioną przez Boga (słusznie zauważa tu Salwowski, że chodzi przede wszystkim o nauczanie soborów powszechnych)

3) ogół wiernych (poczynając od biskupów aż po ostatniego z wiernych świeckich) ujawniający powszechną zgodność w sprawach wiary i obyczajów.

Do tej pory się wszyscy zgadzamy – są to przecież fakty. Schody zaczynają się, gdy dochodzi do interpretacji faktów. I tutaj już autorzy pozwalają sobie na interpretację bynajmniej nie ortodoksyjną. Jest to interpretacja ultraortodoksyjna, tzn. bardziej radykalna, niż ta zamierzona i przedstawiona przez Magisterium (odsyłam tutaj szczególnie do INSTRUKCJA O POWOŁANIU TEOLOGA W KOŚCIELE Kongregacji Nauki Wiary oraz listu Motu Proprio Jana Pawła II AD TUENDAM FIDEM).

Kościół bardzo ściśle określa hierarchię prawd oraz to, jakie prawdy można uznać za nieomylne. Bardzo wyraźnie jest też określenie kiedy papież występuje ex cathedra. Otóż muszą być spełnione następujące warunki: 1) nauczanie dotyczy tylko kwestii wiary i moralności, 2) jest wyraźnie określone jako nieomylne, 3) jest podawane w nauczaniu uroczystym bądź zwyczajnym, gdy Papież naucza jako Głowa kolegium biskupów.

Tak więc dogmat o nieomylności papieża rezerwuje ten przymiot do bardzo wąskiej kategorii prawd. To nie całe nauczanie papieża jest nieomylne, ale bardzo niewielka jego część. I tak okazuje się, że poza uroczystymi kanonizacjami (bo beatyfikacje nie podlegają już tej kategorii), Jan Paweł II, podczas swojego dwudziestosześcioletniego pontyfikatu, wypowiedział się ex cathedra tylko raz: w encyklice Evangelium vitae. Stwierdził wtedy, powołując się na autorytet Piotra i Pawła, że aborcja i eutanazja są aktami głęboko niemoralnymi (por. EV 57). I jakkolwiek encyklika ta dotyczyła Ewangelii życia i cywilizacji śmierci, prawda o zakazie antykoncepcji nie została włączona przez papieża do nieomylnego nauczania, obok aborcji i eutanazji. Gwoli uczciwości trzeba by jednak stwierdzić, że według wielu teologów, dzięki tej encyklice, prawda ta „awansowowała” w hierarchii, do tej, która jest „w sposób konieczny związana z objawieniem Bożym”, co zbliża ją do definitywnego określenia. Niemniej jednak prawda o antykoncepcji nie jest prawdą nieomylną, gdyż nie spełnia żadnego z warunków nieomylności: ani nie została ogłoszona ex cathedra, ani przez sobór (wiemy jakim problemem jest jej akceptacja także wśród biskupów i kardynałów), ani przez ogół wiernych („aż po ostatniego”).

Tymczasem panowie z Frondy zaciemniają i rozmazują tę naukę Magisterium Kościoła. Salwowski pisze np. „Gdyby nawet 99 procent świeckich katolików nie zgadzało się z jakąś nauką Magisterium, to w żaden sposób nie wpływałoby to na jej nieomylność” (podkreślenie moje). To zdanie zostało przez Frondę wyłuszczone z tekstu i wydrukowane dużą i pogrubioną czcionką. Otóż nie "jakąś", ale ściśle określoną prawdę, którą Kościół kwalifikuje jako poznaną w sposób ostateczny i nieomylny, a tych - wbrew pozorom - wcale nie ma aż tak dużo. A swoją drogą ciekawi mnie co by drodzy redaktorzy stwierdzili, gdyby – hipotetycznie - jakiś przyszły papież zaczął "uchwalać" prawdy sprzeczne z opiniami panów redaktorów i pewnej części wiernych. Czy wtedy nie okrzyknęliby go heretykiem? Historia Kościoła zna już nie takie historie.

Gwoli ścisłości: nie wypowiadam się tutaj na temat samej kwestii antykoncepcji i moje prywatne opinie nie mają tu nic do rzeczy. Denerwuje mnie po prostu, gdy ktoś zniekształca nauczanie i praktykę Kościoła i czyni to w taki sposób, jakby sam był obdarzony charyzmatem nieomylności. Ale tak to już jest, gdy za teologię biorą się amatorzy, którzy jeszcze na dodatek są bardziej papiescy od papieża. To ja już wolę postawę ks. Prusaka, który przynajmniej rzetelnie relacjonuje fakty, przytacza obowiązującą naukę Kościoła, a swoje prywatne wątpliwości przedstawia jako pytania i wątpliwości właśnie, a nie jako nieomylne nauczanie Kościoła.

poniedziałek, 8 grudnia 2008

Adwent


„Wierzyć to przez całe swoje życie wytrzymać niepojętość Boga”.
Bliska mi jest ta myśl Karla Rahnera. Szczególnie mocno wybrzmiewa ona we mnie w czasie adwentu. To właśnie w okresie, w którym Kościół przypomina sobie o wołaniu „Marana tha!” („Przyjdź, Panie!”), zdaję sobie sprawę z tego, jak bardzo drogi Boga nie są naszymi drogami (por. Iz 55, 8). W dalszym ciągu wielka historia ludzkości i skromna historia mojego własnego życia rozpięta jest pomiędzy tym „już i jeszcze nie”. Jest to znana teologiczna formuła, która używana jest nawet przez Magisterium Kościoła, ale chyba nie do końca wybrzmiewa w Kościele jej tragiczna przecież wymowa.

Tak się składa, że temat ten podjęty został w cyklu „Rekolekcje adwentowe” w Tygodniku Powszechnym. W tym roku rozważania pisze ojciec Tomasz Kwiecień, dominikanin, zainspirowany – jak się zdaje – przez niewielką, za to szczerą do bólu książkę Sergio Quinzio „Przegrana Boga”. Bardzo ważne są to teksty, dotykające tego, co fundamentalne w chrześcijaństwie, a co jest zaniedbywane w codziennym życiu wiary Kościoła.

Ojciec Tomasz pisze m. in.:
„Chrystus nas zbawił, siedzi po prawicy Ojca, by przygotować nam miejsce, już wszystko się dokonało. Z drugiej [strony] trzeba przyznać: najważniejsze się wciąż nie dokonało. (…) Jest obecny i nieobecny zarazem. Zbawił nas, ale nie jesteśmy zbawieni. Pokonał naszą śmierć, a ona nie przestała nas zabijać”.

Ja, jako chrześcijanin jestem więc skazany na to trwanie w sprzecznościach, które uświadamia mi jak bardzo Boga nie pojmujemy i pojąć nie możemy. Jak mówi Katechizm Kościoła Katolickiego:
„Słowa ludzkie pozostają zawsze nieadekwatne wobec tajemnicy Boga. (…) Gdy wskazujemy na podobieństwo między Stwórcą i stworzeniem, to zawsze niepodobieństwo między nimi jest jeszcze większe (…)” (nr 42n).
Cokolwiek więc myślę i mówię o Bogu, jest to zawsze bardziej do Niego niepodobne niż podobne.

Dziesięć lat temu napisałem o tym tak:

NAJWYŻSZA NIEFRASOBLIWOŚĆ

a on przekracza wszystkie granice
przyzwoitości ryzyka dobrego smaku
wszelkie schematy
i nasze zielone pojęcia

wieje kędy chce
i drwi z wszelkich tytułów
śmieszą go nasze wyliczanki
boskie wyobrażenia
i nieistotne opisy

i choć klasyfikujemy
liczymy
kreślimy
to i tak dróg do niego dalej tyle
ilu nas
na tym skończonym padole.


Tak chcę przeżywać ten adwent i całe swoje życie.