niedziela, 25 grudnia 2011

Na okres Bożego Narodzenia


Tym razem nieco później niż zwykle, ale kolejny raz chcę uczcić Święta na blogu utworem poetyckim. A w roku Czesława Miłosza właśnie jego wiersz wydał mi się najbardziej na miejscu. Nie jest to jedyny jego utwór, w którym pojawiają się wątki bożonarodzeniowe, ale ten spodobał mi się najbardziej.

Modlitwa Wigilijna
Czesław Miłosz

Maryjo czysta, błogosław tej,
Co w miłosierdzie nie wierzy.
Niech jasna twoja strudzona dłoń
Smutki jej wszystkie uśmierzy.
Pod twoją ręką niechaj płacze lżej.

Na wigilijny ześlij jej stół
Zielone drzewko magiczne,
Niech, gdy go dotknie, słyszy gwar pszczół,
Niech jabłka sypią się śliczne.
A zamiast świec daj gwiazdę mroźnych pól.

Przyprowadź blisko pochód białych gór,
Niechaj w jej okno świecą.
Astrologowie z Chaldei, z Ur,
Pamięć złych lat niech uleczą.
Zmarli poeci niechaj dotkną strun
Samotnej zanucą kolędę.

Warszawa, 1938

James Tissot, Narodziny naszego Pana Jezusa Chrystusa,
1886-94; akwarela i ołówek na papierze, Brooklyn Museum, Nowy Jork

niedziela, 18 grudnia 2011

Fajna zabawa


I oto mamy kolejną inicjatywę, która już krąży po blogach książkowych. Nazywa się Mój dzień w książkach i zainicjowała ją ponoć niejaka Cornflower. Zasady pozwalam sobie zacytować od Lirael, od której dowiedziałem się o tej literackiej zabawie:

Zadanie polega na tym, żeby poniższe zdania uzupełnić tytułami książek, ale muszą to być wyłącznie pozycje przeczytane przez Was w 2011 roku. Tekst należy umieścić na swoim blogu. Osoby, które nie mają bloga, mogą napisać opowieść w komentarzu.
Tytuły można odmieniać przez przypadki. Wskazane jest też  podlinkowanie ich do Waszych recenzji. Historia może mieć charakter absurdalno-żartobliwy lub śmiertelnie poważny. :)
Takie są zdania do uzupełnienia:


Mój dzień w książkach

Zaczęłam dzień (z) _____.
W drodze do pracy zobaczyłam _____
i przeszłam obok _____,
żeby uniknąć _____ ,
ale oczywiście zatrzymałam się przy _____.
W biurze szef powiedział: _____.
i zlecił mi zbadanie _____.
W czasie obiadu z _____
zauważyłam _____
pod _____ .
Potem wróciłam do swojego biurka _____.
Następnie, w drodze do domu, kupiłam _____
ponieważ mam _____.
Przygotowując się do snu, wzięłam _____
i uczyłam się _____,
zanim powiedziałam dobranoc _____ .

A oto moje dzieło (linki odnoszą do książek w serwisie Lubimy Czytać):

Zacząłem dzień przejrzystą pogodą.
W drodze do pracy zobaczyłem powidoki
i przeszedłem obok punktu i linii a płaszczyzny,
żeby uniknąć pętli,
ale oczywiście zatrzymałam się przy dancingu w kwaterze Hitlera.
W biurze szef powiedział: "Zrób sobie raj"
i zlecił mi zbadanie raju tuż za rogiem.
W czasie obiadu z osobliwym gościem
zauważyłem no właśnie co
pod gabinetem kolekcjonera.
Potem wróciłem do swojego biurka, w ciemność.
Następnie, w drodze do domu, kupiłem pół,
ponieważ mam pierwsze urodziny prosiaczka.
Przygotowując się do snu, wziąłem maść na szczury
i uczyłem się oddawać wiersze w dobre ręce,
zanim powiedziałam dobranoc, nim zapadnie noc.


Aż żałuję, że ta opowieść nie jest dłuższa, bo wiele tytułów aż prosi się o to, by je tu umieścić.
Tyle ode mnie - puszczam łańcuszek dalej...


sobota, 10 grudnia 2011

Recenzje nowości książkowych


Tytuł tej notki oczywiście po to, by nakarmić Google'a. Inna sprawa, że ostatnio rzeczywiście czytam książki niedawno wydane. A ponieważ wszyscy, którzy tu regularnie zaglądają, lubią o literaturze czytać (jak wynika z ankiety), dlatego prezentuję kolejną garść mini-opinii, które zamieściłem wcześniej w serwisie Lubimy Czytać.

Michel Houellebecq, Mapa i terytorium (W.A.B., 2011)
Piekielnie inteligentna, wielowymiarowa i złożona powieść, otwarta na różnorakie interpretacje. Jednocześnie przystępna i wciągająca, którą można czytać do poduszki. Podejmuje ona wiele wątków i można ją odczytywać na wiele sposobów - dla mnie najciekawsza była antynomia tego, co sztuczne (technika i przede wszystkim sztuka) i tego, co naturalne, która tak sugestywnie wybrzmiewa w finale. Książka zostaje na długo w pamięci - chce się do niej wracać i ciągle na nowo odczytywać, wyszukując kolejne smaczki i szczegóły, które tak celnie mówią o naszym świecie i o nas samych. Ocena: 5,5/6



Michael Cunningham, Nim zapadnie noc (Rebis, 2011)
Niedobrze się stało, że czytałem tę książkę niemal równocześnie z Mapą i terytorium Houellebecqa. Obie opisują postaci i wydarzenia ze świata sztuki współczesnej i chociaż są oczywiście różne, to jednak dziełko Cunninghama nie wytrzymuje porównania. W przeciwieństwie do tamtej, jest to powieść tak gładka, że przeszła przeze mnie właściwie bez żadnej rysy i nie zostawiła śladu. Choć przyznam, że czytanie jej nie było męczarnią - też bardzo gładko poszło. Ocena: 4/6



 
Jonathan Franzen, Wolność (Sonia Draga, 2011)
Poprzednia powieść Franzena (Korekty) rozczarowała mnie. Postanowiłem jednak dać mu kolejną szansę i tym razem nie zawiodłem się - wręcz przeciwnie, bo Wolność to rzecz zaskakująco dobra. Przejmująca i poruszająca, czyta się znakomicie. Wszelkie wady charakterystyczne dla amerykańskich powieści są w niej ograniczone do minimum i sprowadzają się w zasadzie tylko do momentami odrobinę irytujących konwersacji o uczuciach (czy Amerykanie rzeczywiście tak ze sobą rozmawiają?). Zaskoczyła mnie też w gruncie rzeczy pozytywna i pokrzepiająca wymowa całości, bo w czasie lektury nic tego nie zapowiadało. I to też było dosyć odświeżające w świecie pesymistycznej zwykle literatury współczesnej. No, Panie Franzen - udało się Panu przekonać do siebie jednego sceptyka, który już czeka na kolejne Pana dokonania. Ocena: 5,5/6

Umberto Eco, Cmentarz w Pradze (Noir Sur Blanc, 2011)
Spodziewałem się, że będzie lepsza. Jak na mój gust zbyt wiele tu polityki i historii politycznej, która w niektórych partiach po prostu mnie nużyła (szczególnie Komuna Pryska i powstanie Garibaldiego w Italii). Poza tym odnosiłem wrażenie, że Eco poszedł na łatwiznę i zamiast wykazać się porządnym warsztatem w konstruowaniu złożonej, wielowymiarowej narracji powieściowej, uciekł w oderwane od siebie notatki, dzienniki i relacje różnych osób. Sprawiało to, że lektura trochę męczyła, a całość rozczarowywała. Szkoda, bo pomysł rewelacyjny i główny bohater równie intrygujący, co odrażający. Podziwiać trzeba jednak autora za erudycję (znowu!) oraz zgrabne połączenie tylu postaci i wydarzeń historycznych w jedną opowieść. Ocena: 4/6

Tomasz Pindel, Czy to się nagrywa? (Świat Książki, 2011)
Lekka i bardzo przyjemna książka będąca naprawdę śmieszną satyrą na współczesną polską rzeczywistość. Humor jej wynika nie tyle z fabuły, co ze sposobu jej przedstawienia. Autor pokusił się bowiem, aby opowiedzieć ją poprzez zeznania świadków i bohaterów wydarzeń. Zderza więc ze sobą świat miasta i wsi, mediów i polityki, przedstawicieli środowiska akademickiego i młodzieży blokowisk poprzez różne rejestry języka, odmienne słownictwo i nawyki lingwistyczne. Powstaje dowcipna i dosyć złośliwa mozaika, przekonywujący obraz współczesnej Polski. Bardzo przyjemnie mi się to czytało - znakomita rozrywka. Ocena: 4/6

  
Raymond Carver, Słoń (Czuły Barbarzyńca Press 2011)
Już od dawna tu i ówdzie słyszałem pochwały książek Raymonda Carvera i postanowiłem, że kiedyś sprawdzę któż to taki. Nie sądziłem jednak, że stanie się to akurat teraz. Był to jeden z tych impulsywnych zakupów w księgarni, po których od razu człowiek bierze się za czytanie. A ten niewielki tomik opowiadań po prostu pochłonąłem.


Jest to proza niezwykle sugestywna, która od razu zagarnia czytelnika - w sposób bardzo zmysłowy i namacalny. Jednocześnie są to opowiadania bardzo niejednoznaczne i niebanalne, przepełnione specyficznym, nieco onirycznym klimatem, zawsze o mocnym akcencie finalnym, który jeszcze bardziej komplikuje rozumienie całości. Książka oryginalna, która mną zawładnęła i sprawiła, że mam ochotę na więcej. Ocena: 5,5/6

Praca zbiorowa, Spór o liberalizm (Wydawnictwo Naukowe Uniwersytetu Mikołaja Kopernika, 2011)
Książka jest zapisem debaty jaka toczyła się – w dwóch fazach – na łamach pisma-widma „Europa”. Wzięli w niej udział naukowcy, filozofowie, publicyści żywo zainteresowani tą tematyką (m.in. Ryszard Legutko, Kinga Dunin, Jerzy Sosnowski, Paweł Śpiewak, Ireneusz Krzemiński, Agata Bielik-Robson oraz Andrzej Szahaj, którego teksty najbardziej mi się podobały). Ich dyskusja jest naprawdę fascynująca i uzmysławia – znaną skądinąd prawdę – że liberalizm niejedno ma imię. Pojęcie to ewoluuje, przybiera wielorakie formy i w różny sposób przejawia się w życiu polityczno-społecznym. Nic tu nie jest raz na zawsze ustalone i jednoznaczne. Dyskusja wokół definicji i rozumienia liberalizmu jest więc potrzebna – chociażby po to, aby „liberalizm nie stał się ideologią doktrynerską” – jak ujmuje to w podsumowaniu Michał Wróblewski.


Podoba mi się fakt, że głos w debacie zabrali zarówno zwolennicy liberalizmu, jak i krytykujący go – zarówno z pozycji lewicowych, jak i prawicowych. Wszystkie argumenty warte są przemyślenia i czytelnik może tylko zyskać konfrontując je ze sobą. Zresztą czy nie to jest jednym z fundamentów liberalizmu: rozmaitość opinii i możliwości, która wprawdzie sprawy utrudnia i komplikuje, ale jest niezbędna, jeśli mamy zachować i ocalić naszą wolność? Ocena: 5/6

Marcin Wicha, Klara. Proszę tego nie czytać (Czarna Owieczka, 2011)
Obłędnie śmieszna książka - nie tylko dla dzieci. Ocena: 5/6











I jeszcze rzeczy nieco starsze:
Czesław Miłosz, Świadectwo poezji. Sześć wykładów o dotkliwości naszego wieku (Wydawnictwo Literackie, 2004)
Jedna z najbardziej niedocenionych książek Miłosza. Sam autor nie miał o niej zbyt wysokiego mniemania ("Nie jest to tekst, z którego byłbym szczególnie dumny..." pisze w przedmowie z 2004 r.). Dla mnie jednak, jego rozważania o poezji będącej "namiętną pogonią za Rzeczywistością", uwikłaną w uwarunkowane historycznie przemiany mentalności, były małym objawieniem, pozwalającym uporządkować sobie wiele spraw i wiele z nich lepiej zrozumieć. Za to jestem niezmiernie wdzięczny Autorowi.  Ocena: 5,5/6

  
Georges Perec, Gabinet kolekcjonera. Historia pewnego obrazu (Lokator, 2010)
Niewielka, acz brawurowa książeczka. Szczególną frajdę sprawi historykowi sztuki, ale i nieobeznany z tą tematyką czytelnik może znaleźć pewną frajdę zaglądając w głąb warsztatu ludzi zajmujących się tą dziedziną. Zresztą to przewrotne opowiadanie traktuje i o bardziej doniosłych sprawach - jak chociażby temat "oryginalności i wtórności, prawdy i złudzenia, a przede wszystkim sytuacji artysty (każdego artysty - także i pisarza) oraz zagmatwanej, mocno podejrzanej natury, jaką posiada wszelkie tworzenie" - żeby przytoczyć słowa Wawrzyńca Brzozowskiego z okładki.


Podobno utwór ten jest swoistym dopełnieniem słynnego Życia, instrukcji obsługi - zapewne dopiero jak zmierzę się z tym dziełem, będę mógł w pełni docenić kunszt Gabinetu kolekcjonera. Niemniej i bez tego zachwyciła mnie ta opowiastka - a zwłaszcza jej błyskotliwy finał. Ocena: 5/6

Ponadto w ostatnich tygodniach przeczytałem jeszcze:
- Charles M. Schulz, Fistaszki zebrane 1959-1960 - 6/6
- Edward Gorey, Osobliwy gość i inne utwory - 5/6
- Dwa nowe tomy komiksowej serii o Thorgalu oraz jedną drobną rzecz z historii sztuki. Końcem października dokończyłem też wreszcie Wiersze wszystkie Miłosza.

W sumie mnóstwo świetnej literatury. A Wy, które z powyższych pozycji czytaliście? Jak Wam się podobały? Na co macie szczególną ochotę? 

piątek, 25 listopada 2011

Ankieta na trzecie urodziny


I stało się. Zapomniałem o trzecich urodzinach swojego bloga, które minęły w poniedziałek, 21 listopada. Mam nadzieję, że nie oznacza to, że blog staje się dla mnie coraz mniej ważny - choć tak może się wydawać po ilości postów i nieregularności ich pojawiania się. 


Zresztą zakładając bric-à-brac naprawdę nie wiedziałem jak długo uda mi się go pociągnąć. Od początku postanowiłem sobie, że pisał będę tylko wtedy, gdy będę miał ciekawy temat i ochotę - nic na siłę. W najśmielszych marzeniach nie spodziewałem się, że potrwa to tak długo.

Trzecie urodzinki!

Każde urodziny są okazją do tego, żeby podziękować czytelnikom. Bardzo wdzięczny jestem za to, że tu zaglądacie i chcecie czytać moje wypociny. Wyjątkowo gorąco dziękuję tym, którzy decydują się czasem zostawić tu swój ślad poprzez komentarze.


Dziś mam do Was prośbę: zaznaczcie w ankiecie jaka tematyka na moim blogu szczególnie Was interesuje. Mile widziane także uzasadnienia w komentarzach. Jestem niezmiernie ciekawy jakie wpisy szczególnie Was zajmują. Kto wie, może nawet zmuszę się (a jednak!) do tego, żeby teksty na dany temat pojawiały się częściej?


Jeszcze raz wszystkim najmocniej dziękuję za obecność, lekturę, wyrazy sympatii oraz za udział w ankiecie.

P.S. Można zaznaczać więcej odpowiedzi. Nie ograniczam ankiety czasowo - każdy kto tu zaglądnie w przyszłości będzie mógł zostawić swój głos.

sobota, 12 listopada 2011

Panie śpiewają


Obecny rok obfituje w nowe, znakomite dokonania moich ulubionych artystek muzycznych. Oto małe zestawienie wydanych ostatnich miesiącach płyt - można je uznać za przedwczesne podsumowanie roku.

PJ Harvey - Let England Shake


Ta płyta ukazała się już chwilę temu, bo w połowie lutego bieżącego roku - nic jednak o niej jeszcze nie pisałem. Nie, nie jest to najlepsza płyta w dorobku PJ, jak głosili to wszem i wobec krytycy brytyjscy, niemniej jednak jest to płyta znakomita - jak na artystkę tej klasy przystało. PJ Harvey stawia sobie chyba za punkt honoru, by każdy kolejny album różnił się od poprzednich. I chociaż wciąż jest to stara, dobra Polly (choć chyba nieco mniej "rockowa", a bardziej folkowa), to tym razem w tekstach bardziej zaangażowana politycznie i społecznie. Nowym instrumentem, który artystka opanowała na tę płytę to... cytra. Wyjątkowo silna jest też obecność instrumentów dętych. Piosenki są bardzo melodyjne, niemal przebojowe. Moi faworyci to The Last Living Rose, On Battleship Hill oraz In the Dark Places





Patti Smith - Outside Society


Najnowszy album legendy rocka to tylko składanka największych przebojów, ale całość jest zaskakująco spójna. To sama Patti wybrała te 18 utworów ze wszystkich swoich studyjnych albumów - od Glorii z 1975 r. (którą debiutowała na scenie, jak to opisuje w książce Just Kids) po przepiękną balladę Trampin' z 2004 roku. Oba te utwory są zresztą coverami i takich kongenialnych przeróbek utwórów innych artystów jest tutaj więcej (m.in. So You Want To Be A Rock N Roll Star grupy Byrds oraz Smells Like Teen Spirit Nirvany). Patti Smith ma to do siebie, że do każdego coveru podchodzi bardzo twórczo, co wiąże się m.in. z dokładaniem nowych tekstów i zwrotek - nieraz improwizowanych. Słynie ona ze spontanicznych słowotoków, bez których nie może obejść się żaden występ na żywo. Dobrze więc, że na tej kompilacji znalazło się także miejsce dla nagranego na żywo, elektryzującego Rock N Roll Nigger.

Płyta jest gratką szczególnie dla tych, którzy chcieliby dopiero zapoznać się z twórczością artystki. Prezentuje ona przekrój przez całą jej karierę, a wybrane piosenki są naprawdę przepiękne: Pissing In A River, Dancing Barefoot, Summer Cannibals, Glitter In Their Eyes, Lo and Beholden to tylko niektóre z tego szeregu niezapomnianych, pełnych pasji i emocji, szczerych do bólu utworów. Gratką dla fanów jest natomiast książeczka dołączona do albumu, w której znajdują się krótkie komentarze piosenkarki do każdej piosenki, napisane specjalnie na tę okazję.

I chociaż to "tylko" składanka, Outside Society to jedna z najlepszych płyt roku. Obowiązkowo!





Tori Amos - Night of Hunters


Najlepszy album Tori od czasu Scarlet's Walk (2002)! Album zupełnie wyjątkowy, tak jak i jego historia (artystka opowiada ją na filmie DVD dołączonym do limitowanego wydania płyty oraz w licznych wywiadach, np. na YouTube). Otóż pewnego razu z artystką skontaktował się dr Alexander Buhr, muzykolog z prestiżowej wytwórni Deutsche Grammophon, wydającej muzykę klasyczną. Zaproponował on Tori, aby skomponowała cykl piosenek będących swoistymi wariacjami utworów muzyki klasycznej. Nie bez obaw artystka w końcu zgodziła się, prosząc muzykologa o pomoc w wyselekcjonowaniu odpowiednich utworów. W końcu powstał wybór 14 nowych kompozycji zainspirowanych utworami kompozytorów tak znanych, jak Bach, Chopin, Debussy, Satie, Schubert, Mendelssohn, Schumann oraz mniej popularnych (Alkan, Granados, Mussorgsky, Scarlatti). Tak swoją drogą warto zadać sobie trud, by porównać oryginalne kompozycje z utworami Tori.

Zgodnie ze swoim zwyczajem artystka ułożyła piosenki w opowieść - tym razem jest to dziejąca się w przeciągu jednej nocy historia miłosna z wątkami i postaciami zaczerpniętymi z mitologii celtyckiej. Słucha się tego niemal jak jakiegoś musicalu, co spotęgowane jest tym, że niektóre piosenki mają charakter dialogiczny - są to bowiem duety śpiewane z dziesięcioletnią córką Natashyą oraz osiemnastoletnią siostrzenicą Kelsey. Zadziwia zwłaszcza ta pierwsza, która śpiewa nadzwyczaj dojrzale, jak na swój wiek, a głos ma zupełnie odmienny od matki - coś pomiędzy Kate Nash a Emilianą Torrini. Co ciekawe jedna z najbardziej wpadających w ucho piosenek (Job's Coffin) wykonywana jest niemal w całości przez młodziutką Tash.

Płyta zachwyca przede wszystkim bogatą i wyrafinowaną jak na album popowy warstwą muzyczną. Króluje na szczęście Bösendorfer, ale pojawiają się też takie instrumenty, jak flet, obój, klarnet, czy fagot. I oczywiście sekcja smyczkowa polskiego kwartetu Apollon Musagete, o którym wspominałem już w jednym z poprzednich postów.

Piosenki, choć na pierwszy rzut oka mogą sprawiać wrażenie podobnych do siebie, są naprawdę bardzo melodyjne i różnorodne. Moim ulubionym jest dynamicznie się rozwijający Star Whisperer z cudowną instrumentalną wstawką, w której muzycy pokazują na co ich stać. Lubię też singlową balladkę Carry, ale tak naprawdę każdy utwór dostarcza nowych wzruszeń. Przepiękna płyta, którą warto posłuchać na słuchawkach, aby w pełni docenić jej kunszt.





Nosowska - 8


Najnowszy solowy projekt Kasi, choć nie odbiega tak bardzo od poprzednich jej dokonań, to jest jednak wyraźnie inny - zwłaszcza w warstwie tekstowej. Teksty są bardzo krótkie, często "impresjonistyczne", takie obrazki, które autorka stawia nam przed oczy. Czasem to po prostu niebanalne zbitki wyrazów, które niekoniecznie muszą coś konkretnego przekazywać. W warstwie muzycznej widać wyraźne wpływy formy procesualnej, maniery repetytywistycznej oraz „rytmicznych trików” rodem z muzyki minimalistów (Glassa, Reicha et co.), które były już z powodzeniem stosowane w alternatywnej muzyce popularnej, np. na solowych płytach Beth Gibbons z Portishead i Thoma Yorka z Radiohead (Ósemka zawdzięcza wiele zwłaszcza płycie The Eraser tego drugiego). Na szczęście Nosowska i jej współpracownicy nie są li tylko epigonami tamtych dokonań, a na polskiej scenie muzycznej wydają się niemal nowatorami. Kilka piosenek przywodzi też na myśl poprzednie dokonania Kaśki - zwłaszcza z UniSexBlues, ale i np. z Osieckiej (Czas). Moje ulubione utwory z tej płyty to Nomada, Ulala, Daj spać! oraz Ziarno, w którym Nosowska trochę eksperymentuje z wokalem.





Björk - Biophilia


Album eksperymentalny, trudny, zaskakujący... Ale przecież za to kochamy Björk i tego właśnie od niej oczekujemy. Artystka mówi, że jest to swoista kontynuacja Volty z 2007 roku, która jednak miała charakter antropologiczny, natomiast Biophilia - kosmologiczny. Rzeczywiście, Björk zaprasza nas do świata dźwięków "bez ludzi", ewokujących rzeczczywistość kosmosu z jego płonącymi ciałami astralnymi i zimnymi meteorami, z planetami, pierwiastkami, kryształami...

Niesamowity głos Björk, jej dziwne instrumentarium oraz kobiecy chór w tle stwarzają nowe światy i nowe kosmosy, jak w rewelacyjnym Cosmogony, pełnym pasji Thunderbolt, czy melodyjnym Crystalline. Wszystko podgrzewa niuansami, zgodnie ze słowami, jakie padają w Mutual Core. I choć odbywa się to kosztem melodii i przebojowości, to warto wejść w ten świat, choć jest on tylko dla odważnych.

P.S. Ponoć album docenia się w pełni dopiero na iPhonie i iPadzie, gdyż w gruncie rzeczy jest on całym projektem multimedialnym, z licznymi filmikami, grami i aplikacjami - niestety tylko na produktach Apple'a.





***

Tyle Panie. Jeśli chodzi o śpiewających i grających Panów, swoje płyty wydali w tym roku m.in. Radiohead, Coldplay, Red Hot Chilli Peppers, ale przyznam się, że po żadną z nich jeszcze nie sięgnąłem. Zachwyciłem się natomiast najnowszym wydawnictwem Toma Waitsa Bad As Me. Płyta fenomenalna, zawierająca wszystko to, co w amerykańskiej muzyce najlepsze. Bardzo różnorodna, pełna pasji i porywająca. 


Rok 2011 zapisze się w historii muzyki popularnej jako ten, w którym zakończył działalność jeden z najlepszych zespołów rockowych przełomu tysiącleci - R.E.M. Ostatnia płyta Collapse Into Now jest najlepsza od lat, tym większym zaskoczeniem była więc ich decyzja o rozejściu się. Jeszcze w tym roku ukazać ma się ich pożegnalna składanka, podsumowująca karierę: Part Lies, Part Heart, Part Truth, Part Garbage: 1982 - 2011. Niestety na tym dwupłytowym albumie zabraknie wielu moich ulubionych utworów, np. E-Bow The Letter, Drive, Bang and Blame, Daysleeper, Strange Currencies, Bittersweet Me, za to będzie sporo takich, które bym sobie z powodzeniem darował. Za to na osłodę trzy ostatnie, jeszcze niepublikowane kompozycje.


Miłego słuchania! A Wam jakie płyty ostatnio wpadły w ucho? Które z powyższych znacie? Co o nich myślicie? Chętnie poznam Wasze zdanie.

wtorek, 1 listopada 2011

Na Dzień Zaduszny i Wszystkich Świętych


CO MNIE
Czesław Miłosz

Co mnie albo i komu tam jeszcze do tego

Że będą dalej wschody i zachody słońca,
śnieg na górach, krokusy,
i ludzkość ze swoimi kotami i psami?

Co nam do tego,
że w wielkim trzęsieniu ziemi część północnej Kalifornii
zapadnie się w morze,

Że rozważana będzie legalność małżeństw z komputerami,

Że powstanie cybernetyczne cesarstwo planetarne,

Że w roku 3000 uroczyście będzie celebrowane w Rzymie
wstępowanie w czwarte millenium chrześcijaństwa?

Co nam do tego - jeżeli w naszej krainie milknie zgiełk świata

I wchodzimy w Inne, poza czas i przestrzeń.

Na próżno w obrzędzie Dziadów kuszą nas darem jadła i napoju.

Nie odzywamy się, bo brak języka, żeby porozumieć się z żywymi.

I więdną bezużyteczne kwiaty, złożone kiedy byliśmy już daleko.
[2003]


Cyt. za: Czesław Miłosz, Wiersze ostatnie, Kraków 2006, s. 53.



Edycja z 5 listopada:

Końcem października byłem kilka dni w stolicy Francji i tym razem odwiedziłem m.in. największy i najsłynniejszy cmentarz paryski Père-Lachaise, na którym znajdują się groby mnóstwa osobistości, m.in. Fryderyka Chopina, Oskara Wilde'a, Edith Piaf, Jima Morrisona, Gertrudy Stein, Balzaca, Moliera, Apollinaira, Ingresa, Delacroix, Corota, Nadara, a nawet Abelarda i Heloizy. Wizyta była bardzo męcząca, bo cmentarz jest ogromny i nawet z mapą niełatwo te groby znaleźć (przydałyby się tam jakieś małe, dyskretne strzałki). Poniżej zdjęcie przy grobie wyjątkowego pisarza:

piątek, 28 października 2011

Nosowska w trasie


W ostatnim czasie miałem problemy z połączeniem internetowym, a ponadto wypadł mi niespodziewany tygodniowy wyjazd do Paryża (może wkrótce napiszę parę słów na ten temat). Póki co przedstawiam wreszcie zaległy post o koncercie Katarzyny Nosowskiej, który napisałem na gorąco, tuż po jego zakończeniu. Oto on:

19 października Katarzyna Nosowska koncertem w Lublinie rozpoczęła trasę promującą jej najnowszy projekt solowy pt. 8. Występ, tak jak i poprzedni w tym mieście, odbył się w dużej sali z siedzeniami, co zdecydowanie utrudniało wszelkie podrygiwanie i gibanie się - z którego to powodu Kaśka wyraziła swoje współczucie. Mnie jednak niespecjalnie to przeszkadzało - większość utworów z ostatniej płyty nadaje się bardziej do słuchania na siedząco, niż do podskakiwania na parkiecie. 


Zanim jednak Nosowska z fantastycznym zespołem dotarli do najnowszego repertuaru, dali nam mały przekrój przez poprzednie solowe płyty wokalistki Heya. Zaczęło się od fajnie zaaranżowanego Jeśli wiesz co chcę powiedzieć z albumu puk, puk. Potem były jeszcze utwory z Sushi, UniSexBlues, Osieckiej, a nawet z Mileny. Potem chyba cała Ósemka i jeszcze trzy powroty w przeszłość na bis. Choć koncert trwał ponad półtorej godziny, zleciało jak z bicza trzasnął.

Rewelacyjnie spisał się zespół, choć czasami grali trochę zbyt głośno i zagłuszali Kasię. Ona chyba też miała jakieś problemy z odsłuchem, bo biedna co chwila musiała sobie dociskać słuchawkę w uchu, a raz, czy dwa zaśpiewało jej się nie do końca czysto (zwłaszcza w piosence Kto tam u ciebie jest z Osieckiej). Moim zdaniem najlepiej wykonanymi na żywo utworami były Daj spać!, Nomada i Ziarno.


Kaśka była nadzwyczaj pobudzona: sporo gadała (co mnie zawsze bardzo cieszy, choć nie zdarza się tak często), a nawet trochę się ruszała (jakieś gwałtowniejsze ruchy rękami, a nawet całym ciałem). Jeśli to kogoś interesuje: włosy rude, falujące, rozpuszczone do ramion; odziana w "klasyczną" czarną sukienkę-plandekę, takiegoż koloru rajstopy i wysokie szpilki (sic!). Zresztą co nieco widać na załączonych obrazkach. :)


Scenografię tworzyły jakieś przezroczyste płachty, i mnóstwo świateł oraz świetlne wizualizacje - głównie biomorficzne i jakieś takie "kosmiczne". Nawet przyzwoicie to wyszło, choć czasem sprawiało wrażenie przypadkowości.


Bardzo lubię słuchać i oglądać Kaśkę na żywo i po raz kolejny wyszedłem z sali "dopieszczony". Naprawdę bardzo sympatyczny występ.

A na koniec jeszcze niesamowity teledysk do utworu Nomada:





Wszystkie zdjęcia pochodzą z tej strony.

piątek, 14 października 2011

Tori Amos w Warszawie, 2011


Cudem zadziałał mi dziś internet (z którym mam ostatnio duże problemy) notuję więc na gorąco, w poranek po wieczorze spędzonym z Tori Amos na koncercie w warszawskiej Sali Kongresowej. To był trzeci koncert Tori, w którym miałem szczęście uczestniczyć (o poprzednim pisałem tutaj).



Tym razem Tori promowała najnowszą płytę Night of Hunters (o której mam nadzieję wkrótce napisać więcej). Jest to album wyjątkowy, na którym artystka bierze na warsztat utwory muzyki klasycznej, aby wejść w dialog z nimi i zaprezentować piosenki nimi zainspirowane. Tegoroczna trasa także ma charakter wyjątkowy. Otóż artystka zastąpiła swój stały zespół muzycznych współpracowników i ich instrumenty (perkusja, gitara, bas) na kwartet smyczkowy! The Apollon Musagete Quartet to czterech młodych muzyków z Polski: Paweł Zalejski - skrzypce, Bartosz Zachłod - skrzypce, Piotr Szumieł - altówka, Piotr Skweres - wiolonczela (zob. też te informacje na ich temat). 


Bałem się trochę jak wypadnie koncert bez bębnów i gitar, ale Tori i chłopaki po prostu nas oczarowali - momentami trzeba było zbierać szczęki z podłogi, jak np. przy Suede i Cruel. Nie sądziłem, że te utwory da się dobrze wykonać w sposób akustyczny.


Jednak na koncercie królowała przede wszystkim Tori i jej Bösendorfer. Artystka jest w znakomitej formie. Uwodziła głosem i grą na fortepianie i klawiszach (nieraz, jak to ma w zwyczaju, równocześnie na dwóch klawiaturach), a także ruchem scenicznym. Nawet gdy odrywała ręce od instrumentów, wydawało się, że one grają nadal. 


Podczas koncertu w Warszawie była bardzo zrelaksowana i w wyraźnie świetnym humorze. Dużo się uśmiechała, rozmawiała z publicznością, podchodziła do niej i nie miała ochoty zejść ze sceny. "Czuję się jak w drugim domu" - powiedziała na zakończenie. Podobało mi się też stwierdzenie przed Black Swan (tak dla niej charakterystyczne): "Ta piosenka nie wybierała się ze mną w trasę, ale powiedziała: Do Warszawy pojadę". ;-)


W tak dobry humor musiało ją wprowadzić m.in. wcześniejsze spotkanie Meet&Greet z publicznością, na którym można było z nią porozmawiać, poprosić o jakąś piosenkę, zdobyć autograf albo zdjęcie z Tori. Wiele z życzeń spełniła - m.in. mało znaną piosenkę Black Swan, a także cover Lovesong The Cure. Był to zresztą jeden z najpiękniejszych momentów koncertu, gdyż ten drugi utwór Tori zadedykowała jej długoletniemu znajomemu, Piotrowi Kaczkowskiemu z radiowej Trójki. Podczas tej cudownie zinterpretowanej i wykonanej piosenki miałem łzy w oczach.




Setlista zresztą bardzo mnie zaskoczyła. Poza Winter Tori nie zagrała praktycznie żadnego ze swoich klasycznych przebojów. Mnóstwo było za to różnych "rzadkości" (utworów ze strony B singli oraz ze ścieżek filmowych), jak np. Merman, czy Siren. Poza tym piękne, choć nieczęsto wykonywane na koncertach kawałki (Virginia, Caught a Lite Sneeze etc.). 

Ech, co tu wiele gadać. Pięknie było!


 Setlista:
Shattering Sea
Way Down
Suede
Graveyard
Snow Cherries From France
Girl Disappearing
Curtain Call (Solo)
Black Swan (Solo)
Mr. Zebra (Solo)
Cloud On My Tongue
Fearlessness
Star Whisperer
Lovesong (The Cure cover) (Solo)
Putting the Damage On (Solo)
Virginia (Solo)
Cruel
Merman (Solo)
Nautical Twilight
Siren
Winter

Encore:
A Multitude of Shades (The Apollon Musagete Quartet)
Your Ghost

Encore 2:
Caught a Lite Sneeze (Solo)
Not the Red Baron (Solo)
Baker Baker
Big Wheel

Zdjęcia z koncertu pochodzą z tej strony.
Fotografia kwartetu z ich strony oficjalnej.

sobota, 8 października 2011

Z ostatnich lektur


Zgodnie z wcześniejszą obietnicą przedstawiam opinie o kilku książkach, wybranych spośród tych, jakie przeczytałem w ostatnim czasie:

Karel Čapek, Listy z podróży (W.A.B., 2011)
Chyba najlepsza książka podróżnicza, jaką czytałem. Po pierwsze obłędnie śmieszna. Jednocześnie jest to proza bardzo trzeźwa, choć nie stroniąca od pewnej dozy liryzmu (zwłaszcza część o Skandynawii). Istotnym elementem tej publikacji są ilustracje, które związane są nierozłącznie z tekstem i świetnie go dopełniają. Choć są one amatorskie, to zadziwiają albo bogactwem szczegółów albo mistrzowskim uchwyceniem tego, co istotne w prostej, syntetycznej kresce. Owe listy z różnych podróży (m.in. do Anglii, Hiszpanii, Włoch, Holandii) pisane były w pierwszych dekadach ubiegłego wieku i podczas lektury wielką frajdą było dla mnie odkrywanie jak wiele zmieniło się w świecie od tego czasu, a jednocześnie jak mało - bo okazuje się, że pewne zjawiska i ludzkie cechy nie podlegają zmianom aż tak bardzo.

Książka wydana jest bardzo ładnie i solidnie. Na brawa zasługuje typografia i przede wszystkim znakomite tłumaczenie zmarłego już Piotra Godlewskiego. W wydaniu tym nie podoba mi się tylko okładka.

Tę krótką notkę chciałbym zakończyć małym cytatem z Čapka: 
"To właśnie jest szczególną cechą wielkiej literatury: że jest ona najbardziej narodowa z wszystkiego, co naród ma, a przy tym mówi językiem zrozumiałym i bliskim wszystkim ludziom. Żadna dyplomacja i żadna Liga Narodów nie jest tak uniwersalna jak literatura; ale rzecz w tym, że ludzie nie przywiązują do niej wystarczającej wagi; dlatego wciąż jeszcze mogą się nienawidzić albo być sobie obcy" (s. 349-350). 
Listy z podróży Karela Čapka są właśnie taką wielką literaturą - narodową i uniwersalną, która otwiera na to, co obce. Ocena: 6/6

Alain de Botton, Sztuka podróżowania (Wyd. Czuły Barbarzyńca, 2010)
Tę książkę o podróżowaniu z artystami w roli przewodników czyta się znakomicie. To przykład świetnej eseistyki w stylu anglosaskim, pisanej z humorem, erudycją - po prostu "dla ludzi". Autor ani przez moment nie nudzi, raz po raz przywołuje mnóstwo ciekawostek i interesujących anegdot z życia artystów. Przy okazji rzuca trochę światła na styl naszych własnych wojaży i sposobu życia w ogóle. Kapitalna lekka, acz niegłupia lektura. Ocena: 5/6



Stanisław Obirek, Umysł wyzwolony. W poszukiwaniu dojrzałego katolicyzmu (W.A.B., 2011)
Ta książka więcej obiecuje, niż daje. Przedmowa, (pod)tytuł, wreszcie osoba autora z jego wykształceniem, erudycją i ciekawą biografią zapowiadały rzecz niebanalną, a być może nawet odkrywczą i odświeżającą polski dyskurs teologiczny. Liczyłem przynajmniej na inspirujący do dalszych przemyśleń zarys dojrzałego katolicyzmu. Otrzymałem tylko dosyć powierzchowną wycieczkę po niezliczonej ilości tematów. Czego tu nie ma! Jung i Karen Armstrong, Wedy i Upaniszady, Gombrowicz, Brzozowski i Miłosz, Polak/Więcławski i Hryniewicz, historia islamu i kabały, Pasolini i Saramago, historia jezuitów i Holocaust, Dostojewski i Ong oraz wiele, wiele więcej. Obirek skacze z tematu na temat, próbując nieco na siłę łączyć poszczególne wątki, ale koniec końców nie bardzo wiadomo o co mu chodzi - oprócz tego, że walczy z religią instytucjonalną (niestety książka wygląda na wytwór jakiegoś antyinstytucjonalnego resentymentu). Zadziwia też niezrozumienie tak podstawowych kwestii, jak dogmat o nieomylności papieża (odnoszę wrażenie, że celowo zbanalizowany). Bardzo nie spodobała mi się też interpretacja dorobku Hansa Ursa von Balthasara, jednego z najwybitniejszych teologów XX wieku. I choć Umysł wyzwolony nie nuży, to jednak bardzo rozczarowuje. Można sobie darować. Chyba jedyny pożytek, jaki z niej wyniosłem to chęć przeczytania kilku książek, które autor tak obficie cytuje. Ocena: 2/6

Aleksandra i Daniel Mizielińscy, Dawno temu w Mamoko (Wyd. Dwie Siostry, 2011)
Cieszę się z tej kontynuacji, chociaż jest ona zdecydowanie słabsza od pierwszego Miasteczka Mamoko. Po prostu perypetie poszczególnych postaci są mniej ciekawe - co jest o tyle zaskakujące, że bajkowe "Średniowiecze" stwarzało duże możliwości. Ocena: 4/6






Zygmunt Bauman, Kultura w płynnej nowoczesności (Agora, 2011)
Spojrzenie na kulturę w ujęciu społeczno-politycznym, z uwzględnieniem takich stron, jak ekonomiczna, czy historyczna. Autor analizuje również rolę kultury we współczesnym zglobalizowanym świecie, akcentując mocno problem współistnienia różnych kultur, co jest szczególnie widoczne w Europie. Po raz kolejny Zygmunt Bauman udowodnił jak uważnym jest obserwatorem i wnikliwym myślicielem. Jego opisy, analizy i interpretacje są niezwykle trafne. Co mnie szczególnie cieszy, nie stroni on też od wartościowania pewnych zjawisk. Czytając tę napisaną piękną polszczyzną książkę, w wielu miejscach odkrywałem samego siebie. No, tak. Nie da się ukryć, że też jestem takim niemal wszystkożernym konsumentem produktów kultury i żyję w rzeczywistości, która charakteryzuje się płynnością. Bauman pomaga te kwestie dostrzec lub po prostu nazwać to, z czego już zdajemy sobie sprawę. Bardzo pożyteczna i inspirująca lektura. Ocena: 5/6

Kathryn Stockett, Służące (Media Rodzina, 2010)
Przymierzałem się do tej powieści od dłuższego czasu i w końcu po nią sięgnąłem ze względu na to, że chciałem ją przeczytać zanim do naszych kin wejdzie jej ekranizacja (premiera 4 listopada). I muszę przyznać, że już dawno nie wpadła mi w ręce książka, którą tak szybko by się czytało. Bardzo wciąga. I choć jest to po prostu dobre czytadło, to niegłupie. Ocena: 4,5/6





Jake Brown, Tori Amos: In the Studio (ECW PRESS, 2011)
A to dobra lektura tuż przed zbliżającym się koncertem w Warszawie (13 października). Książka opisuje proces powstawania kolejnych płyt Tori Amos: od debiutanckiej Little Earthquakes po Midwinter Graces z 2009 roku. Cytując obficie wypowiedzi Tori oraz jej najbliższych współpracowników, przygląda się konceptom stojącym za konkretnymi albumami, a także za poszczególnymi utworami (aż żałuję, że nie poświęcono więcej miejsca tym zagadnieniom). Poznajemy też kulisy produkcji: od miejsca nagrań aż po użyty sprzęt (z mikrofonami włącznie) - akurat to ostatnie zagadnienie niespecjalnie mnie interesuje, ale zapoznanie się z nim było bardzo pouczające - nie sądziłem, że są to aż tak ważne i kluczowe dla produkcji sprawy. Książka interesująca, ale głównie dla fanów artystki. Ocena: 5/6

P.S. Powyższe opinie opublikowałem wcześniej w serwisie Lubimy Czytać.

P.P.S. Ostatnio przeczytałem także:
Leszek Kołakowski, Herezja – 5/6
Howard Cruse, Stuck Rubber Baby – 4/6
Philip Roth, Kompleks Portnoya – 5/6
Praca zbiorowa, W sąsiednich kadrach. Polacy i Czesi o sobie w komiksie – 3,5/6
Bruno Gibert, Niebo – 4/6
Diaz Canales, Guarnido, Blacksad: Piekło, spokój – 3,5/6
Guillaume Bianco, Mglisty Billy i Dar Ciemnowidzenia – 4/6

wtorek, 4 października 2011

Rzeczy


Zasadniczo jestem zwolennikiem tezy, że pieniądze najlepiej wydawać nie tyle na rzeczy, co przeżycia (np. podróże, kino, teatr, muzea, galerie, kawiarnie) lub przedmioty, które same w sobie są przeżyciem (książki, filmy, płyty itd.). Oczywiście pewne przedmioty są do życia konieczne, a inne mogą sprawić sporo radości. Są wreszcie pamiątki po przeżyciach, które pozwalają przedłużyć wspomnienia.

Ostatnio przybyło mi kilka wyjątkowych przedmiotów, którymi chciałbym się Wam pochwalić. Najpierw pamiątki z ostatniego wyjazdu do Francji:


Najcenniejsza z nich to długo poszukiwana przeze mnie (angażowałem w to nawet moją rodzinę) figurka Wenus z Willendorfu. Prawdziwe cacko kupione w końcu w Le Thot. Ponadto koszulka z Lascaux - może nie najpiękniejsza, ale jedyna w tak wielkim rozmiarze, jaki potrzebuję. I jeszcze długopis z muzeum Toulouse-Lautreca w kształcie tubki z farbą oraz oczywiście książki: o Lascaux i Sagrada Familia.

Inne długoletnie marzenie spełnił mój brat, który zamówił mi koszulki z logo mojego ulubionego serialu telewizyjnego Sześć stóp pod ziemią (o którym dawno temu pisałem tutaj).


I na koniec rzecz absolutnie wyjątkowa, która nawet nie bardzo pasuje do wcześniej przedstawionych. Od kilku tygodni jestem szczęśliwym posiadaczem swojego własnego ekslibrisu. Został on zaprojektowany i wykonany (jako stempel) specjalnie dla mnie przez siostrę mojej przyjaciółki, która studiuje na krakowskiej ASP (niektóre jej prace zobaczyć możecie na jej stronie internetowej). Długo się zastanawiałem, czy chcę "plamić" książki moim imieniem i nazwiskiem, ale w końcu zdecydowałem się na to. Posiadam ich olbrzymie ilości i stwierdziłem, że warto zaznaczyć istnienie swojej biblioteki chociaż w ten sposób. A ładny, elegancki ekslibris nie powinien bardzo przeszkadzać ewentualnym przyszłym dziedzicom moich książek. ;-)
Oto jak on się prezentuje (wciąż pragnę pozostać w miarę anonimowy, dlatego zasłaniam swoje nazwisko):


I jak się podoba?

niedziela, 2 października 2011

Rocamadour


Z pewnym opóźnieniem (wiele się ostatnio działo) publikuję ostatnią notkę z wrześniowej podróży do Francji. Chciałbym Wam przedstawić jeszcze jedno zjawiskowe miejsce, nieopodal groty Lascaux. Aż wstyd przyznać, ale mnie, historykowi sztuki, nazwa Rocamadour kojarzyła się dotychczas tylko z rodzajem francuskiego sera. Tymczasem jest to przede wszystkim nazwa średniowiecznego miasta w środkowej części Pirenejów.

Miasteczko sprawia wrażenie, jakby wisiało na skale. Przylepione jest do niej niemal pionowo. Robi to piorunujące wrażenie. Okolica jest cudowna - wszystko razem zapiera dech w piersiach (polecam krótki film na oficjalnej stronie regionu).

Chodząc po wąskich uliczkach miasta i oglądając niezwykłe zabudowania, miałem jedno (jakże typowe dla mnie) skojarzenie: Minas Tirith z Władcy Pierścieni Tolkiena (nawet to filmowe jest nieco podobne).

 

Centralnym miejscem miasta jest Sanktuarium z cudownym posążkiem Czarnej Madonny (bodajże z XII wieku), które było celem pielgrzymek przez stulecia. Zresztą kościół ten i miasto są jednym z przystanków na słynnym szlaku do grobu św. Jakuba w Santiago de Compostela, w hiszpańskiej Galicji.

Sanktuarium i miasto powstały ponoć na miejscu pustelni i grobu świętego mnicha, niejakiego Amadoura (lub Amatora) - stąd nazwa miejsca ("skała Amadoura"). Dziś znaleźć tam możemy także zamek oraz drogę krzyżową (z krzyżem jerozolimskim). Jest to także jedno z tych niewielu miejsc, w których nie ma ruchu samochodowego, co jest istotnym elementem uroku tego miasta.


Podobno w sezonie bywa tu całe mnóstwo turystów. My mieliśmy to szczęście, że byliśmy tam już we wrześniu, i to w godzinach wieczornych, dzięki czemu uniknęliśmy tłumów. A odwiedzający mają co robić w tej części Francji: poza Rocamadour i Lascaux, jest tu też przepiękna jaskinia Padirac, którą zwiedza się płynąc łódką oraz mnóstwo większych lub mniejszych zamków i pałacyków otwartych dla publiczności. Można tu spędzić ciekawy dzień lub dwa. Oczywiście polecam. :)