Pokazywanie postów oznaczonych etykietą o mnie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą o mnie. Pokaż wszystkie posty

piątek, 25 listopada 2011

Ankieta na trzecie urodziny


I stało się. Zapomniałem o trzecich urodzinach swojego bloga, które minęły w poniedziałek, 21 listopada. Mam nadzieję, że nie oznacza to, że blog staje się dla mnie coraz mniej ważny - choć tak może się wydawać po ilości postów i nieregularności ich pojawiania się. 


Zresztą zakładając bric-à-brac naprawdę nie wiedziałem jak długo uda mi się go pociągnąć. Od początku postanowiłem sobie, że pisał będę tylko wtedy, gdy będę miał ciekawy temat i ochotę - nic na siłę. W najśmielszych marzeniach nie spodziewałem się, że potrwa to tak długo.

Trzecie urodzinki!

Każde urodziny są okazją do tego, żeby podziękować czytelnikom. Bardzo wdzięczny jestem za to, że tu zaglądacie i chcecie czytać moje wypociny. Wyjątkowo gorąco dziękuję tym, którzy decydują się czasem zostawić tu swój ślad poprzez komentarze.


Dziś mam do Was prośbę: zaznaczcie w ankiecie jaka tematyka na moim blogu szczególnie Was interesuje. Mile widziane także uzasadnienia w komentarzach. Jestem niezmiernie ciekawy jakie wpisy szczególnie Was zajmują. Kto wie, może nawet zmuszę się (a jednak!) do tego, żeby teksty na dany temat pojawiały się częściej?


Jeszcze raz wszystkim najmocniej dziękuję za obecność, lekturę, wyrazy sympatii oraz za udział w ankiecie.

P.S. Można zaznaczać więcej odpowiedzi. Nie ograniczam ankiety czasowo - każdy kto tu zaglądnie w przyszłości będzie mógł zostawić swój głos.

wtorek, 4 października 2011

Rzeczy


Zasadniczo jestem zwolennikiem tezy, że pieniądze najlepiej wydawać nie tyle na rzeczy, co przeżycia (np. podróże, kino, teatr, muzea, galerie, kawiarnie) lub przedmioty, które same w sobie są przeżyciem (książki, filmy, płyty itd.). Oczywiście pewne przedmioty są do życia konieczne, a inne mogą sprawić sporo radości. Są wreszcie pamiątki po przeżyciach, które pozwalają przedłużyć wspomnienia.

Ostatnio przybyło mi kilka wyjątkowych przedmiotów, którymi chciałbym się Wam pochwalić. Najpierw pamiątki z ostatniego wyjazdu do Francji:


Najcenniejsza z nich to długo poszukiwana przeze mnie (angażowałem w to nawet moją rodzinę) figurka Wenus z Willendorfu. Prawdziwe cacko kupione w końcu w Le Thot. Ponadto koszulka z Lascaux - może nie najpiękniejsza, ale jedyna w tak wielkim rozmiarze, jaki potrzebuję. I jeszcze długopis z muzeum Toulouse-Lautreca w kształcie tubki z farbą oraz oczywiście książki: o Lascaux i Sagrada Familia.

Inne długoletnie marzenie spełnił mój brat, który zamówił mi koszulki z logo mojego ulubionego serialu telewizyjnego Sześć stóp pod ziemią (o którym dawno temu pisałem tutaj).


I na koniec rzecz absolutnie wyjątkowa, która nawet nie bardzo pasuje do wcześniej przedstawionych. Od kilku tygodni jestem szczęśliwym posiadaczem swojego własnego ekslibrisu. Został on zaprojektowany i wykonany (jako stempel) specjalnie dla mnie przez siostrę mojej przyjaciółki, która studiuje na krakowskiej ASP (niektóre jej prace zobaczyć możecie na jej stronie internetowej). Długo się zastanawiałem, czy chcę "plamić" książki moim imieniem i nazwiskiem, ale w końcu zdecydowałem się na to. Posiadam ich olbrzymie ilości i stwierdziłem, że warto zaznaczyć istnienie swojej biblioteki chociaż w ten sposób. A ładny, elegancki ekslibris nie powinien bardzo przeszkadzać ewentualnym przyszłym dziedzicom moich książek. ;-)
Oto jak on się prezentuje (wciąż pragnę pozostać w miarę anonimowy, dlatego zasłaniam swoje nazwisko):


I jak się podoba?

środa, 3 sierpnia 2011

Kilka żalów, pięć książek i jedna nagroda


Na początku tego roku w środowisku blogerów książkowych powstała idea nagrody przyznawanej najciekawszym książkom. Siłą sprawczą i napędową całej sprawy była przede wszystkim Agnieszka z bloga Życiowa pasja bibliofila. Idea ruszyła z kopyta i rozgorzała gorąca dyskusja na stworzonym specjalnie w tym celu forum. Dołączyłem niezwłocznie, jak tylko usłyszałem o tej inicjatywie - byłem naprawdę podekscytowany projektem. Dyskusjom nie było końca. Niestety w pewnym momencie ruch na forum ustał i wszystko ucichło. Co jakiś czas tam zaglądałem, ale gdy na stronie zaczął dominować spam, uroniłem łezkę, stwierdzając, że sprawa póki co umarła śmiercią naturalną. Nieświadomy byłem tego, że było wręcz przeciwnie - wyłoniła się ścisła grupa organizatorów, wybrano ostatecznie nazwę nagrody - Złota Zakładka (która zresztą mi się podoba), ustalono ostatecznie konkretne kategorie, o których tak zawzięcie dyskutowaliśmy na forum, wreszcie utworzono regulamin i stronę internetową przedsięwzięcia. Nic o tym nie wiedziałem z tej prostej przyczyny, że jakimś dziwnym trafem nie dotarł do mnie mail informujący o tych krokach. Nic to. Najważniejsze, że sprawa się rozwinęła - i to ponad pierwotne oczekiwania, bo okazało się, że jednym z partnerów nagrody zostały Targi Książki w Katowicach, podczas których mają być ogłoszone wyniki.

Pełen radości i zapału zacząłem już układać listę nominacji, gdy okazało się, że... nie mogę wziąć udziału w głosowaniu. Regulamin został bowiem tak skonstruowany, że nominować książki i głosować na nie mogą tylko ci blogerzy, których blog w momencie otwarcia naboru nominacji (a więc 1 sierpnia 2011) funkcjonuje od 6 miesięcy i opublikował przez poprzedzający rok co najmniej dwanaście recenzji. Okazało się, że nie spełniam tego drugiego warunku. Nie zamieściłem na bric-à-brac aż 12 recenzji książkowych od sierpnia 2010 (jest ich coś ok. dziewięciu plus inne posty w kategorii książki: różne stosiki itp.). Mam za swoje. Dostało mi się za to, że niezbyt często tu piszę oraz za to, że nie publikuję więcej recenzji książkowych (choć w 2010 r. przeczytałem ponad 80 pozycji). 

Nie dawałem jednak za wygraną, próbując uprosić zakwalifikowanie mnie do udziału w plebiscycie. Miałem nadzieję, że może poczytane mi zostanie to, iż prawie od początku brałem udział w dyskusjach i pragnąłem czynnie włączyć się w realizację pomysłu. Jako dodatkowy argument wskazałem jeszcze swoje opinie o książkach, jakie publikuję w serwisie Lubimy Czytać, a których nie umieszczam tutaj, bo są zbyt krótkie na samodzielny post. Niestety nic to nie dało - organizatorzy postanowili być twardzi i "nie adaptować regulaminu do próśb". No, cóż - trudno. Pewnie tak trzeba. Nie ukrywam, że mi przykro i pozostał żal. A listę swoich nominacji mogę już wyrzucić do kosza. 

Dobrym owocem tego wszystkiego będzie być może to, że wezmę się bardziej za siebie i zacznę pisać więcej recenzji książkowych. Na dobry początek postanowiłem zamieszczać w moim bric-à-brac opinie z LubimyCzytac.pl. Raz na jakiś czas spodziewajcie się więc tutaj zbiorczych sprawozdań przynajmniej z niektórych moich lektur. Oto pierwsze z nich - kilka pozycji spośród przeczytanych przeze mnie w ostatnich dwóch miesiącach (z ocenami w skali od 1 do 6). Ze specjalną dedykacją dla ekipy Złotej Zakładki. A tak swoją drogą, to ciekawe, czy policzą je jako oddzielne recenzje?

***

Umberto Eco, Historia piękna (Rebis, 2005) - Rozczarowała mnie ta książka. Jest zbyt powierzchowna, by traktować ją jako dzieło z pewnymi ambicjami, a jednocześnie zbyt zagmatwana i pisana zbyt trudnym językiem, by uznać ją za rzecz czysto popularyzatorską (choć niekiedy odnosiłem wrażenie, że to raczej wina polskiego tłumaczenia). Oto mała próbka: 
"Wobec przytłaczającej atmosfery świata przemysłowego, rozrastania się metropolii, przez które przewalały się ogromne i anonimowe tłumy, powstawania nowych klas o potrzebach z pewnością innych niż estetyczne, artysta czuł się urażony formą nowych maszyn, afiszujących się czystą funkcjonalnością i nowymi materiałami, i - zagrożony w swoich ideałach - idee demokratyczne, które stopniowo torowały sobie drogę, uważał za wrogie; dlatego postanowił się stać odmieńcem" (s. 329). 
Czy to jest w ogóle po polsku?

Dużym atutem tej publikacji jest świetnie dobrany, nieoczywisty i bardzo obfity materiał ikonograficzny - w dodatku w znakomitych reprodukcjach. Cieszą też liczne wypisy ze źródeł literackich - choć nie ułatwiają one bynajmniej lektury. Te dwa elementy sprawiają, że podwyższam nieco ocenę.

Jest to książka na wskroś postmodernistyczna. Wenus Tycjana obok Lilith Rossettiego i Anity Ekberg z 8 i pół Felliniego; rzeźby antyczne obok miniatur średniowiecznych i kadrów z komiksów. Teksty biblijne obok traktatów oświeceniowych i poezji modernistycznej. Wszystko miesza się tu ze sobą - choć nie bez pewnego zamysłu. Książka niewątpliwie oryginalna, odważna i na swój sposób fascynująca. I jak każda tego typu pozycja - wśród wielu osób może wzbudzić opór. Mnie sama idea się podoba, ale jej realizacja pozostawia już sporo do życzenia. Ocena: 3, 5.

Praca zbiorowa pod red. Piotra Mareckiego i Agnieszki Wiśniewskiej, Kino Polskie 1989-2009. Historia krytyczna (Wydawnictwo Krytyki Politycznej, 2010) - Dlaczego o (pop)kulturze i sztuce pisać świeżo, z pazurem i piekielnie inteligentnie potrafią tylko autorzy ze środowiska Krytyki Politycznej? Czy dlatego, że "nieaspirujący do grona poważnych recenzentów mają łatwiej" (s. 217)? A może dlatego, że jako jedni z niewielu są w stanie dostrzec, że te dziedziny także dzisiaj mogą mieć widoczny skutek społeczny; że ze sztuką nie tylko warto, ale da się dyskutować; że nie jest ona tak do końca autonomiczna względem takich dyskursów stwarzających rzeczywistość, jak nauka, wiedza, polityka i religia (s. 213)? Ocena: 5.

Seamus Heaney, Przejrzysta pogoda. Wiersze wybrane (Znak, 2009) - Nie jest to prosta poezja - ona wymaga wysiłku, zmagania z materią języka. Pełna nostalgii, a nawet melancholii, pełnymi garściami czerpie z obrazów pamięci, dopuszcza do głosu duchy zmarłych. Żywi się nie tylko wspomnieniem, ale i mitem, literaturą, historią, naturą. Potrafi porwać i wzruszyć, zachwycić i dać do myślenia. A niekiedy pozostawia bezradnym. Nie jest to prosta poezja. To poezja wielka. Ocena: 5, 5.





Marcin Szczygielski, Berek (Latarnik, 2007) - Pewnie nigdy nie sięgnąłbym po tę książkę, gdyby nie to, że wpadła mi w ręce zupełnie przez przypadek w miejscu i czasie, gdy nic ciekawszego na podorędziu nie miałem. A że czyta się szybko - błyskawicznie się z nią uporałem. Jest to właśnie takie czytadło do szybkiej, jednorazowej konsumpcji. Książka o spotkaniu młodego i bogatego geja ze złośliwym, starszym "moherem". Niestety bardzo jednostronna, mało prawdopodobna psychologicznie i niedopracowana - przydałby się dokładniejszy research środowiska katolickiego, bo tutaj to same schematy i stereotypy, nie do końca trzymające się kupy, parę "wpadek" np. na temat liturgii katolickiej etc. Na dodatek powieść zbyt słodka, jak na mój gust. Ocena: 2, 5.

Andrzej Szczeklik, Kore. O chorych, chorobach i poszukiwaniu duszy medycyny (Znak, 2007) - Nie sądziłem, że spodoba mi się ta książka. Nigdy nie interesowała mnie tematyka medyczna, a wręcz zawsze od niej stroniłem. Ten pięknie wydany tom wpadł mi w ręce trochę przez przypadek i skusiłem się ze względu na piękne reprodukcje dzieł sztuki, jakie znalazłem wewnątrz. Medycynę zawsze kojarzyłem z naukami empirycznymi, szczegółowymi, tymczasem w esejach Szczeklika jawi się ona jako dziedzina w pełni humanistyczna - którą przecież jest par excellence. Kore podaje mnóstwo rzetelnych informacji i ciekawostek związanych z tematyką medyczną (także z historii medycyny - co było dla mnie wyjątkowo ciekawe). Nie stroni jednocześnie od odwołań do mitów, literatury, religii, filozofii, antropologii etc. Nadzwyczaj ciekawa i zupełnie dla mnie nowa perspektywa w tej dziedzinie. Polecam. A sam zabiorę się zapewne za wcześniejsze Katharsis tegoż autora. Ocena: 5.

 

niedziela, 24 lipca 2011

No, to LOVELY!


Miło mi poinformować, że oto zostałem wyróżniony blogową nagrodą One Lovely Blog Award - dzięki uprzejmości peek-a-boo, która mnie do niej wytypowała. Jest ona autorką bardzo ciekawego i oryginalnego bloga "więcej niż pierwsza czytanka", na który zawsze zaglądam z wielką przyjemnością, do czego wszystkich zachęcam. 

To już drugi taki łańcuszek szczęścia jakim zostałem uraczony (pierwszy możecie podejrzeć tutaj). Tym razem zasady gry są troszeczkę inne:

  •      Na swoim blogu stwórz notkę o nominacji, podając przy tym link do osoby, która Cię nominowała
  •      Napisz o sobie siedem rzeczy, których odwiedzający bloga jeszcze nie wiedzieli
  •      Nominuj szesnaście innych osób (nie można jednak nominować osoby, która Ciebie nominowała)
  •      Zostaw na ich blogach komentarz, dzięki któremu dowiedzą się o nagrodzie i nominacji

Niniejszym spróbuję zdradzić te wymagane 7 faktów z mojego życia prywatnego, o których jeszcze w żadnym poście nie wspominałem. Jednocześnie zaznaczam, że bardzo zależy mi, aby pozostać anonimowym, dlatego największe moje tajemnice nadal pozostaną tajemnicami. 

1.  Mam czwórkę młodszego rodzeństwa. Trójka założyła już swoje rodziny, a najmłodsza (jest między nami 20 lat różnicy) mieszka jeszcze z rodzicami. Bardzo się lubimy, świetnie dogadujemy i często spotykamy. Nigdy nie brakuje nam wspólnych tematów do rozmowy.

2. Mam małego fioła na punkcie kawy. Piję ją zawsze czarną i bez cukru, by móc się nią w pełni delektować. Przyrządzam zaś innym zgodnie z życzeniami - cappuccino, latte, mrożona etc. Najczęściej używam ekspresu ciśnieniowego (jestem zwolennikiem ekspresów kolbowych, nie automatycznych), ale od czasu do czasu zdarza mi się użyć np. włoskiej kafeterki. W podróży i w czasie różnego rodzaju wyjazdów, wożę ze sobą przeróżne "odfusiacze" i inne ustrojstwa (np. Aeropress), które pozwalają mi cieszyć się dobrą kawą zawsze i wszędzie.

3. Wspominałem już gdzieś, że mam 202 cm wzrostu, ale dodam jeszcze, że mój numer buta to 47. Takie wymiary sprawiają, że nienawidzę kupować ubrań: szczególnie butów i spodni. To dla mnie długotrwała udręka i horror. Zwykle kończy się tak, że kupuję pierwszą rzecz, która na mnie pasuje - a to i tak po długich i żmudnych poszukiwaniach.

4. Jestem uzależniony za to od zakupów książkowo-filmowych. Moja kolekcja płyt DVD liczy już grubo ponad 500 pozycji, a książek to nawet nie liczę. Upodabnia to mój pokój do małego empiku - prawie same półki z książkami i płytami. Rodzeństwo czasem się śmieje: "idę do wypożyczalni coś sobie wybrać".

5. Uwielbiam jeść. Jedną z moich ulubionych rozrywek jest wyjście do restauracji. Zawsze zrobisz mi też przyjemność zapraszając mnie np. na kolację lub po prostu kawę z ciastkiem. Jestem też w zasadzie wszystkożerny: nie wybrzydzam i zawsze zostawiam talerz wyczyszczony. Jedno jedyne danie, którego nie lubię to placki ziemniaczane.

6. Uwielbiam podróżować. Co nieco krajów już widziałem (czasem dzielę się wrażeniami na blogu), ale moim marzeniem jest odwiedzić jeszcze Hiszpanię (zwłaszcza Madryt i Barcelonę), Belgię i Holandię (ze względu na malarstwo niderlandzkie), Grecję (Ateny i Knossos), USA (Nowy Jork, ewentualnie Nowy Orlean) oraz moją ukochaną Wenecję, w której byłem tylko raz, bardzo krótko, a w której zakochałem się od pierwszego wejrzenia.

7. Do dziś nie potrafię zrozumieć jak to się stało, że zacząłem pisać tego bloga, i że wciąż to kontynuuję (choć nie z taką częstotliwością, jakbym chciał). O jego istnieniu nie wie prawie nikt z mojej rodziny i znajomych: tylko brat z żoną, którzy odkryli go zupełnie przez przypadek oraz trójka bliskich przyjaciół (Ola, Łukasz i Daniel), którzy jednak na moją prośbę milczą jak grób.

Uff... Powiem Wam, że ciężko było mi napisać te 7 punktów. Ciekawy jestem co wymyślą kolejni delikwenci. A proszę o to następujące osoby (tylko 7, skoro już krążymy wokół tej liczby):


Te osoby należą do moich ulubionych blogerów i chętnie dowiedziałbym się o nich czegoś więcej. Celowo nie wymieniłem np. Chihiro, padmy i maga-mary, gdyż o nich już sporo wiem, a poza tym są one tak bardzo popularne, że albo już tę nagrodę otrzymały, albo z pewnością wkrótce ktoś je wytypuje. Pozdrawiam je jednak bardzo serdecznie. ;-)

A peek-a-boo dziękuję za wyróżnienie!

Aktualizacja z 25 lipca (godz. 12.00)
Zapomniałem zaprosić do zabawy jeszcze jedną osobę: Czarę! Bardzo lubię jej blog, ale niestety czasem zapominam na niego zaglądnąć, gdyż nie aktualizuje mi się on w mojej liście blogowej, tu obok (jest zawsze na samym dole). Chętnie dowiedziałbym się o Tobie paru ciekawych rzeczy, Czaro, więc zapraszam do zabawy. A blog zdecydowanie zasługuje na wyróżnienie.

środa, 1 grudnia 2010

Gdzie te książki?


Uwaga: będę narzekał! Tym razem na polski rynek książki. Po prostu muszę to z siebie wyrzucić! Ostatnio mam nieodpartą potrzebę nadrobienia zaległości w klasyce - także tej mniej "oczywistej". W pierwszej mierze chcę zabrać się za Samuela Becketta, Konstandinosa Kawafisa, T. S. Eliota, Josifa Brodskiego i Annę Świrszczyńską. Wspomnę przy tym o moim małym "odchyleniu" (by nie użyć bardziej dosadnego słowa), że z bibliotek korzystam jak najmniej, gdyż lubię czytane książki posiadać na własność. Niestety w naszym kraju zakup jakichkolwiek pozycji wymienionych przeze mnie autorów graniczy z cudem. W księgarniach ich nie uświadczysz, a stare, wysłużone wydania krążą po antykwariatach i aukcjach internetowych za niebotyczne wręcz pieniądze (od kilkudziesięciu do kilkuset złotych), a i tak nie są łatwe do zdobycia (na Świrszczyńską poluję już od kilku lat!). Spośród wymienionych przeze mnie nazwisk tylko T. S. Eliot ma się jako tako, dzięki wyborowi poezji wydanemu stosunkowo niedawno przez Świat Książki. Ja uważam tę sytuację za skandaliczną. W każdym cywilizowanym kraju mogę wejść do księgarni i takiego Becketta, Prousta, czy Rilkego zakupić w normalnej cenie detalicznej. U nas muszę wydać fortunę, i to tylko jeśli mam szczęście, że w ogóle uda mi się znaleźć jakąś ofertę sprzedaży. Jeszcze bardziej zatrważające jest to, że sytuacja ta dotyczy także naszych rodzimych klasyków - w tym Noblistów. Spróbujcie w pierwszej lepszej księgarni zakupić np. jakiś zbiór wierszy Miłosza. Życzę powodzenia! Czy to jest normalne? A Wy z zakupem jakich pozycji macie kłopoty?

poniedziałek, 12 lipca 2010

Wakacje w pełni


Tylko krótka notka informacyjna, abyście nie pomyśleli, że wszystkich olewam, zapomniałem o blogu swoim oraz o blogach zaprzyjaźnionych osób. Wakacje jak zwykle zaplanowane mam do ostatniego dnia i prawdopodobnie nie znajdę zbyt wiele czasu na to, by zaglądać do sieci. Jak zwykle łączę przyjemne z pożytecznym, pracę z odpoczynkiem. Już mam za sobą pierwszy etap pracy zarobkowej oraz weekend książkowo-filmowy w Krakowie, a jutro wyruszam na miesiąc do pracy "pro bono". Potem miesiąc w Londynie - też praca i odpoczynek (zamierzam m.in. odwiedzić Oxford oraz miejsca związane z Virginią Woolf, jak np. Monk's House w Rodmell). Wreszcie wrzesień w Toskanii, który upłynie mi na intensywnym kursie języka włoskiego (i nie tylko). Jeśli w Anglii lub we Włoszech uda mi się napisać parę słów - będziecie je mogli tu przeczytać. Póki co pozdrawiam wszystkich bardzo serdecznie i zapraszam ponownie. Nie zapominajcie całkiem o Snoopym i jego małym bric-à-brac.


Vanessa Bell, Kanał w Wenecji (1948)

olej na desce, The Bloomsbury Workshop, London

piątek, 25 czerwca 2010

Mundial et cetera


Jeśli jest na tym świecie jedna taka rzecz, która ZUPEŁNIE mnie nie interesuje, to jest nią sport. Pomimo tego, że już nie raz próbowałem sport zrozumieć/poczuć, a nawet uprawiać! Serio! Moje 202 cm wzrostu robiły swoje i były dużą pokusą dla niejednego trenera siatkówki i koszykówki - z tego powodu zaczepiano mnie nawet na ulicy próbując zwerbować do drużyny. Niestety. Okazało się, że nie mam do sportu ani głowy, ani serca, za to mam do niego dwie lewe ręce i dwie lewe nogi.

Sport to czyste emocje, z których zupełnie nic nie wynika. Do tego zbyt często łączą się one z zupełnie dla mnie niestrawną mieszanką agresji i nacjonalizmu. Emocje tego typu są mi zupełnie obce - coś na ich kształt odczuwam tylko raz w roku, podczas gali wręczania Oscarów. Jestem niemal zupełnie odporny na wirusa rywalizacji - w zasadzie nie bawią mnie żadne gry, także komputerowe. Mnie naprawdę nic nie obchodzi, że ktoś tam pobija jakiś kolejny kretyński rekord, który przecież nic tak naprawdę nie znaczy. Konstatacje na temat komercjalizacji sportu oraz medycyny i technologii, które coraz częściej zaczynają odgrywać w nim większą rolę niż trening, tylko utwierdzają mnie w moich przekonaniach.

Przyznam, że nieraz czuję się w tych moich poglądach odosobniony, gdyż trudno znaleźć mi osoby, które odczuwają podobnie - zwłaszcza w czasie wszelkiego rodzaju igrzysk, olimpiad i mistrzostw, czy też narodowych histerii towarzyszących wyczynom różnych Małyszów i Kowalczyk. Tym bardziej więc ucieszyła mnie dzisiejsza notka Tomasza Pindela na blogu Poczytane. Pozwolę sobie na przywołanie tu końcowego fragmentu:
Mój stosunek do sportu nadal będzie definiować pewna anegdota związana z Winstonem Churchillem, było-nie-było laureatem literackiej Nagrody Nobla w 1953. Otóż, jak wiadomo, Churchill dożył ponad dziewięćdziesięciu lat i cieszył się świetnym zdrowiem, a był mężczyzną słusznej postury, nie widywano go bez cygara i wciąż sączył szkocką. Zapytano go zatem kiedyś, jaka jest jego recepta na zdrowie. Na co on (zapewne zaciągając się tytoniowym dymem i łykając nieco łyskacza) odparł krótko: No sport.

Dzisiaj Winstona Churchilla obieram sobie za wzór i patrona moich "anty-sportowych" poglądów. :-)

środa, 4 listopada 2009

Rachunek czytelniczego sumienia


Raz po raz, tu i ówdzie tworzone są różnego rodzaju kanony lektur lub plebiscyty na najlepsze książki (XX wieku, wszech czasów etc.). Jedną z bardziej znanych jest lista BBC The Big Read
z 2003 roku (plebiscyt ten zwyciężył J. R. R. Tolkien, ku zaskoczeniu i zgrozie wielu). Można mieć o nich różne zdanie, niemniej jednak dają one pewne pojęcie na temat tego, jakie tytuły należą do naszego wspólnego dziedzictwa kulturowego. Są też niezłym drogowskazem dla wszystkich, którzy szukają ważnych i ciekawych lektur.

Wydaje się, że jakiś szeroko pojęty, mglisty kanon jednak istnieje, a wielu ludzi aspiruje do przeczytania go, skoro wśród bestsellerów książkowych znaleźć dziś można chociażby takie pozycje, jak wydana także po polsku pozycja Pierre'a Bayarda Jak rozmawiać o książkach, których się nie czytało? To, że ludzie aspirują do znajomości pewnego kanonu lektur świadczy też fakt, że 2 na 3 osoby często nie przyznaje się, że nie czytało jakiegoś tytułu, albo wręcz kłamie, że go dobrze zna. Taki wynik wykazała sonda, jaką przeprowadziła niezawodna BBC, która pomyślała i o tym, by zapytać Brytyjczyków (1 342 osoby) o to, w przypadku jakich książek udają oni tylko, że je czytali.

Oto lista GUILTY SECRETS sporządzona na początku tego roku:

1. 1984 - George Orwell (42%)
2. Wojna i pokój - Lew Tołstoj (31%)
3. Ulisses - James Joyce (25%)
4. Biblia (24%)
5. Pani Bovary - Gustave Flaubert (16%)
6. Krótka historia czasu - Stephen Hawking (15%)
7. Dzieci północy - Salman Rushdie (14%)
8. W poszukiwaniu straconego czasu - Marcel Proust (9%)
9. Odziedziczone marzenia: Spadek po moim ojcu - Barack Obama (6%)
10. Samolubny gen - Richard Dawkins (6%)

Nie powiem, kilka pozycji zaskakuje (Barack Obama?).

Ja oczywiście też mam takie książki, z powodu których dręczą mnie wyrzuty sumienia. Uważam, że są to takie pozycje, które powinienem znać. A tak poza tym chcę je przeczytać i myślę, że jeszcze kiedyś po nie sięgnę, zwłaszcza, że większość z nich leży u mnie na półce i cierpliwie czeka na swoją kolej. Oto kilka tytułów:

- Boska komedia - Dante Alighieri
- Raj utracony - John Milton
- Metamorfozy - Owidiusz (czytałem tylko fragmenty)
- Cała proza Witkacego
- Zamek - Franz Kafka
- Ulisses - James Joyce (z tym zmagałem się parę lat temu, ale nie wyszło)
- Biesy - Fiodor Dostojewski
- Pani Bovary - Gustave Flaubert
- Dolina Issy - Czesław Miłosz
- Jesień średniowiecza - Johan Huizinga
- Życie, instrukcja obsługi - Georges Perec



Co do cyklu Prousta, to jak na razie mam za sobą tylko pierwszy tom (który przeczytałem dopiero niedawno), ale bardzo chcę przeczytać całość i na pewno to zrobię. W stronę Swanna bardzo mi się podobało i już widzę, że jest to taka literatura, jaką lubię (pomimo tego, że następne tomy ponoć znacznie się różnią). Myślę, że tego nie rzucę, tak, jak stało się to w przypadku Ulissesa (ale do niego na pewno jeszcze wrócę!), czy Czarodziejskiej góry Tomasza Manna (ją sobie chyba jednak podaruję).

Od razu przy tej okazji zaznaczę, iż nie jestem zwolennikiem czytania na siłę. Jeśli książka mnie autentycznie męczy, nie podoba mi się wcale, a nie jest np. obowiązkową dla mnie lekturą (np. z racji studiów, czy pracy), to po jakimś czasie rzucam ją bez wahania. Oczywiście, zawsze jest to ryzyko, że stracę coś cennego, bo przecież mogłaby mnie ona zachwycić, gdybym ją już dokończył. Takie przypadki są jednak bardzo rzadkie. Inna sprawa, że do pewnych dzieł trzeba po prostu dojrzeć. Ale to też chyba się czuje. Dlatego uważam, że parę lat temu Ulisses był dla mnie zdecydowanie za trudny, ale myślę, że nadejdzie taki czas, gdy zdołam go z przyjemnością przeczytać.

A co Wy na to? Macie takie tytuły, które są Waszym wyrzutem sumienia i stoją Wam ością w gardle?



Edycja z dn. 19 XI 2009:

A po co nam w ogóle kanon?
Posiadamy kanon, ponieważ jesteśmy śmiertelni i przyszliśmy na świat. Czasu jest niewiele, kiedyś się skończy, natomiast do przeczytania jest więcej niż kiedykolwiek.
(Harold Bloom)

niedziela, 30 sierpnia 2009

Wakacje


Po praktykach studenckich i miesiącu pracy, w zeszłym tygodniu rozpocząłem na dobre wakacje (najwyższy czas!). Mam to szczęście, że każdego roku mogę cały wrzesień spędzić w jakimś ciekawym miejscu. W poprzednich latach były to Londyn i Paryż - teraz przyszedł czas na Rzym.


Są to zawsze wyprawy, jakie lubię najbardziej, tzn. samotne i nastawione na sztukę. Niezliczone muzea, galerie, kościoły i wszelkie zabytki. Co ważne - jest to zwiedzane nieśpiesznie, powolne. Mając do dyspozycji cały miesiąc nie ma problemu, by np. poświęcić dzień na jedno muzeum albo po prostu snuć się pół dnia po ulicach, placach i zaułkach. Uwielbiam to!


W Wiecznym Mieście byłem już wprawdzie kilkakrotnie, ale nigdy porządnie go nie zwiedziłem. Tak naprawdę widziałem zatrważająco mało. Tym razem mam zamiar nadrobić zaległości - zaczynając od jutra. Jeśli wystarczy czasu, odwiedzę też okolice Rzymu, np. Tivoli, czy etruskie Cerveteri.

Jeśli tylko będę miał czas i możliwość, to postaram się zamieszczać tu na blogu jakieś krótkie relacje i zdjęcia. Znam jednak swoje ograniczone możliwości i nie będę się pewnie porywał na jakieś kwieciste ekfrazy lub błyskotliwe anegdotki. W ich poszukiwaniu lepiej zajrzeć do Herberta, Muratowa, Pollakówny, Karpińskiego, Iwaszkiewicza i innych. Mam jednak nadzieję, że może uda mi się czasem zdać krótką relację z moich subiektywnych stanów i poruszeń. Bo, że będzie ich sporo, to nie wątpię.

środa, 13 maja 2009

Podarek na 30-te urodziny


Stało się. Właśnie stuknęła mi "trzydziestka". Z tej okazji postanowiłem zrobić sobie prezent. Wiersz mojej przyjaciółki (z tomu "Podarki"):

Biały wiersz
Aleksandra Dąbrowska (po mężu Friedl)

dni podchodzą
do mojego łóżka
stoją wyblakłe
skupione

trzymają naręcza kwitnącej jabłoni
kiwają głowami
przychodzą tak cicho
i jeszcze ciszej odchodzą
(może to mgła wytłumia ich kroki?)

przedzierzgają się w krótkie noce

idą idą tłumnie
po dwa
po trzy
czwórkami
wiją się białą wstęgą

koniuszek
który trzymam w ręce
to jakieś pięć sześć dni
do tygodnia
- nie więcej


czwartek, 23 kwietnia 2009

Filmowa wyliczanka


Obchodzony dziś Światowy Dzień Książki świętuję zakupami w księgarniach i lekturą, a na blogu będzie filmowo.


Od paru tygodni na naszym rynku prasowym obecny jest nowy magazyn filmowy o swojskiej nazwie MOVIE. Jest w nim taka rubryka, jak Film mojego życia, w której na ankietę o filmowe fascynacje odpowiadają nasi krajowi celebryci (uwielbiam to słowo!). Nawet mi się ona spodobała i postanowiłem sam ją wypełnić. Niezły ze mnie celebryta, co?

1. FILM MOJEGO DZIECIŃSTWA
Zdecydowanie Niekończąca się opowieść (reż. W. Petersen). To po tym filmie zakochałem się w kinie na całe życie. Siedząc jako dziecko w ciemnej sali kinowej byłem jak zaczarowany. Śmiech i łzy, wzruszenie i radość - słowem wielkie emocje. Całkowicie zidentyfikowałem się z filmowym Bastianem - co nie było trudne, zważywszy na to, że był on niemal moim odbiciem. Za to nieustraszony Atreyu był ucieleśnieniem moich marzeń i tęsknot - tak, jak i zresztą kraina Fantazji. Cudowne przeżycie, które naznaczyło w jakiś sposób całe moje życie.

2. PIERWSZY DOROSŁY FILM
Zawsze byłem nadzwyczaj wysoki, jak na swój wiek i chętnie z tego korzystałem wślizgując się na filmy wyświetlane z wyższą kategorią wiekową (były to czasy, gdy jeszcze ktoś się tym przejmował i tego pilnował). Pierwszy mój seans "od 12 lat" to Superman 3. Nie zapomnę też nigdy przerażających Crittersów. Były to jednak bajki dla dużych dzieci. Pierwszym naprawdę dorosłym i poważnym filmem, jaki widziałem w kinie był Fortepian Jane Campion. Oglądałem go w siódmej lub ósmej klasie szkoły podstawowej i przyznam się, że mną wstrząsnął. Wtedy też doświadczyłem tego, że kino może być sztuką. Do dziś jest to jeden z moich ulubionych filmów.

3. FILMY NA DOŁA
Nie przepadam za komediami. Ale żeby było śmieszniej wyliczę tu najwięcej tytułów. :-D
Z filmów poprawiających mi nastrój wymieniłbym chociażby Orzeł kontra rekin (reż. T. Cohen), Happy-Go-Lucky czyli co nas uszczęśliwia (reż. M. Leigh), Jabłka Adama (reż. A. T. Jensen), Wilbur chce się zabić (reż. L. Scherfig), Ze śmiercią jej do twarzy (reż. R. Zemeckis), Borat (reż. L. Charles), Syreny (reż. R. Benjamin), Człowiek bez przeszłości (reż. A. Kaurismaki), produkcje Tima Burtona oraz braci Coen.
Najbardziej jednak poprawiają mi humor seriale. Przede wszystkim brytyjskie produkcje: Wallace i Gromit, Mała Brytania, Co ludzie powiedzą?, Spaced, 'Allo, 'Allo, Pan wzywał, Milordzie?, Biuro, Liga Dżentelmenów, Zwierzo-zwierzenia, Baranek Shaun, a nade wszystko Monty Python (pod każdą postacią). Poza tym amerykańskie serie (zwłaszcza animowane): Simpsonowie, Dilbert, Krowa i kurczak, Najeźdźca ZIM, a także Przystanek Alaska i Flight of the Conchords. I oczywiście jedyne i niepowtarzalne Muminki, Fraglesy, a także Mój sąsiad Totoro zawsze rewelacyjnego Mizayakiego! Te tytuły zawsze gwarantują poprawę nastroju.

4. FILMY, NA KTÓRYM PŁACZĘ
Oj, dosyć często ryczę na filmach. Płakałem już jako dziecko na wspomnianej już Niekończącej się opowieści, a także na Mojej dziewczynie (reż. H. Zieff). A potem nieważne, czy był to dramat psychologiczny (np. Godziny, Dworzec nadziei, Wyśnione życie aniołów, Dowcip), czy film fantasy (Władca Pierścieni), kreskówka (Grobowiec świetlików), czy film kostiumowy (Okruchy dnia, Wiek niewinności), horror (Dracula Coppoli), czy melodramat (Co się wydarzyło w Madison County?) albo nostalgiczny film wspomnieniowy (Cinema Paradiso). Bez zahamowań buczę jak bóbr albo sentymentalna małolata. I dobrze mi z tym. ;)


5. FILM NA KTÓRYM SIĘ BOJĘ
Nie oglądam strasznych filmów. Najbardziej przerażającym filmowym doświadczeniem dzieciństwa były dwa filmy: Rój oraz Dziecko Rosemary Polańskiego. Na samą myśl o nich przechodzą mi ciarki po plecach. Już w dorosłym życiu przeraziły mnie genialne filmy Hanekego: Funny Games oraz Ukryte.

6. IDEALNY FILM DO OGLĄDANIA Z PARTNERKĄ
Hmmm... Myślę, że wybrałbym Godziny (reż. S. Daldry). Jeden z najbardziej kobiecych filmów, jakie widziałem. Także Karmel (reż. N. Labaki) - oba znakomicie docierają w zakątki kobiecej duszy.

7. IDEALNY FILM DO OGLĄDANIA W MĘSKIM GRONIE
Nie przepadam za tzw. "męskimi" filmami. Dlatego w tej kategorii wybrałbym Cienką czerwoną linię T. Mallicka. Film absolutnie genialny! Jest to film filozoficzny, ale w przebraniu filmu wojennego. I zawiera w sobie solidny bagaż treści, który przyda się każdemu facetowi.

8. NAJLEPSZY FILM JAKI WIDZIAŁEM
Uff... To dopiero kategoria niemożliwa! Niech będą Godziny. Prawdziwy majstersztyk. Mogę go oglądać w kółko.

9. NAJGORSZY FILM JAKI WIDZIAŁEM
Unikam złych filmów, ale czasem zdarzy mi się przez nieuwagę lub z przymusu coś takiego zobaczyć. Np. Dzień niepodległości, Kongo, Ryzykanci.

10. FILM, KTÓRY MÓGŁBYM OGLĄDAĆ W KÓŁKO
Patrz punkt 8. A także Władca Pierścieni Petera Jacksona. Te filmy chyba nigdy mi się nie znudzą.

11. ROLA, KTÓRĄ CHCIAŁBYM ZAGRAĆ
Ojej, nie mam takich pragnień. Ja w ogóle nie nadaję się do grania. Chciałbym, żeby to była jakaś totalnie zwariowana produkcja Tima Burtona, Davida Lyncha, Spike'a Jonze'a, Charliego Kaufmana lub Todda Solondza. Coś magicznego, z rozmachem i poczuciem humoru. Mógłaby to być jakaś rola w przebraniu. Najważniejsze, żebym miał niezły ubaw z tego grania. Oj, i jeszcze marzeniem byłoby towarzystwo Wielkich (Meryl Streep, Emma Thompson, Johnny Depp, Anthony Hopkins itp.).

12. ROLA, KTÓRĄ CHCIAŁBYM ZAGRAĆ W FILMIE ANIMOWANYM
Jeden ze zwierzaków w Zwierzo-zwierzeniach.

Niezła wyliczanka! Na pociechę niech wystarczy stwierdzenie, że i tak się ograniczałem i nie wymieniłem wszystkich dla mnie ważnych filmów i twórców. Tak, czy siak wybaczcie - postaram się już więcej tego nie robić.

czwartek, 2 kwietnia 2009

Utrata złudzeń


Jeśli chodzi o ocenę rozwoju społeczeństwa, ewolucji świadomości ludzkiej na przestrzeni dziejów, byłem zawsze raczej optymistą. Sądziłem, że nasza cywilizacja wyzbywa się powoli różnych przejawów agresji, dyskryminacji, niesprawiedliwości. Przecież te wartości wydają się być ważne dla społeczeństw demokracji liberalnej.

Ostatnio jednak zaczynam sądzić, że ta moja ocena i wiara w postęp ludzkości jest jednak dosyć naiwna. Do wniosków takich doszedłem po wydarzeniach ostatnich miesięcy związanych z gestami pojednania papieża Benedykta XVI względem środowiska tzw. lefebrystów. Ściśle rzecz biorąc uświadomiły mi to mocne słowa papieża z jego bezprecedensowego listu na ten temat:

Niekiedy można odnieść wrażenie, że nasze społeczeństwo potrzebuje przynajmniej jednej grupy, do której podchodzi bez żadnej tolerancji: którą spokojnie może atakować i nienawidzić. A jeżeli ktoś ma odwagę się do nich zbliżyć – w tym przypadku papież – także on traci prawo do tolerancji i także jego można traktować z niczym nieograniczoną i niczego się nielękającą nienawiścią.

Znane mi są dzieła René Girarda o mechanizmie kozła ofiarnego i uważam je za wyjątkowo trafne, niemniej jednak zawsze skłonny byłem sądzić, że ów mechanizm dotyczy w zasadzie grup i społeczności pierwotnych i prymitywnych, a dziś - zacofanych, niedojrzałych, mało świadomych. Jednakże ta nieszczęsna sytuacja z lefebrystami pozwoliła mi uświadomić sobie, że nowoczesne społeczeństwo demokratyczne nie jest wcale wolne od tych mechanizmów. Piękne hasła okazują się tylko hasłami. Stosujemy je tylko tam, gdzie nam to odpowiada.

Ta konstatacja jest dla mnie bardzo bolesna - nie tylko dlatego, że burzy moje dotychczasowe wyobrażenia, w które święcie wierzyłem, ale także dlatego, że rozpoznałem ten mechanizm u siebie samego. Nie ukrywam bowiem, że nie jest mi po drodze ze skrajnymi tradycjonalistami, a i do pontyfikatu Benedykta XVI odnoszę się z pewną rezerwą. Jednocześnie jedną z najważniejszych idei, w jakie wierzę, i które staram się wcielać w życie, jest idea jedności i powszechnego braterstwa, a co za tym idzie porozumienia i dialogu.

Nie, nie wyrzekam się tych ideałów - nawet jeśli mogą być uznane przez kogoś za naiwne. Wręcz przeciwnie - chcę je traktować jeszcze poważniej i radykalniej niż dotychczas, tzn. przede wszystkim względem tych, których niełatwo mi zrozumieć, i z którymi się nie zgadzam. Gesty pojednania z nimi są potrzebne - może jeszcze bardziej niż z tymi, z którymi nie tak trudno znaleźć nić porozumienia. Są może tym ważniejsze, im bardziej od tych ideałów w praktyce odchodzimy - nawet jeśli wciąż goszczą one na naszych ustach.

William Holman Hunt, Kozioł ofiarny (1854-55)
olej na płótnie, 87 cm x 140 cm,
Lady Lever Art Gallery, Port Sunlight, Wlk. Brytania

piątek, 16 stycznia 2009

Brzydkie cechy


Podejrzliwość to brzydka cecha. Także i ją odkrywam czasem u siebie. Wydobywa ją na wierzch szczególnie jeden typ człowieka. Taki, któremu to – jak ktoś kiedyś powiedział – „nic nie można zarzucić oprócz sznura na szyję”.

Chyba nic bardziej mnie nie mierzi u człowieka, jak szklista nieskazitelność, absolutna poprawność. Wyraża się ona na wielu płaszczyznach: w stroju (te nienagannie wypastowane buty, białe mankiety ze złotą spinką, odprasowany i szczelnie zapięty garnitur), w mowie (starannie dobierane, uprzejme słowa, które więcej ukrywają, niż ujawniają), w ogólnej postawie (ta sztywność i nienaganne niemal maniery), wreszcie w podejściu do drugiego człowieka (dystans zdradzający tę ledwie wyczuwalną, a jednak obecną wyższość i pogardę). Jeśli te cechy spotkają się ze sobą, zapala się we mnie czerwone światło ostrzegawcze i mam ochotę uciec od takiego osobnika jak najdalej.

Obcując z takim człowiekiem, mam wrażenie, jakbym miał przed sobą aktora, który od lat gra tę samą rolę; aktora powtarzającego w kółko te same kwestie, które w wyniku wielokrotnego użytku uległy całkowitemu wygładzeniu i straciły sens. Mam wrażenie, że to nic więcej, jak tylko jakaś wyćwiczona poza, coś na wskroś teatralnego, sztucznego, co ukryć ma strach, kompleksy, wewnętrzne nieuporządkowanie. Czysty fałsz. Obłuda po prostu. Tym bardziej niebezpieczna, jeśli zrośnie się z jeszcze jedną paskudną cechą, jaką jest nieomylność – a odnoszę wrażenie, że taka symbioza zdarza się nadzwyczaj często.

Może jednak ta obłuda nie do końca jest świadoma? Może człowiek ten, na skutek ciągłego powtarzania swojej roli, tak już się z nią zrósł, że naprawdę w nią uwierzył? Ja jednak nie wierzę. Ja w takim wypadku zawsze jestem podejrzliwy. I nie chodzi tutaj nawet o to, że nie wierzę w to, iż można być dobrze wychowanym i eleganckim. Ja po prostu nie wierzę w nieskazitelność. Ma ona w sobie coś demonicznego. I to wcale nie jest tak, że w ten sposób chcę usprawiedliwić swoje słabości, potknięcia, niechlujstwo, braki wychowania i charakteru. To nie jest tak, że nie mam ideałów, że się ich boję. Przynajmniej taką mam nadzieję.



niedziela, 4 stycznia 2009

Podsumowanie 2008

Początek roku to czas różnorakich plebiscytów, podsumowań, rankingów. I ja postanowiłem zrobić mały bilans tego, co doświadczyłem w ubiegłym roku w kulturze. Jeśli kogoś to interesuje, przedstawiam swoje osobiste listy najlepszych filmów, płyt i książek 2008 roku, wraz z krótkimi komentarzami lub mini-recenzjami.

FILM

W roku 2008 oglądnąłem 120 filmów, z czego 56 w kinie. W poniższym zestawieniu uwzględniłem tylko filmy pełnometrażowe, które w tym roku miały premierę kinową w Polsce. Wykluczyłem jednak U2 3D, ze względu na wyjątkowy charakter tego filmu (zapis koncertu), a zaliczyłem rosyjską Aleksandrę, która miała premierę w grudniu 2007 r. Filmy, których jeszcze nie oglądałem, a które mogłyby coś pozmieniać w zestawieniu, wypisuję na końcu.

1. To nie jest kraj dla starych ludzi

Zdecydowanie najlepszy film roku: perfekcyjny w każdym calu, mocny i głęboki, a do tego ogląda się go „jednym tchem” i nie zapomina. Dał mi wiele frajdy i zmusił do ważnych przemyśleń. Jak dla mnie najzupełniej wystarczy.









2. Dwa dni w Paryżu
Jestem pełen podziwu dla Julie Delpy za ten autorski w gruncie rzeczy film. A jest to film nie tylko inteligentny, ale i mądry. Nie tylko przepełniony znakomitym poczuciem humoru, ale i pełen celnych obserwacji społeczno-obyczajowych. Nie tylko ciekawie sfotografowany i zmontowany, ale i rewelacyjnie zagrany. Julie jak zwykle piękna i naturalna - ukazała w pełni swoje liczne talenty. Film trzyma się mocno rzeczywistości i chociażby dlatego - jak to ktoś napisał - jest komedią "anty-romantyczną". Poza tym jest to na pewnym poziomie obraz wtórny - przecież coś podobnego widzieliśmy chociażby w filmach Linklatera z Julie Delpy i Ethanem Hawke. Niemniej jednak ta koncepcja została tu nieco zmodyfikowana i twórczo przepracowana, co sprawia, że film nic nie traci na wartości i świeżości. Wielkie brawa! Sukces na całej linii.

3. XXY
Film nie tylko uświadamia nam i przybliża problem hermafrodytyzmu, ale poprzez tę kwestię dotyka spraw bardziej uniwersalnych. Dzięki temu film nie staje się li tylko jakimś płytkim zaspokojeniem ciekawości, czy sposobem na wzbudzenie w widzu pustego, sentymentalnego współczucia, ale przejmuje do głębi i stawia ważne pytania.
Dla mnie osobiście jest to film w pierwszym rzędzie o możliwości wyboru. Czy powinno się dać komuś możliwość wyboru, jeśli to tylko przysporzy mu cierpień? Czy wolno podejmować decyzje za kogoś? Nawet, jeśli to jest moje własne dziecko? Pytania te są kapitalnie postawione poprzez zarysowanie dwóch postaw przyjętych przez rodziców. Z jednej strony mamy mądrą i piękną parę rodziców Alex, którzy akceptują swoje dziecko w pełni i widzą jego piękno i wyjątkowość tam, gdzie inni z obrzydzeniem odwracają wzrok. Z drugiej strony mamy lekarza i jego banalnie porządną rodzinę, za której poprawnością czai się brak akceptacji i bliskości oraz swoista tyrania (to ojciec decyduje kiedy syn ma się napić - nie biorąc pod uwagę, czy tamten tego chce, czy nie; to ojciec wreszcie w nagłym przypływie szczerości daje do zrozumienia synowi, że ten go niewiele obchodzi i że jest w stanie zaakceptować go tylko pod pewnymi warunkami).
Ten temat bynajmniej nie wyczerpuje wszystkich spraw poruszonych przez ten film. Mamy więc już wolność, akceptację (w wymiarze osobistym, intymnym, jak i społecznym), wychowanie, dojrzewanie - a do tego jeszcze samotność i wreszcie płciowość. W wielkim uproszczeniu: co determinuje naszą płeć - organy, czy mózg? A może mózg jest androgyniczny? A co, gdybyś miał wybór? Czy akceptujesz swoje ciało? Czy nie lękasz się swojej cielesności? Pytania można by mnożyć. Wielkość tego filmu polega i na tym, że te trudne kwestie porusza w sposób dyskretny, z wielką kulturą, bez sensacyjności i wulgarności. I - co chyba jeszcze ważniejsze - bez zbędnej emocjonalności i sentymentalizmu, z wielkim spokojem.

4. Juno
To, co najlepsze w amerykańskim kinie. Ten film przypomniał mi takie perełki kina amerykańskiego, jak chociażby "Junebug", "The Squid and the Whale", "Little Miss Sunshine", "It could happen to you", "Half Nelson", "Sideways", czy tego reżysera "Thank you for smoking" czyli kameralne obrazy, pełne celnych obserwacji obyczajowych, inteligentne (a nawet mądre), które w lekki i ciepły sposób potrafią poruszyć to, co najcenniejsze w człowieku (ale bez sentymentalizmu!), nie stroniące od trudnych tematów, humoru i sporej dawki przewrotności. Mniejsze lub większe arcydzieła, które długo się pamięta i do których chętnie się powraca. Obowiązkowo z plejadą nieopatrzonych, acz znakomitych aktorów w świetnych rolach. Wybuchowy koktajl.

5. Karmel
Arcydzieło kina kobiecego, które zachwyciło i mnie, mężczyznę…












6. Ostrożnie, pożądanie
Ojczyzna czy miłość? Miłość czy pożądanie? Czy dla dobra Ojczyzny zdradziłbyś osobę, którą kochasz? Czy dla osoby, którą kochasz, zdradziłbyś Ojczyznę? A skąd wiadomo, że to, co czujesz rzeczywiście jest miłością? Czy stając przed tym samym dylematem druga strona wybierze tak samo? A skąd wiadomo, że to co czujemy do siebie nawzajem to miłość, a nie tylko pożądanie? Bo jeśli miłość - to aż po grób. Po pożądaniu zostają co najwyżej pomięte prześcieradła.

PS Powyższe dylematy, ciekawa historia (to nic, że nieśpiesznie opowiedziana - lubię takie "staromodne" narracje), porywająca gra aktorska, odwaga realizacyjna, piękne zdjęcia i muzyka, cudna scenografia i kostiumy... Czego chcieć więcej?

7. Orzeł kontra rekin
Bezbłędny! Zauroczył mnie totalnie - od pierwszego kadru do samiutkiego finiszu napisów końcowych. Co tu wiele gadać - rzecz świeża i unikalna. Nawet nie staram się tego z niczym porównywać, choć nasuwają się tu skojarzenia od "Małej miss" przez "Przystanek Alaska" aż do filmów Solondza (sic!), z tym że jest to jeszcze inna jakość niż te wymienione tytuły. Śmiałem się do rozpuku, wzruszyłem i szybko nie zapomnę.




8. HAPPY-GO-LUCKY czyli CO NAS USZCZĘŚLIWIA
Także zauroczył i dał do myślenia. Nietypowy film „dyżurnego smutasa” Mike’a Leigh – jak zwykle ze świetną obsadą i bardzo dobrym scenariuszem.











9. Hallam Foe
Niezwykle sprawnie zrealizowany film na dosyć trudny temat. Mnie dotknął i przekonał.













10. 33 s
ceny z życia
Należy docenić ten film. Przede wszystkim za szczerość i odwagę - reżyserki i aktorów. Nie ma tu żadnej taryfy ulgowej - także dla nas, widzów. Patrzymy na to, czego wcale nie chcielibyśmy oglądać. Myślę, że dla bardzo wielu widzów pewne zachowania i wydarzenia są tak trudne do zrozumienia i zaakceptowania, że wydawać się mogą kuriozalne i aż nieprawdopodobne (dla mnie np. taką sceną był kondukt pogrzebowy na cmentarzu, w którym najbliższa rodzina zmarłego - i nie tylko - ćmiła przez cały czas papierosy. Czy to w ogóle możliwe jest w naszym kraju?). Widać w tym wszystkim jednak pewną konsekwencję autorki. Wydaje się, że jest to szczere świadectwo tego jak tacy, a nie inni ludzie radzą (lub nie radzą) sobie ze śmiercią. A śmierć jest jedną z wielu scen z życia. Ja osobiście odebrałem ten film tak trochę jakbym oglądał "przez szybę" egzemplarze gatunku ludzkiego, które muszą stawić czoła różnego rodzaju przeszkodom - także we wzajemnych relacjach (to wrażenie podkreśliły we mnie ostatnie kadry, gdy widzimy bohaterkę właśnie przez szybę). I chociaż niektóre zachowania były dla mnie nie do końca zrozumiałe, to jednak było to przeżycie jedyne w swoim rodzaju i bardzo pouczające. Wiem, że brzmi to beznadziejnie - chodzi mi po prostu o to, że ja sam nie potrafiłem się wpisać w ten świat, w ten sposób myślenia i reagowania. Pozostaje mi jedynie uwierzyć autorce "na słowo", że jest to uzasadnione i prawdopodobne. I muszę powiedzieć, że jej jednak uwierzyłem. Bo widać tu prawdziwy ból oraz posuniętą do ostatecznych granic i naruszającą różne tabu szczerość (graniczącą niemal z ekshibicjonizmem). Wymagało to niesamowitej odwagi (zwłaszcza w naszym kraju!) - także od aktorów, których gra zapiera dech w piersiach (zachwyca zwłaszcza Małgorzata Hajewska-Krzysztofik i Andrzej Hudziak). I tę szczerość, i tę odwagę naprawdę doceniam i za nie dziękuję.

11. Sweeney Todd: Demoniczny golibroda z Fleet Street
Jeden z najlepszych filmów Burtona! Był to chyba najbardziej przeze mnie oczekiwany film roku. I warto było czekać, by zobaczyć go na dużym ekranie. Jest tu wszystko to, co uwielbiam u Burtona - czasem nawet posunięte do ekstremum ;) Cieszę się, że Tim zdecydował się nakręcić tę historię w formie musicalu. Piosenki Sondheima są niesamowite, a i aktorzy zinterpretowali je i zaśpiewali zaskakująco dobrze. Brawa także dla autora polskiej wersji językowej - miał niełatwe zadanie (niestety oszołomiony filmem wyjątkowo nie zauważyłem kto je wykonał). Wiele by tu pisać o aktorach, zdjęciach, kostiumach, scenografii, humorze, samej historii...



12. Wszystko za życie
Mimo całej otoczki, jaka narosła wokół tego obrazu, będę go jednak bronił. Gdyby ten film był jakąś świecką hagiografią Christophera jako męczennika autentyczności, czy np. ekologii lub antykonsumpcjonizmu, albo gdyby był tylko bezkrytyczną apoteozą wyborów życiowych bohatera, byłby tylko kiczowatym banałem. Na szczęście taki nie jest - Sean Penn potrafił ukazać drugie dno tej prawdziwej historii. Szkoda, że spora część widzów tego nie dostrzega – a i sam dystrybutor sugeruje płytką interpretację filmu przez ten polski tytuł.





13. Rysa

Jak dla mnie jest to film bardzo prawdziwy, a także wstrząsający, co jest zasługą przede wszystkim reżysera, aktorów i scenariusza.











14. Mroczny rycerz
Mroczniejszy niż można by się spodziewać. „Z pewną taką nieśmiałością” przyznam się, że wbił mnie w fotel.











15. W Dolinie Elah
Kolejny film burzący mity. Nie tylko amerykańskie. Bo choć dostaje się w bardzo wyraźny sposób Ameryce, to film broni się też na bardziej uniwersalnym poziomie. Odwieczny problem relacji ojca i syna, chęć dorównania ojcu w męskości, odwadze, doświadczeniu...
Czy "męskie przygody", wojenka i armia naprawdę "ćwiczą charakter"? A może bardziej niszczą, upadlają, wydobywają na wierzch to, co najgorsze w człowieku? To, w jaki sposób film zajął się tymi tematami zasługuje na uwagę. To sam ojciec musi się z tym zmierzyć - i w konsekwencji na starość zrewidować ideały i wartości, którym służył całe życie. Tej gorzkiej drogi nie mógł chyba ukazać lepiej nikt, jak Tommy Lee Jones, który już powoli zaczyna się specjalizować w podobnych rolach (żeby wymienić tylko "Ściganego", "Trzy pogrzeby M. Estrady" czy ostatni "To nie jest kraj dla starych ludzi"). I chociaż film ma pewne niedociągnięcia i momentami zahacza o banał, to jednak mnie poruszył i przejął, a także miło zaskoczył.

16. Meduzy
Udane połączenie poezji i trafnych spostrzeżeń społeczno-obyczajowych. I jeszcze te zdjęcia!













17. Import/Export

Bardzo mocny i okrutny. Podczas seansu momentami miałem już dość. Tak się zastanawiam, czy sam fakt kręcenia takich filmów nie jest już jakimś upokarzaniem człowieka. Patrząc na to wszystko czułem wstyd, złość, żal, smutek... Ale mimo wszystko gdzieś tam majaczyły słabe światełka nadziei - przede wszystkim w głównych bohaterach filmu. Chociażby w scenie "żałoby" przy dziadku - tylko Olga go "opłakała". Albo w ostatecznej postawie Pauliego, który woli odejść i szukać sposobu na godne życie niż dołączyć się do upadlania bezbronnej osoby. I za te nikłe światła pośród nihilistycznego mroku świata przedstawionego w tym przygnębiającym filmie wdzięczny jestem reżyserowi.


18. Tajne przez poufne

Ten film doceniłem nie od razu, ale dopiero parę chwil po seansie. W czasie oglądania film nie zachwycał – pomimo rewelacyjnego aktorstwo (nawet na drugim i trzecim planie) i mnóstwa kapitalnych scen. Filmowi brakowało momentami tempa i polotu, których można się spodziewać po braciach Coen. Jednak po zakończeniu seansu przyszła chwila refleksji. Na pierwszy plan wybija się oczywiście wałkowany od debiutu braciszków motyw eskalacji ludzkiej głupoty i bezrefleksyjności prowadzącej do niepotrzebnych tragedii. Do tego dochodzi konstatacja na temat braku prywatności spowodowanego permanentną inwigilacją wszystkich przez wszystkich. Co jednak sprawiło mi najwięcej satysfakcji w warstwie treściowej filmu, to trafnie wypunktowane i ośmieszone priorytety ludzi epoki konsumpcjonizmu: jak największe konto, seks jako trening/zabawa/rozrywka, obsesja wyglądu, ćwiczenia fizyczne jako sposób na wszelkie bolączki, obłudny seksizm, taniocha telewizyjnej pulpy itd., itp. Tylko jeden człowiek zdaje się wyłamywać z tego kręgu szaleńców – niepozorny Ted, szef siłowni (jak zwykle świetny R. Jenkins), który jako jedyny jest tu normalny. I ta piękna normalność na tle obłędu reszty staje się wręcz szlachetnością. On widzi więcej i patrzy głębiej niż pozostali, ale może to nie powinno dziwić? Był wszak kiedyś osobą duchowną. Jednak i on w końcu daje się wmanewrować w ten obłęd i płaci za to wysoką cenę. Chyba jeszcze w żadnym wcześniejszym filmie Coenowie nie byli aż tak dosadni i konsekwentni w wyśmianiu tych powszechnych i pożądanych społecznie postaw, jakie reprezentują niemal wszystkie postaci w tym filmie (dorzuciłbym smakowitą i celną postać prawnika Tildy Swinton). Wymowę całości dopełnia ironiczny i dwuznaczny tytuł oryginalny filmu. To, co kiedyś było poleceniem zachowania tajemnicy: Burn after reading = Po przeczytaniu spal, dzisiaj rozumiane jest zupełnie na odwrót: Burn after reading = po przeczytaniu wypal. Kiedyś zachowanie sekretu i tajemnicy było cnotą. Dziś rozpowszechnianie sekretów stało się okazją do zysku, a nawet biznesem. Bolesne konsekwencje tego pokazują nam dobitnie bracia Coen. To nic, że w krzywym zwierciadle.

19. Klasa
Kawał solidnej roboty! Bez fajerwerków, za to pełnej niuansów i życiowej prawdy – jakby trywialnie to nie brzmiało.











20. Cztery noce z Anną
Cieszę się niezmiernie, że polską kinematografię stać jeszcze na tak oryginalne i subtelne filmy.













Zaraz poza tą listą znalazły się następujące tytuły:


- Podróż czerwonego balonika
Ten film potrafi urzec. To prawda - momentami wydaje się przydługi, ale ta leniwa narracja pozwala wejść w klimat filmu i najzwyczajniej w świecie... odpocząć. Reżyserowi udała się jedna wielka sztuka - sprawił, że całkowicie uwierzyłem w to, co pokazane zostało na ekranie. Tak, jakbym był Song przypatrującą się temu co dzieje się dookoła; Simonem, który nie wszystko do końca pojmuje, ale dużo wyczuwa; balonikiem, który raz po raz nawiedza te strony i zagląda w okna mieszkania. Temu całkowitemu wejściu w prawdę obrazu nie przeszkodził mi nawet udział gwiazdy - Juliette Binoche jest rewelacyjna w tej roli. Ona nie gra. Ona JEST. Tak też i tego filmu nie należy OGLĄDAĆ, ale po prostu BYĆ razem z bohaterami. Poddać się mu bezwładnie, jak balonik poddaje się prądom powietrza. A więc nie tyle dyskurs, co kontemplacja. I wtedy może uda się odkryć na nowo magię i głębię codziennej normalności.


- Paranoid Park
Praktycznie każdy film Gusa van Santa zasługuje na uwagę. Ten nie jest wyjątkiem.












- Motyl i skafander
„Film-doświadczenie”: jeśli chcesz przekonać się jak to jest być sparaliżowanym, to coś dla ciebie. Fenomenalne zdjęcia Janusza Kamińskiego.











- Przyjeżdża orkiestra
Najwięcej mogą powiedzieć filmy o niczym.













- Across the Universe
Niezniszczalne piosenki Beatlesów w oszałamiającej wizualnie oprawie sprawiają, że ma się ochotę powracać do tego filmu.











- Aleksandra
Babcia pojawia się nagle. Przechadza się po obozie, jak gdyby nigdy nic. Nie wiadomo skąd przychodzi, ani dokąd zmierza. Ale zmienia wszystko wokół. Zdumieni żołnierze wiodą za nią wzrokiem, a nawet idą - sami chyba do końca nie wiedzą dlaczego. Może przypomina im o domu, pozostawionej w nim matce, babci, cioci... Ci mężczyźni tęsknią. Chociaż "pachną jak dorośli", to są tak naprawdę dziećmi tęskniącymi za czułością, dobrocią, dzieciństwem, gdy bezkarnie można było zapleść babcine włosy w warkocz, przytulić, pogłaskać, pocałować, wziąć za rękę. Tymczasem zabawiają się okrutnie w wojenkę pozostawiając wokół zburzone domy, zniszczone rodziny i spustoszone serca. Kawałek po kawałku tracą coś bardzo cennego i ludzkiego - już nawet się nie myją, bo przecież i tak wciąż czołgają się w pyle ziemi jak robaki. Zjawienie się staruszki przypomina im o tym, co cenne. Wydobywa na wierzch ukrytą głęboko wrażliwość. Ta niepokorna, niezależna i silna ruska kobieta - pomimo zaawansowanego wieku - stoi po stronie życia. Ci młodzieńcy - po stronie śmierci.
Film Sokurowa sugeruje też, że na poziomie ideologicznym nie można dojść do porozumienia - "to wszystko nie jest takie proste". Ale na poziomie życia i zwyczajnych ludzkich odruchów - porozumienie, a nawet jedność są możliwe. Ale drogę do tego odnajdują kobiety. Babuszki doświadczone przez los, które posiadły głęboką, choć pewnie nawet nieuświadamianą przez nie do końca mądrość. I wtedy już nieważne, czy to Rosjanka, Czeczenka, czy... Japonka. Kobieta może pokazać drogę.

- Futro
...czyli „Wesele Smarzewskiego 2”. Wiem, że ten film nie został dobrze przyjęty, ja jednak uważam, że to jeden z najciekawszych polskich scenariuszy ostatnich lat. Świetni aktorzy też tu wiele wnoszą.










- Reprise: od początku raz jeszcze...

Aż dziw bierze, że to debiut. Takiej dojrzałości i oryginalności zwykle nie spotyka się u debiutantów.












- Ogrody jesieni
Film bardzo francuski– w najlepszym znaczeniu tego słowa: lekkość i wdzięk, elegancja i smak. Dla koneserów.












- Persepolis
Także bardzo francuski film – jednak w nieco innym znaczeniu. Afirmacja wartości zachodniego, liberalnego społeczeństwa. I nawet to zdystansowane spojrzenie "obcego" na zachodnią kulturę (Marjane w Wiedniu) nie psuje tego założenia - ten dystans zabarwiony ironią i humorem też doskonale wpisuje się w mentalność Zachodu. Do tego jeszcze lęk przed religią, fascynacja komunizmem... Nie chcę, żeby było to zrozumiane jako zarzut dyskwalifikujący całość - film jest dobry. Angażujący, emocjonujący, szczery, uczciwy, porywający. Oczywiście też bardzo prosty i upraszczający pewne skomplikowane kwestie, ale w tej prostocie jest metoda. Ma kilka kapitalnych scen, mnóstwo humoru (nie tylko w treści, czy dialogach, ale i w samym rysunku i przedstawieniu postaci). Do tego wspaniała animacja! Gdy jednak film się kończy, czegoś brakuje. Chyba jednak jest za mało "odświeżający" i odkrywczy. Po prostu trochę oczywistości we frapującym opakowaniu.

- Aż poleje się krew
Mam z nim wielki kłopot. Obiecywałem sobie po nim bardzo wiele i w gruncie rzeczy mnie rozczarował. Mimo wszystko jednak nie chce mnie opuścić. Czy to przez te zdjęcia, muzykę, genialną rolę Daniela Day-Lewisa?










Nie oglądałem jeszcze m. in. następujących tegorocznych premier:

- Spotkania na krańcach świata
- Wyspa
- Gdzie jesteś, Amando?
- Najpierw strzelaj, potem zwiedzaj
- Pociąg do Darjeeling
- Niedźwiadek
- Po-lin: okruchy pamięci
- 12 lat i koniec


MUZYKA

Nie jestem jakimś koneserem muzycznym i nie znam zbyt wielu wykonawców, ale oto moje ulubione płyty 2008 roku:

PŁYTY POLSKIE

1. „Gospel” Lao Che
Tak odświeżającej płyty nie było u nas już dawno. Zabójcza mieszanka lekkości i humoru z powagą, głębią i poezją. Istny majstersztyk!







2. „Osiecka” Nosowska
Pisałem już o niej na tej stronie. Patrz tutaj.









3. „Maria Awaria” Maria Peszek
Rozkosznie bezwstydna i zmysłowa płyta. Ponadto dowcipna i pomysłowa. I chociaż nie zachwyca tak, jak debiutancki krążek, to jednak ma to „coś”, czemu nie mogę się oprzeć.







PŁYTY ZAGRANICZNE


1. Eddie Vedder „Into the wild”
Prawdziwie porywająca płyta. Stare, dobre gitarowe granie, które chwyta za serce. Na Eddiego zawsze można liczyć.








2. The Raconteurs “Consolers of the lonely”
Ta płyta nie powala tak, jak poprzednia, ale te chłopaki gwarantują jednak najwyższy poziom. Nikt nie grał tak szczerze od czasów Nirvany.






3. Portishead “Third”
Długo oczekiwany album jednej z moich ulubionych grup. Po prostu nie mógł być zły - i rzeczywiście nie jest. Portishead nie stracili zdolności zaskakiwania.






4. Beck “Modern Guilt”
Mam słabość do tego gościa od czasów „Odelay”. Dobrze, że wciąż realizuje swoje oryginalne wizje muzyczne. Taka melodyjna awangarda z najwyższej półki.






5. Duffy “Rockferry”

Kawał dobrego popu. Nostalgiczne nastroje przyprawione szczyptą nowoczesności.








6. Goldfrapp “Seventh Tree”

Grupa ewoluuje nieco w stronę dokonań Air i Portishead – i wychodzi im to tylko na dobre.








KSIĄŻKI

Czytam sporo, a spośród przeczytanych przeze mnie książek, wydanych w Polsce po raz pierwszy w 2008 roku, najbardziej podobały mi się:

1. Virginia Woolf „Między aktami”

Wreszcie się doczekaliśmy! Prawdziwe arcydzieło, które zawiera wszystko to, co u Virginii najlepsze.












2. Zbigniew Herbe
rt: "Wiersze zebrane", "Mistrz z Delft" i "Herbert nieznany. Rozmowy"

Ważne i potrzebne publikacje, które nie są na pierwszym miejscu chyba tylko dlatego, że są to poniekąd „odgrzewane kotlety”. A może lepiej powiedzieć „odświeżone i na nowo podane”?


3. Cormac McCarthy "Droga"

Jakimż niesamowitym stworzeniem jest człowiek. Bardzo łatwo się przyzwyczaja. Bardzo łatwo się dostosowuje. Czy to do wygód luksusowego życia, czy też do nieludzkich warunków łagru, obozu koncentracyjnego, wojny… świata po zagładzie.
Mocna i wzruszająca książka Cormaca McCarthy’ego pokazuje taki właśnie świat. Świat nieludzki, w którym jednak człowiek próbuje przeżyć. Wydawałoby się, że w takim świecie – gdzie nie liczy się już nic, gdzie Boga nikt już dawno nie widział – można przeżyć jedynie dzięki okrucieństwu, bezwzględności i atrofii jakichkolwiek uczuć. Czyżby? Okazuje się, że w mroku przetrwali ludzie, którzy niosą ogień. Ci, którzy niosą światło dalej. Ci, którzy w zaduchu beznadziei przekazują oddech tajemnicy starszej od człowieka, „co to przechodzi od człowieka do człowieka przez całe dzieje”. Z ojca na syna.


4. Charles M. Schulz "Fistaszki zebrane 1950 - 1952"


Historyczna publikacja. Ile dla mnie znaczy czytaj tutaj.









5. J. M. Coetzee "Zapiski ze złego roku"


Ten autor po prostu nie może napisać słabej książki. Chociaż tutaj część eseistyczna nie zachwyca, to reszta skutecznie rekompensuje niedosyt. Ja czuję się usatysfakcjonowany.











6. Witold Bereś & Artur "Baron" Więcek "Tischner - życie w opowieściach"

Postać księdza Tischnera bliska mi jest od lat – nic więc dziwnego, że czytając tę książkę aż się wzruszyłem. Odświeżyłem też i ożywiłem naszą „przyjaźń”.










7. Zenon Kruczyński "Farba znaczy krew"

Ważna i mocna książka na temat, który wolimy ignorować i lekceważyć, o którym nie chcemy pamiętać i wolimy nie wiedzieć…