sobota, 2 kwietnia 2011

Co czytam, kiedy nie czytam


Tytuł zaczerpnąłem z tego posta na blogu Miasto książek. Padma pisze w nim o tym, jak niekiedy, pomiędzy lekturami, nachodzi ją ochota, by wrócić do czytanych już wcześniej, a lubianych książek. Moja notka, choć o takim samym tytule, będzie jednak o czymś innym. Ponieważ ja w przerwach między czytaniem książek pożeram straszne ilości prasy (co pochłania zresztą niemały majątek i mnóstwo czasu). Jest to głównie prasa kulturalna, ale zdarza mi się zajrzeć i do innych tytułów. Oto mały przegląd periodyków, które czytam wówczas, kiedy nie czytam.

TYGODNIK POWSZECHNY
Moim zdaniem jest to aktualnie najlepsze pismo ukazujące się w Polsce. Jest to KATOLICKIE PISMO SPOŁECZNO-KULTURALNE, jak głosi podtytuł. I tu od razu istotna uwaga: TP to nie jest pismo religijne tylko właśnie społeczno-kulturalne. Nigdzie indziej nie znajdziecie tak wnikliwych tekstów ze wszystkich dziedzin kultury: o literaturze (znakomity dodatek pt. Magazyn Literacki), sztuce, filmie, muzyce, teatrze, a nawet o tak "niszowych" dziedzinach, jak np. balet. Poza tym sporo o społeczeństwie, historii, czasem o polityce i nauce. Ponadto dużo wywiadów z ciekawymi ludźmi, ciekawe i często dowcipne felietony etc. Teksty na wysokim poziomie i - co dla mnie bardzo ważne - nieraz dosyć długie.

Nie trzeba się bać przymiotnika "katolicki". Owszem, jest tu sporo artykułów na temat Kościoła, wiary i religii, ale nie ma to nic wspólnego z "praniem mózgu w letniej wodzie święconej" (słowa ks. J. Pasierba), jakie lubią nieraz serwować niektóre katolickie media. Ponadto sprawy religijne ukazane są zawsze w szerszym kulturalno-społecznym aspekcie, bardzo często dopuszczając do głosu ludzi o odmiennym zdaniu, niż hierarchia (za co nieraz  pismo zbierało  cięgi). Przyznam, że w Tygodniku widzę jedną z ostatnich oaz wysokiego poziomu refleksji i dyskusji na medialno-kulturalnej pustyni naszego kraju. Jak pisałem już w innym miejscu: Tygodnik Powszechny jest też w naszym kraju bardzo potrzebnym świadkiem tego, że wiara i przynależność do Kościoła katolickiego nie musi wiązać się z odrzuceniem myślenia, wolności, pluralizmu, nie musi łączyć się z mową nienawiści i brakiem kompetencji. Tygodnik pokazuje, że katolicki znaczy powszechny, a bycie katolikiem nie kłóci się z postawą pełną otwartości, zaufania, a jednocześnie krytycznego myślenia – bez wyrzekania się własnej katolickiej tożsamości i ewangelicznych korzeni. Dzięki temu takie wartości jak wiara, chrześcijaństwo, Ewangelia, Kościół mogą zostać dostrzeżone jako jasny punkty i ważne elementy naszej kultury. A tak poza tym to po prostu świetne pismo kulturalne.

FILM
Magazyn ten czytam bez przerwy odkąd z tygodnika stał się miesięcznikiem, tj. od września 1993 r. Film przechodził w tym czasie różne okresy, pełne wzlotów i upadków. Na szczęście ostatnio znów jest na fali wznoszącej. Cieszy mnie, że można tam znaleźć coraz więcej analiz około-filmowych, wywiadów z ludźmi filmu, wyrazistych felietonów. Jest to miesięcznik lekki i przyjemny, który biorę do ręki zawsze wtedy, gdy chcę odpocząć nieco od ciężkiej i poważnej tematyki, która dominuje w innych czytanych przeze mnie czasopismach.



KINO
Miesięcznik filmowy w sumie ciekawszy i bardziej ambitny od wyżej wymienionego. Szkoda, że cały czas balansuje na granicy bankructwa. Publikuje zdecydowanie najlepsze recenzje filmowe w kraju (dorównują im jedynie te z Tygodnika Powszechnego). Są one publikowane także na stronie internetowej pisma, więc warto tam czasem zajrzeć.






PRZEKRÓJ
Bardziej lub mniej dokładnie obserwuję przemiany tego tygodnika od dobrych kilku (a może nawet kilkunastu) lat i muszę przyznać, że w tym okresie nigdy nie był tak interesujący, jak za czasów Katarzyny Janowskiej. To właśnie ona sprawiła, że Przekrój stał się naprawdę ciekawym pismem kulturalnym, z dłuższymi tekstami i dominacją grafiki nad fotografią (także na okładkach). Niestety właśnie ukazał się pierwszy numer z nowym naczelnym (nie wiem czemu odeszła pani Katarzyna). I tygodnik właśnie przechodzi fazę małej rewolucji: zmienił dzień ukazywania się (na poniedziałek), obniżył objętość (do 60 stron) i cenę (3,99 zł) i - co najważniejsze - przeniósł się w dużej mierze do internetu. Efekt możecie zobaczyć tutaj. Akurat te zmiany mi się nie podobają (polecam ciekawy post na ten temat na blogu młodej pisarki), no ale pożyjemy, zobaczymy.


NOWE KSIĄŻKI
Zasłużony miesięcznik (założony w 1949 r.), o nieco archaicznej szacie graficznej, za to za stosunkowo niewielkie pieniądze (8 zł). Stały układ pisma to jeden długi wywiad z pisarzem plus całe mnóstwo rzetelnych recenzji książkowych z wszystkich możliwych dziedzin - i jeszcze parę drobiazgów "około-książkowych" na dodatek. Obowiązkowa lektura każdego mola książkowego.





ZNAK
Miesięcznik, który kupuję tylko wówczas, gdy zaciekawi mnie temat numeru (cena trochę zaporowa: 18 zł). Za to, gdy już kupię dostaję zestaw tekstów który prezentuje dany temat naprawdę wnikliwie i z różnych punktów widzenia. W każdym numerze także recenzje książkowe, eseje, często różne ankiety i rozmowy. Elegancka szata graficzna. Summa summarum: najwyższa półka.




WIĘŹ
Warszawskie pismo nieco podobne do krakowskiego Znaku, ale o odrobinę lżejszym kalibrze i z większą ilością tematyki religijnej. Każdy numer także sprofilowany tematycznie. Ponadto sporo felietonów (w tym zawsze świetne teksty Jerzego Sosnowskiego), recenzji książek i jedna z moich ulubionych rubryk Ksiądz z kobietą w kinie czyli rozmowa o filmach.





ARTEON
Jeden z tych magazynów o sztuce najnowszej, które naprawdę da się czytać. Myślę, że nawet "laik" jest w stanie znaleźć coś ciekawego dla siebie.










ART & BUSINESS
Jedno z najładniejszych i najbardziej eleganckich pism w Polsce (ostatnio też przeszło metamorfozę). Kosztuje niemało (16 zł), ale przynajmniej widzę za co płacę. Znakomitej jakości zdjęcia i teksty na ponad 240 stronach. Oprócz sztuki, sporo na temat kolekcjonerstwa, inwestycji finansowych i biznesu, ale też o designie, modzie etc.






SPOTKANIA Z ZABYTKAMI
Całkiem rzetelny dwumiesięcznik o polskiej sztuce dawnej, ale bywa nieco nudnawy - w zasadzie tylko dla zainteresowanych tą tematyką. Kupuję głównie ze względów "zawodowych". Plus za nową, bardziej elegancką szatę graficzną.







ZESZYTY LITERACKIE
Pismo jak z innej epoki - i pod względem edytorskim i merytorycznym. Kupuję i czytam tylko czasami, gdy zainteresuje mnie większa ilość zamieszczonych materiałów. Nazwiska autorów w kółko te same: Miłosz, Herbert, Zagajewski, Hartwig, Herling-Gruziński, Bieńkowska, Karpiński itp. Tematyka głównie literacka i podróżnicza (och, ta Italia!).






KWARTALNIK ARTYSTYCZNY
Nieco podobny do Zeszytów Literackich - często podobna tematyka i zestaw nazwisk, ale jednak dużo ciekawszy. Brawa za zeszyty tematyczne (Samuel Beckett, Francis Bacon itd.). Na tej stronie można gratis ściągnąć w pdf-ie sporo archiwalnych numerów (legalnie!).







OPCJE
Kolejne pismo, które ostatnio przeszło metamorfozę. Wyszła mu na dobre. Jeden z najciekawszych pod względem graficznym periodyków (to kwartalnik). Długie, wymagające artykuły, wiodący temat numeru i sporo recenzji różnych wydarzeń kulturalnych. Ponad 200 pięknie wydanych stron za marne 6 (słownie: sześć) złotych. Cuda jakie, czy co?





KONTEKSTY (Polska Sztuka Ludowa)
Niech Was nie zmyli podtytuł (to pozostałość po dawno zapomnianych czasach). Pismo antropologiczne składające się z ambitnych esejów "od sasa do lasa" - choć związanych zawsze jakoś z tematem numeru. A te są bardzo różne: Dom, Antropologia miasta, Żywoty zwierząt itd. Znakomici autorzy, ładna szata graficzna, bardzo duża objętość i takaż cena (od 25 do 50 zł).





AUTOPORTRET
Pismo o dobrej przestrzeni - głosi podtytuł (cokolwiek to ma znaczyć). Sporo na temat architektury i urbanistyki, ale nie tylko. Dla przykładu kilka tematów numeru: Dom w Polsce, Nowoczesności, Przestrzenie wirtualne. Raczej krótkie i dosyć zwięzłe teksty, oryginalny format i szata graficzna.






HERITO
O tym periodyku pisałem już tutaj. Niestety drugi numer trochę mniej ciekawy niż pierwszy. Zobaczymy jak będzie dalej.











Sięgam też po inne tytuły, np. RESPUBLICA NOWA, TOPOS, FRAGILE, STRONY, CZAS KULTURY, KWARTALNIK FILMOWY, RYMS, POLITYKA, NEWSWEEK, GOŚĆ NIEDZIELNY, PRZEGLĄD POWSZECHNY i inne. Zawsze je przeglądam, a kupuję, gdy zainteresuje mnie co najmniej kilka tekstów. Podsumowując: nie jest najgorzej. Człowiek interesujący się kulturą ma w czym wybierać. Oczywiście pisma te są dostępne tylko w niewielu wybranych miejscach (co by nie powiedzieć, empiki są w przypadku prasy niezastąpione). Brakuje mi jednak w naszym kraju tygodnika stricte kulturalnego. Trochę dziurę tę próbuje łatać Tygodnik Powszechny i Przekrój, ale to jeszcze nie to. Może by tak wydawać np. taki DWUTYGODNIK na papierze? To by było to, na co czekam.

A Wy jakie czasopisma czytacie?

sobota, 19 marca 2011

Brno


W czasie swoich lutowych podróży zawitałem także do miasta, które nie sądziłem, że kiedyś odwiedzę - czeskie Brno, stolica Moraw. Bardzo pozytywnie mnie ono zaskoczyło. W pewnym sensie można powiedzieć, że Brno było kiedyś w dużej mierze niemieckim, czy też austriackim miastem. W każdym bądź razie to właśnie Niemcy i Austriacy byli tu większością i to oni znacznie przyczynili się do jego rozwoju. Brno próbowało rywalizować z Wiedniem, a skutki tego widać do dzisiaj. 


Zaskoczyły mnie bardzo wielkie i okazałe XIX-wieczne pałace mieszczańskie, kamienice i inne budynki, które jeden przy drugim stoją wzdłuż ulic w centrum. 


Samo miasto zbudowane jest na wzgórzach, na szczycie których górują: neogotycka katedra św. Piotra i Pawła oraz zamek i twierdza Špilberk. 



 


Brno to jednak przede wszystkim przestrzeń i rozmach. Niezwykle szerokie ulice i chodniki, liczne place, skwery i parki, a przy nich olbrzymie, kipiące od dekoracji budynki (także zaskakująco liczne kościoły), posągi i niekiedy fontanny. Co ciekawe, w tej przestrzeni jest stosunkowo mały ruch: nie ma tłumów na chodnikach, ani nieustannego sznura aut na jezdni.




Czasami miałem wrażenie, że miasto "zamrożone" zostało w dwóch epokach: XIX wieku oraz 20-lecia międzywojennego. Do dziś znaleźć tu można budynki i miejsca jakby żywcem wyjęte z tych epok. Na przykład taki dworzec kolejowy. Wielki gmach, z pięknymi zdobieniami (stiuki, kolumny) i wieloma elementami wyposażenia z lat międzywojennych lub do nich nawiązujących. Zauroczyły mnie zwłaszcza kapitalne wałki z rozkładem jazdy pociągów oraz restauracja dworcowa, która wygląda jak plan filmowy dla jakiejś produkcji z czasów międzywojennych (niestety nie zrobiłem tam żadnych zdjęć). W mieście można też znaleźć jeszcze takie kawiarnie i hotele. Zresztą, wzorem Wiednia, miasto słynęło kiedyś z licznych znakomitych kawiarni i chociaż dzisiaj z tej tradycji ostały się zaledwie szczątki, to jednak da się i ona zauważyć w przestrzeni miasta.


Brno mogło zachować taki charakter dzięki temu, że po wojnie socjalistyczne władze czechosłowackie trochę zaniedbały to miejsce, inwestując przede wszystkim w Pradze i Bratysławie. Dzięki temu nie zdążyli specjalnie zeszpecić miasta budowlami w stylu socrealistycznym. I chociaż gdzieniegdzie znajdziemy je i tutaj, to jednak nie wyróżniają się one za bardzo, ale harmonizują nawet z budowlami modernistycznymi lat międzywojennych, których są przecież zwulgaryzowaną wersją. A takich "klasycznych" budynków modernistycznych znaleźć możemy w Brnie sporo, spośród których najsłynniejsza jest willa Tugendhatów Miesa van der Rohe, wpisana na listę światowego dziedzictwa UNESCO (niestety aktualnie trwa tam remont, więc tym razem nie udało mi się jej zwiedzić).


Brno nie ma może jakichś spektakularnych zabytków, czy dzieł sztuki, niemniej jednak jest miastem, które naprawdę może urzec. Ja spędziłem tu cudowny (choć krótki) czas - dzięki uprzejmości moich drogich przyjaciół Oli i Jiříego. Mam nadzieję, że uda mi się tam jeszcze powrócić i trochę lepiej poznać to niezwykłe miejsce. 




sobota, 12 marca 2011

Zadie Smith, Jak zmieniałam zdanie


UWAGA: Lektura najnowszej pozycji autorstwa Zadie Smith grozi tym, że Twoja lista książek do przeczytania i filmów do obejrzenia znacznie się wydłuży. Tak stało się i w moim przypadku. Dzięki tym błyskotliwym "esejom okolicznościowym" nabrałem wielkiej ochoty, by nadrobić zaległości w klasyce - zarówno tej bardziej, jak i mniej znanej (George Eliot, Kafka, Zora Neale Hurston, E. M. Forster, Larkin), a także w literaturze współczesnej (David Foster Wallace), filmach (Filadelfijska opowieść, Bellissima Viscontiego), a nawet serialach telewizyjnych (Steptoe and Son) A to tylko niewielka część nazwisk i tytułów, które padają w tekstach okolicznościowych Zadie.

Zadie Smith

Autorka tego tomu jest piekielnie inteligentna. I nie jest to może jakieś wielkie odkrycie, bo każdy, kto zna jej świetne powieści mógł się o tym przekonać wcześniej, niemniej jednak w esejach tych owa inteligencja i erudycja wręcz lśni i kokietuje. Teksty te są prawdziwą kopalnią błyskotliwych i inspirujących myśli - ja swój egzemplarz mam cały pokreślony ołówkiem. Rozważania Zadie iskrzą się też od humoru, przez co lektura wciąga niesamowicie, co w przypadku esejów nie jest wcale takie oczywiste. Teksty są bardzo różnorodne - od akademickich, niemal naukowych wykładów, poprzez reportaże, wspomnienia, recenzje książek i filmów, po różne osobiste błahostki. Każdy z nich jest jednak dogłębnie przemyślany, o klarownej strukturze, często z pomysłową pointą. Niejednokrotnie rozważania nad jakimś dziełem lub konkretnym twórcą prowadzą do bardziej uniwersalnych konstatacji (np. esej o filmie Bellissima Viscontiego staje się okazją do celnych uwag na temat roli kobiety w społeczeństwie włoskim).


Ostrzegam więc jeszcze raz: uważajcie na książkę Jak zmieniałam zdanie. Ostrzegam, bo wiem, że dla prawdziwych moli książkowych takie ostrzeżenie to najlepsza rekomendacja.

Zadie Smith,  
Jak zmieniałam zdanie. 
Eseje okolicznościowe,
Wydawnictwo Znak, Kraków 2010,
stron 360,
cena okładkowa: 39,90 zł

czwartek, 24 lutego 2011

ERA NOWE HORYZONTY tournée 2011


Po Polsce wciąż jeszcze krąży tournée Era Nowe Horyzonty z najciekawszymi filmami wakacyjnego festiwalu. Co roku są to zawsze obrazy trudne, które nawet w nurcie kina ambitnego są pewną awangardą i eksperymentem. Mają już one swoją wierną publiczność, przygotowaną na różne "dziwności" i niespodzianki. W tym roku jednak nawet i ci widzowie mogą być doświadczeni, bo wydaje mi się, że tytuły AD 2011 są jeszcze bardziej wymagające niż zwykle. Przedstawiam je poniżej w kolejności wartościującej - od najlepszego do najsłabszego. Jednocześnie przepraszam, że w tym roku komentuję je jeszcze krócej niż zwykle.

Zwyczajna historia (Jao Nok Krajok)
reż. Anocha Suwichakornpong


Zasłużony zwycięza tej edycji festiwalu. Tajwański film ukazujący relacje między chłopakiem, który na skutek wypadku zostaje sparaliżowany od pasa w dół z jego opiekunem i otoczeniem. Wbrew pozorom film ten kryje w sobie całą głębię różnych znaczeń. Niektóre z nich zaledwie przeczuwam (np. polityczny) i skądinąd wiem też, że Zwyczajna historia przemawia do widzów na wielorakich poziomach. Dla mnie jest to przede wszystkim opowieść o zmierzeniu się z życiem w chwili obecnej. Bo tak naprawdę istnieje tylko "teraz" - z całym swym bagażem trudnych doświadczeń, bólu, cierpienia, zawiedzionych nadziei, niemożliwości spełnienia, ale też przyjemności dobrego, pikantnego posiłku, lektury, deszczu spadającego na twarz. Względem teraźniejszości można przyjąć wieloraką postawę. Możemy mieć świadomość kosmicznych wymiarów rzeczywistości oraz nieuchronnego końca wszystkiego, ale tak naprawdę liczy się to, co teraz. To życie, które właśnie się zaczyna i to, które trwa - wbrew wszystkiemu. W finale miałem mokre oczy.

Le quattro volte
reż. Michelangelo Frammartino


Wielkie zaskoczenie. Czy uwierzycie, że film absolutnie bez słów opowiadający o staruszku, kozach, drzewie i węglu może być fascynujący? A jednak! Może dlatego, że w gruncie rzeczy jest zupełnie o czymś innym. Film zafascynował chyba też widzów wrocławskiego festiwalu, którzy właśnie jemu przyznali nagrodę publiczności. Kto by pomyślał...

Mama
reż. Nikołaj i Jelena Renard


Kolejny film na Nowych Horyzontach praktycznie bez słów. Momentami wydaje się, jakby reżyserzy testowali cierpliwość i wytrzymałość widza. Warto jednak przetrwać, a nawet poddać się propozycji twórców - aż do przejmującego finału. A film powinni zobaczyć wszyscy chłopi, którzy zastanawiają się co te ich baby robią przez cały dzień siedząc w domu. Oraz ci, którzy nie przestają zastanawiać się nad tym, czym jest miłość.

Hadewijch
reż. Bruno Dumont


Może nie do końca zgadzam się z wszystkimi tezami tego filmu (a może bardziej rozłożeniem akcentów), ale i tak dobrze mi się go oglądało. Zwłaszcza ze względu na wykonawczynię roli tytułowej. A tak w ogóle wolę patrzeć na ten film jako na studium zaburzeń psychicznych niż np. studium religijności. 

I tak nie zależy nam na muzyce
(We Don't Care About Music Anyway)
reż. Cédric Dupire,Gaspard Kuentz


Naprawdę bardzo interesujący dokument eksperymentalny o awangardowej muzyce w Japonii. Nie wiem jakim sposobem, ale mnie uwiódł. Może wysmakowanymi zdjęciami, bezkompromisowością zaprezentowanej sztuki, mocnymi osobowościami bohaterów?

Łagodny potwór - projekt Frankenstein 
(Szelíd teremtés - A Frankenstein-terv)
reż. Kornél Mundruczó


Niemrawa, acz pomysłowa trawestacja Frankensteina Mary Shelley. Ładne zdjęcia.

Wkraczając w pustkę (Enter the Void)
reż. Gaspar Noé


Film, po którym najwięcej się spodziewałem, a który najbardziej mnie rozczarował. Do tego stopnia, że nie waham się nazwać go niewypałem. Śmierć jako ostateczny odlot? Pewnie można i tak. Nie sądziłem jednak, że psychodelia może być tak nudna. Wejście w ten film, to zaiste wkroczenie w pustkę.

*

Choć filmy powyższe stoją na różnym poziomie artystycznym, każdy jeden z nich jest wyjątkowym doświadczeniem dla widza. Skończę tak, jak zwykle: dobrze, że jest jeszcze takie kino i dobrze, że trafia jakoś na nasze ekrany. Rzadko, bo rzadko, ale jednak.

niedziela, 20 lutego 2011

Sztuka najnowsza w Londynie


Przez ostatnie dwa tygodnie trochę podróżowałem i chcę podzielić się z Wami przynajmniej kilkoma wrażeniami z tych wojaży. Mój ostatni pobyt w Londynie upłynął pod znakiem sztuki najnowszej. Najpierw wybrałem się znów do Tate Modern - zarówno po to, by przypomnieć sobie tamtejszą ekspozycję, jak i zobaczyć kolejny projekt w Hali Turbin z prestiżowej Unilever Series. W tym roku jest to skromna, a zarazem spektakularna instalacja najbardziej znanego chińskiego artysty konceptualnego o dźwięcznym imieniu Ai Weiwei. O jego porcelanowych ziarnach słonecznika wiele osób pisało już lepiej niż ja bym to zrobił, dlatego odsyłam do innych tekstów w sieci (np. do tego posta autorstwa Chihiro). Polecam też znakomity katalog wystawy Ai Weiwei: The Sun-flower Seeds wydany przez Tate, z którego można dowiedzieć się wiele nie tylko na temat tej pracy, ale i samego artysty oraz koszmarnej sytuacji życia w chińskim reżimie. Arcyciekawa i momentami wstrząsająca lektura.


We mnie słoneczniki wzbudziły wiele różnych uczuć i myśli, ale jedno było dla mnie szczególnie zaskakujące. Patrząc na dzieło chińskiego artysty obudziło się we mnie przemożne pragnienie posiadania choć jednego ziarenka. To była jakaś oszałamiająca pokusa, by spróbować zabrać ze sobą choć jedno ziarenko z tej niezliczonej liczby. To obsesyjne pragnienie zostało dodatkowo wzmocnione świadomością, że jeszcze nie tak dawno dostęp do tych ziarenek był wolny i swobodnie można je sobie było dotykać. Obawiam się jednak, że jeśli ta "barbarzyńska" ochota na zabranie sobie części pracy do domu przyszłaby na większą ilość odwiedzających, w krótkim czasie pewnie niewiele pozostałoby z tej instalacji w Hali Turbin.

A jeśli już mowa o wstydliwych pragnieniach, to przyznam się do jeszcze jednego. Jestem zadowolony z tego kim jestem, ale gdybym miał wybrać jedną osobę na świecie, z którą chciałbym się zamienić miejscami, byłby to zapewne Charles Saatchi. Jest to współzałożyciel bodajże największej w świecie agencji reklamowej, który za zarobione przez siebie pieniądze tworzy jedną z największych i najciekawszych kolekcji sztuki współczesnej. Swoimi wyborami wylansował już sporą grupę artystów (m.in. Damiena Hirsta i Tracey Emin). Ma on mocne i ciekawe poglądy (o czym można przekonać się z lektury bardzo interesującej książki My Name Is Charles Saatchi And I Am An Artoholic), nie ogląda się na opinie innych i obowiązujące mody (tak naprawdę on sam te mody tworzy). Jego pasja kupowania sztuki nie jest podyktowana chęcią inwestowania pieniędzy, aby zarobić jeszcze więcej. Saatchi to autentyczny miłośnik sztuki, który swoimi pieniędzmi chce wspierać młodych, nieznanych jeszcze artystów oraz przybliżać sztukę szerokiej publiczności (wstęp do jego galerii jest bezpłatny, warto też pobuszować nieco po stronie internetowej galerii). I jeszcze jedno: dla mojej wstydliwej i niepoważnej chęci zamiany miejsc z tym człowiekiem nie bez znaczenia jest fakt, że jest on mężem cudownej, niepowtarzalnej Nigelli Lawson. ;-)


Ale wróćmy do sztuki. Nie wiem jak to się stało, że podczas moich wcześniejszych podróży do Londynu nigdy nie odwiedziłem galerii Saatchiego - po prostu na śmierć o niej zapomniałem. Po kilku nie do końca trafionych lokalizacjach, aktualnie znalazła ona godne dla siebie miejsce w okazałym pałacu, w bardzo ładnej częsci Londynu, obok Sloane Square. Budynek, w którym mieści się galeria tylko z zewnątrz wygląda historycznie. W środku jest to jak najbardziej nowoczesna galeria, o kilkunastu dużych salach, bardzo wygodna do zwiedzania.


W tej chwili znajduje się tam druga część wystawy Newspeak: British Art Now. Prezentuje ona obszerny przegląd sztuki artystów mieszkających i pracujących w Wielkiej Brytanii, choć niekoniecznie pochodzenia brytyjskiego (jest tu np. kilku artystów pochodzących z krajów Europy środkowo-wschodniej, także o polskich korzeniach). Ekspozycja jest przemyślana i klarowna, w każdej sali zebrane zostały dzieła wchodzące ze sobą w dialog: zrówno obrazy, jak i rzeźby oraz instalacje (brak bodajże tylko video-artu). Wystawie towarzyszy bardzo dobry przewodnik w postaci książeczki z reprodukcjami wszystkich zaprezentowanych dzieł, wraz z komentarzami - świetny pomysł, wart naśladowania. Zwiedzanie jest naprawdę olbrzymią przygodą i frajdą. Raz po raz jesteśmy zaskakiwani i poruszani do refleksji. Dzieła są oczywiście na różnym poziomie: bardziej i mniej ciekawe i oryginalne, ale zawsze warte obejrzenia i zatrzymania się przy nich choć na chwilę.

Tak tylko dla przykładu przedstawiam poniżej kilka wybranych dzieł. Wszystkie można zobaczyć w tym miejscu, na stronie galerii - duża część jest tam zaprezentowana z komentarzami.

Anne Hardy prezentuje wyraziste zdjęcia tajemniczych i niesamowitych wnętrz, które sama tworzy od ścian po aranżację i sprzęty. Wzbudzają one wiele pytań i domysłów na temat domniemanej historii tego wnętrza oraz osób je zamieszkujących lub użytkujących.

Anne Hardy, Untitled VI, 2005

Anne Hardy, Drift, 2004

Obrazy Roberta Fry'a nie są może jakoś wyjątkowo oryginalne (kłania się m.in. Cy Twombly i Francis Bacon), ale i tak zrobiły na mnie spore wrażenie. Podobała mi się szczególnie ich swoboda w użyciu różnorodnych narzędzi: od farby olejnej, poprzez akrylową aż do flamastrów - wszystko na jednym płótnie.

 Robert Fry, Purple Study 5, 2009

Spodobała mi się też jedna z prac Anny Barriball. Tajemnicze, ciemne, połyskujące drzwi o dziwnej fakturze, które okazują się być zaledwie odbiciem drzwi prawdziwych wykonanym ołówkiem na papierze. Pomysłowe i zaskakujące.

Anna Barriball, Door, 2004

Sądząc po reakcjach zwiedzających, instalacja Tessy Farmer jest jednym z "hitów" tej wystawy wśród publiczności. To sporych rozmiarów akwarium z rojem drobniutkich owadów, które po przyjrzeniu się im dokładnie okazują się być jakimś fantastycznym rojem walczącego ze sobą wojska. Creepy!



 Tessa Farmer, Swarm, 2004 (fragmenty)

Rzeźby Juliany Cerqueiry Leite są tak niespotykane, dlatego, że zostały wydrążone przez artystkę od środka. To nawet niezła zabawa doszukiwać się odcisków ciała Juliany w  niesamowitej fakturze tych nietypowych rzeźb: tu palce, tam stopa, a to może kolano lub łokieć...

 Juliana Cerqueira Leite, Down, 2008

Juliana Cerqueira Leite w czasie pracy

Obrazy Maaike Schoorel na pierwszy rzut oka wyglądają jak nieco pobrudzone czyste płótna. Uważna obserwacja pozwala jednak rozpoznać jeden, czy drugi kształt (to butelka, to jabłko, a tam jakaś postać!). Po chwili jesteśmy już w stanie rozpoznać jakąś scenę, a być może nawet jakąś historię.

 Maaike Shoorel, The Cruise, 2004

To zaledwie parę przykładów. Podobały mi się też "rzeźby" Steve'a Bishopa, portrety Carli Busuttil, fotografie Idris Khan, instalacja Ximeny Garrido-Lecca, obrazy Grahama Durwarda i wiele innych. Naprawdę polecam. Przy Galerii Saatchi takie Tate Modern wygląda jak jakieś historyczne muzeum pokroju Luwru lub British Museum. ;-)

PS. Moja wizyta w Londynie zaowocowała oczywiście zakupami książkowymi. Nie będę się tu chwalił co kupiłem, ale chcę podziękować Chihiro za polecenie tej księgarni oraz Oxfamu obok. Większość pozycji zakupiłem właśnie tam. Dzięki!