sobota, 5 września 2009

Rzym - kapryśne miasto pokus

Rzym to miasto niemożliwe. Prawie nigdy nie udaje mi się zrealizować planu, jaki sobie wcześniej założyłem. Albo wyjdę z metra na powierzchnię w innym miejscu niż się spodziewałem patrząc wcześniej na plan, albo pogubię się w labiryncie uliczek, albo natknę się na ciekawe rzeczy, o których zapomniałem... Tak, czy siak zawsze coś wyjątkowego można zobaczyć - bez względu na to, czy plan się zrealizuje, czy nie.

W ciągu ostatnich dni widziałem m.in.:

- Muzea Watykańskie - Wreszcie! Naprawdę niesamowite eksponaty i pomieszczenia. Początkowo Muzeum ogromnie mnie zdenerwowało. Przecież tam płynie nieustanna fala ludzi! Tłumy, z jakimi nie spotkałem się w żadnym innym muzeum, wliczając w to te najsłynniejsze (no, może tłum w Wersalu był porównywalny). Naprawdę wielkim wyczynem było dostać się bliżej i zobaczyć Tors Belwederski, czy Grupę Laokoona (zaskoczyły mnie jej niewielkie w gruncie rzeczy rozmiary). Dopiero gdzieś od Kaplicy Sykstyńskiej tłum nieco się rozładowuje i można dalej zwiedzać już nieco spokojniej.


Co wywarło na mnie największe wrażenie? Przede wszystkim Sykstyna. Miałem tam łzy w oczach. To nagromadzenie Wielkich Fresków w pomieszczeniu, które w zasadzie jest zupełnie puste, wywiera zaiste porażające wrażenie. Trudno było stamtąd wyjść.
Poza tym Przemienienie Rafaela - padłem przed nim na kolana (dosłownie). Rozświetlony jakimś nieziemskim blaskiem, mistrzowsko zakomponowany i wykonany obraz - z Chrystusem, którego postać i poza (swoisty kontrapost w powietrzu) naprawdę zapada w pamięć.
Wielkie wrażenie zrobiła na mnie także Stanza della Segnatura. Cóż za przemyślany układ treści i kompozycja obrazów. Cudowna harmonia i siła wyrazu.
Muzeum Pio Cristiano z unikatowymi eksponatami sztuki wczesnochrześcijańskiej oraz arcyciekawą wystawą czasową o św. Pawle. "Ciąg dalszy" Pio Cristiano znaleźć można w Skarbcu Bazyliki św. Piotra: sarkofag Juniusa Bassusa oraz jedna z 12 kolumn z oryginalnej konfesji nad grobem św. Piotra z bazyliki konstantyńskiej, na których wzorował się Bernini wykonując obecny baldachim. Szczególnie ta kolumna dała mi dużo radości. Można podziwiać z bliska jej kunszt i w pełni go docenić, a także przekonać się "na własnej skórze" jak wielkie są jej rozmiary (4 m i 75 cm), które giną w kolosalnych filarach podtrzymujących kopułę bazyliki, gdzie zostało umieszczonych kolejne osiem (pozostałe dwie są w Kaplicy Najświętszego Sakramentu, jedna zaginęła bez śladu).


Z Muzeów Watykańskich dobrze zapamiętałem też m.in. posąg Augusta z Prima Porta, spiralne schody Bramantego oraz zaskakującą kolekcję sztuki współczesnej (m.in. Van Gogh, Bacon (sic!), Gaugain, Leger, Matisse, Chagall, Dali czy uroczy rysunek św. Joanny d'Arc autorstwa Odilon Redona). Swoją drogą to ciekawe jak turyści zachwycający się sztuką starożytności, renesansu i baroku zupełnie obojętnie mijają te obrazy, nawet się nie zatrzymując. A zapewne wzdychają do tych autorów widząc ich dzieła w Paryżu, Londynie czy gdziekolwiek indziej. Tutaj, przy dziełach Rafaela, Michała Anioła, Leonarda da Vinci, Caravaggia, nic one dla nich nie znaczą. Może to być dowód albo na siłę starych artystów i marność tych nowych, albo dowód na ignorancję mas i siłę książkowych przewodników, które nawet słowem nie zająkną się na temat tych obrazów.


- Ekstaza św Teresy Berniniego w S. Maria della Vittoria - Słyszałem, że niektórzy byli nieco rozczarowani stając przed tym dziełem (że niby mała, na żywo nie sprawia tak porażającego wrażenia etc.). Ja jednak byłem w pełni usatysfakcjonowany i o mały włos sam wpadłbym w ekstazę. ;-) Zaskoczyła mnie tylko sama kaplica Coronarich. Nigdy nie widziałem planu tego kościoła i wyobrażałem sobie, że jest to jakieś oddzielne pomieszczenie, tymczasem owa kaplica okazała się zaledwie płytką wnęką. Tak, czy siak całość jest przepiękna - wraz z iluzjonistycznymi lożami towarzyszącymi rzeźbie Teresy i Anioła. A wszystko w pełni dostępne, nie odgrodzone - można podejść bardzo blisko i oglądnąć dokładnie z każdej strony (także to słynne ukryte okno oświetlające rzeźbę). To jedno z tych miejsc, które trzeba w Rzymie odwiedzić.


To są miejsca, które najbardziej mnie dotknęły przez te ostatnie dni, choć widziałem ich więcej (m.in. S. Susanna, Piazza Barberini, Piazza della Repubblica, S. Maria degli Angeli, termy Dioklecjana).

Nie mogłem się powstrzymać i znów zaglądnąłem do księgarni - tym razem wielojęzycznej. Ale czyż można się było oprzeć witrynie, z której spoglądali na przechodniów najwięksi pisarze - w tym moja ukochana Virginia Woolf?

Niestety nie udało mi się znaleźć najnowszej powieści J. M. Coetzeego Summertime (ostatnia część trylogii autobiograficznej). Rzuciło mi się natomiast w oczy zbiorowe kieszonkowe wydanie trylogii Pogranicza Cormaca McCarthy'ego - jeśli pod koniec miesiąca zostaną mi jeszcze jakieś pieniądze, to może się na nią skuszę. Póki co ulegam pokusom sztuk pięknych.

środa, 2 września 2009

Veni, vidi... Roma vincit!

Czas opisać pierwsze dni w Italii. Ponieważ przyleciałem do Rzymu wcześnie rano (w poniedziałek) i miałem za sobą nieprzespaną noc, postanowiłem, że w pierwszy dzień nie ruszę jeszcze na podbój Wiecznego Miasta, ale spokojnie się zaklimatyzuję i odpocznę. Tak też się stało i jedynym moim wypadem w ten pierwszy dzień była wizyta na plaży i kąpiel w cieplutkim morzu.

Drugiego dnia już z samego rana wyruszyłem pociągiem do centrum Rzymu. System ten przetestowałem już w zeszłym roku w Paryżu. Tam też mieszkałem w pewnym oddaleniu od stolicy, gdzie dojeżdżałem pociągiem. Jest to mój ulubiony środek transportu i dodatkowa frajda, bo można sobie w tym czasie przeczytać niejedną książkę (mały zestawik przywiozłem roztropnie ze sobą). Tutaj trochę przykrą niespodzianką było to, że pociąg był niemiłosiernie zatłoczony, pomimo tego, że jeździ co pół godziny.

Wysiadłem na stacji przy Placu św. Piotra, gdyż miałem plany, by na pierwszy ogień zwiedzić Muzea Watykańskie z Kaplicą Sykstyńską. Jest to jedno z tych miejsc, które po prostu muszę zobaczyć i które będę zwiedzał w pierwszej kolejności (pozostałe to m.in. katakumby, Ara Pacis, S. Maria della Vittoria, S. Ivo alla Sapienza i in.). Najpierw chciałem jednak znaleźć biuro turystyczne. Słyszałem bowiem, że istnieje coś takiego jak karta turystyczna, która funkcjonuje jako bilet do większości muzeów w mieście. Rzeczywiście jest coś takiego (tzw. Roma Pass), ale zupełnie mnie to nie zadowoliło i zrezygnowałem z zakupu - zwłaszcza, że miałem już w kieszeni bilet miesięczny na wszystkie środki transportu publicznego i darmowe przejazdy przez 3 dni mnie nie interesowały. Straciłem jednak trochę czasu próbując znaleźć to biuro, a ponieważ wylądowałem pod Zamkiem Anioła, stwierdziłem, że równie dobrze mogę zacząć swoje zwiedzanie stąd. Rozpocząłem więc bez żadnego planu, snując się od jednej budowli do kolejnej, od jednego placu do następnego. Oto co zobaczyłem w ten pierwszy dzień:


- Most i Zamek Anioła (Mauzoleum Hadriana) - most podobał mi się bardzo. Anioły trzymające arma Christi robiły naprawdę duże wrażenie - nic dziwnego, w końcu w ich projektowaniu i wykonaniu maczał palce sam Bernini. Zamek natomiast raczej mnie rozczarował. Nigdy nie byłem specjalnie wielbicielem architektury obronnej, a w środku naprawdę nie było zbyt wiele do zobaczenia. Zaciekawiła mnie w zasadzie jedynie Sala Paolina - bardzo interesujący program ikonograficzny ukazujący cnoty fundatora, papieża Pawła III, w zestawieniu ze scenami z życia św. Pawła i Aleksandra Wielkiego (do tego jeszcze Hadrian i św. Michał Archanioł). Prawdziwa perełka w tym mrocznym i przygnębiającym lochu, jakim jest sam zamek. Niestety inne ciekawe miejsca, jak kaplica Leona X, nie są udostępniane zwiedzającym. W sumie niewiele, jak na tak wysoką cenę biletu (prawie 10 euro).


- kościół S. Giovanni Battista dei Fiorentini - trafiłem tam przypadkowo i okazało się, że jest to miejsce spoczynku Borrominiego! Chciałem wejść do krypty, którą ten zresztą zaprojektował, ale niestety nie udało mi się znaleźć wejścia do niej. Wprawdzie za ołtarzem głównym były jakieś schody w dół, ale wszystko tam było pozamykane. Sam kościół nie jest jakoś wyjątkowo ciekawy, choć fasadę ma dosyć imponującą.



- Oratorium Filipa Nereusza i Chiesa Nuova (S. Maria in Vallicella) - oba budynki łączą się ze sobą dając ciekawy efekt: falująca fasada Oratorium autorstwa Borrominiego i "typowa" fasada rzymskiego kościoła barokowego.Wewnątrz m. in. Rubens i Pietro da Cortona.


- S. Andrea della Valle z imponującą fasadą, kopułą i freskami. Plan podobny do Chiesa Nuova - pokłosie Il Gesu.


- Palazzo Massimo alle Colonne - charakterystycznie wygięta fasada i równie charakterystyczne kolumny, od których pałac wziął swoją nazwę.


- Museo Barracco - mała perełka wśród muzeów Rzymu. Niewielkie, ale zawierające ciekawe eksponaty ze starożytności rzymskiej, greckiej, mezopotamskiej i egipskiej, m.in. rewelacyjna rzeźba rannej suczki, piękne popiersia i figury całopostaciowe etc. Stosunkowa skromność kolekcji pozwala bardziej skupić się na eksponatach i w pełni je docenić. Nie ma tego przeładowania, jakie odczuwa się zwiedzając najsłynniejsze wielkie muzea europejskie.


- Campo dei Fiori - "romantyczna" i tajemnicza postać Giordano Bruno górująca nad straganami z kwiatami, owocami, warzywami...


- Palazzo Farnese - mój ulubiony pałac rzymski. Przepiękna, harmonijna fasada. Szkoda, że Francuzi, którzy są jego właścicielami, nie wpuszczają tak łatwo do środka.


- Palazzo Spada - bogato zdobiony, już nieco manierystyczny dziedziniec; dosyć przeciętna - jak na rzymskie warunki - kolekcja malarstwa nowożytnego; wreszcie prawdziwe cudo, które naprawdę mnie zachwyciło: słynny iluzjonistyczny korytarz Francesco Borrominiego. Naprawdę robi wrażenie! Niestety miła studentka historii sztuki, która mnie oprowadzała, nie pozwoliła mi tam wejść, ale za to sama zademonstrowała mi to cudo perspektywiczne. Jakie było moje zdziwienie, gdy na własne oczy zobaczyłem jak krótki jest w rzeczywistości ten korytarz, jak niskie jest wyjście z niego oraz stojąca tam figura (niskiej Włoszce sięgała ona zaledwie po pas!). Udało mi się nakręcić krótki filmik, ale niestety nie całość, gdyż przewodniczka zaczęła protestować.



- Largo Argentina - starożytny święty okrąg, z kilkoma świątyniami. Nawet ruiny prezentują się okazale. Co ciekawe - jest to ulubione miejsce rzymskich kotów, które przybywają tu zewsząd masami. Pomimo tego, że dziś dba się o to, by je tu nie dopuszczać, sprytne zwierzęta i tak się tam pojawiają. Udało mi się kilka wypatrzyć. Magiczne miejsce.


Oprócz tego udało mi się też zajrzeć do kilku księgarni - to dobre miejsce na przeczekanie siesty, gdy wszystkie kościoły i duża część zabytków są zamknięte na cztery spusty.

Wydawać by się mogło, że dzień się udał - i poniekąd tak było, ale nie do końca. Otóż okazało się, że przy Rzymie, Paryż i Londyn to bułka z masłem! Pod koniec dnia byłem słaby, obolały i skrajnie wyczerpany. Skończyła mnie zapewne temperatura i wilgotność powietrza (po godz. 18-tej temperatura wynosiła 30 stopni - aż nie chcę wiedzieć ile było w ciągu dnia). Tego dnia prawie nic nie jadłem (ech, ta nierozsądna oszczędność!), a w dodatku nabawiłem się bardzo przykrej i bolesnej dolegliwości. Nie będę wchodził w szczegóły - powiem tylko, że przytrafia się ona czasem panom, gdy dużo chodzą w bardzo upalny dzień. To wszystko sprawiło, że wieczorem ledwo mogłem utrzymać się na nogach i już pierwszego dnia pokonany zostałem przez Rzym. Dzisiaj zrobiłem sobie przerwę: kuruję się i nabieram sił, by wkrótce znów ruszyć w trasę - tym razem mądrzejszy i bogatszy w doświadczenia.

niedziela, 30 sierpnia 2009

Wakacje


Po praktykach studenckich i miesiącu pracy, w zeszłym tygodniu rozpocząłem na dobre wakacje (najwyższy czas!). Mam to szczęście, że każdego roku mogę cały wrzesień spędzić w jakimś ciekawym miejscu. W poprzednich latach były to Londyn i Paryż - teraz przyszedł czas na Rzym.


Są to zawsze wyprawy, jakie lubię najbardziej, tzn. samotne i nastawione na sztukę. Niezliczone muzea, galerie, kościoły i wszelkie zabytki. Co ważne - jest to zwiedzane nieśpiesznie, powolne. Mając do dyspozycji cały miesiąc nie ma problemu, by np. poświęcić dzień na jedno muzeum albo po prostu snuć się pół dnia po ulicach, placach i zaułkach. Uwielbiam to!


W Wiecznym Mieście byłem już wprawdzie kilkakrotnie, ale nigdy porządnie go nie zwiedziłem. Tak naprawdę widziałem zatrważająco mało. Tym razem mam zamiar nadrobić zaległości - zaczynając od jutra. Jeśli wystarczy czasu, odwiedzę też okolice Rzymu, np. Tivoli, czy etruskie Cerveteri.

Jeśli tylko będę miał czas i możliwość, to postaram się zamieszczać tu na blogu jakieś krótkie relacje i zdjęcia. Znam jednak swoje ograniczone możliwości i nie będę się pewnie porywał na jakieś kwieciste ekfrazy lub błyskotliwe anegdotki. W ich poszukiwaniu lepiej zajrzeć do Herberta, Muratowa, Pollakówny, Karpińskiego, Iwaszkiewicza i innych. Mam jednak nadzieję, że może uda mi się czasem zdać krótką relację z moich subiektywnych stanów i poruszeń. Bo, że będzie ich sporo, to nie wątpię.

piątek, 21 sierpnia 2009

Mnich i ryba (13)



(kliknij, aby powiększyć)
c. d. n.

poniedziałek, 17 sierpnia 2009

Geje, rozum i wiara


Nigdy nie ukrywałem tego, że Ewangelia oraz wiara katolicka są dla mnie bardzo ważne - są wręcz fundamentalne dla mojej tożsamości. Daleko mi jednak od fanatycznego zacietrzewienia w wierze. Staram się zachować mój umysł otwartym i krytycznym, co w żaden sposób nie kłóci się z moją wiarą. Niemniej jednak, sprawiać może czasami różne “kłopoty”. Kilka punktów oficjalnej nauki Kościoła niełatwo jest mi przyjąć. Nad niektórymi sporo się zastanawiam i próbuję też znaleźć dla nich racje rozumowe. Kiedyś już dzieliłem się na tym blogu swoimi przemyśleniami na temat zasadności użycia prezerwatyw jako ochrony przeciw AIDS w Afryce (zobacz tutaj). Dziś chciałbym poruszyć kwestię, która też nie daje mi spokoju, a mianowicie homoseksualizm.

michelangelo Michał Anioł, Sąd Ostateczny, fragment fresków w Kaplicy Sykstyńskiej
Jak wiadomo Kościół katolicki nie akceptuje związków jednopłciowych i uważa “akty homoseksualne” za grzech i czyn niezgodny z prawem naturalnym. Katechizm Kościoła Katolickiego, w punkcie 2357 podaje:
Tradycja, opierając się na Piśmie świętym, przedstawiającym homoseksualizm jako poważne zepsucie (por. Rdz 19,1-29; Rz 1, 24-27; 1 Kor 6, 9; 1 Tm 1, 10), zawsze głosiła, że "akty homoseksualizmu z samej swojej wewnętrznej natury są nieuporządkowane". Są one sprzeczne z prawem naturalnym; wykluczają z aktu płciowego dar życia. Nie wynikają z prawdziwej komplementarności uczuciowej i płciowej. W żadnym wypadku nie będą mogły zostać zaaprobowane.
Jednocześnie Kościół wyraźnie sprzeciwia się jakiejkolwiek dyskryminacji osób homoseksualnych:
Powinno się traktować je z szacunkiem, współczuciem i delikatnością. Powinno się unikać wobec nich jakichkolwiek oznak niesłusznej dyskryminacji. (KKK 2358)
Raz po raz temat ten, jako bardzo palący i aktualny, pojawia się na łamach wielu katolickich czasopism. I nie chodzi mi tutaj o jakieś napastliwe, nieraz pełne inwektyw i demagogii publikacje Naszego Dziennika czy Frondy, ale o rzetelne teksty, podejmujące spokojny namysł nad tą sprawą, jakie znaleźć można było nie raz na łamach chociażby Więzi lub Znaku (np. Więź nr 7 (525)/2002 i 10 (587)/2007, ; Znak nr 11 (630) 2007).

Two_Men_by_the_Sea_by_Caspar_David_Friedrich Caspar David Friedrich, Dwóch mężczyzn nad morzem
Najbardziej interesuje mnie to, czy stanowisko Kościoła da się poprzeć jakimiś racjonalnymi argumentami. Wydaje się, że takie argumenty muszą istnieć, bo chyba oficjalne stanowisko Kościoła nie może opierać się tylko na uprzedzeniach, czy archaicznych poglądach obyczajowych wziętych żywcem z czasów starotestamentalnych. Rzeczywiście, raz po raz różni przeciwnicy związków homoseksualnych wysuwają swoje “zdroworozsądkowe” argumenty. Okazuje się jednak, że każdemu z nich można postawić jakąś kontrę, która całkiem sensownie ten argument podważa. Oto mała próbka, którą oparłem w dużej mierze na jednym z artykułów, jaki ukazał się w cyklicznym dodatku Miesięcznika Znak, zwanym 1984 (Michał Godzic, Leczenie punktu widzenia, "Znak", nr 4/2006, ss. 182-186).

Argument 1:
Homoseksualizm jest niezgodny z naturą.


Kontra:
Jeśli tak, to dlaczego natura jednak do niego dopuszcza – i to nawet wśród zwierząt? Zresztą, nawet jeśli to patologia, to jest jednak faktem. Co w takim razie z tym faktem począć? Nawet jeśli jest to zaledwie kilka procent populacji, to przecież w liczbach rzeczywistych są to miliony osób. Co z nimi? Mają żyć w dyskryminacji, strachu, odrzuceniu – mimo, że ich skłonność nie jest przez nich wybrana i zawiniona i nie wyrządza nikomu krzywdy?

Rainbow_hair_by_theshyfox
Argument 2:
Homoseksualizm to jest choroba, a więc należy ją leczyć. Co więcej – jest to możliwe, jak pokazuje doświadczenie (por. np. przypadek i terapia Richarda Cohena, która ma sukcesy w granicach 65 %).

Kontra:
Najpoważniejszym błędem w argumen­tacji zwolenników "leczenia" jest orzekanie o całej populacji homoseksualistów na podstawie pacjen­tów, którzy zgłosili się na terapię. Mimo swej oczywistości jest to pomyłka często popełniano przez klinicystów, którzy przy­padki kliniczne traktują jak reprezentatywne dla całej populacji. Nietrudno przecież domyślić się, że na psychoterapię zgłaszają się ludzie cierpiący, nieszczęśliwi, wymagający leczenia - mający problemy ze swoją orientacją seksualną. Takim ludziom oczywiście trzeba pomóc, nie wolno jed­nak wniosków wyciągniętych z tych przypadków odnosić do ludzi nie skarżących się na stan psychiczny - czyli większości homoseksualistów. To u przypadków kli­nicznych wykrywa się syndrom ofiary, skrzywdzenie, patologiczne relacje z rodzi­cami i inne symptomy wspomniane przez zwolenników tego argumentu. Sugerowanie, że występują one także u homoseksualistów zadowolonych ze swojej orientacji, jest ni­czym nieuprawnione.

Opisując tę tenden­cję u niektórych psychologów, Krzysztof Boczkowski (autor książki
Homoseksu­alizm) przywołuje anegdotę o warszaw­skim wenerologu, który no podstawie kon­taktów z pacjentami stwierdził, że wszyscy mieszkańcy Warszawy cierpią no AIDS, kiłę lub rzeżączkę. Inaczej mówiąc: to tok jak­by wyrokować o cechach wszystkich heteroseksualistów, no podstawie tych, którzy leczą się u seksuologa. [Tak na marginesie: taką argumentację stosują też katoliccy przeciwnicy teorii Freuda]

Co zatem z
homoseksualistami nie skar­żącymi się no swoje zdrowie psychiczne? Czy przekonywać ich, że jednak są zabu­rzeni i powinni się leczyć? Czy udowod­niać im ich własną nienormalność?

Ho­moseksualizm od 1973 nie jest uznawa­ny za zaburzenie, co zdaniem niektórych jest wynikiem nacisków lobby gejowskiego. Być może. Warto jednak zauważyć, że niezależnie od rzekomych nacisków homoseksualizm nie mieści się w ramach współczesnej psychopatologii. Elementami przyjętej w psychologii defi­nicji nienormalności są bowiem m.in.: cierpienie, nieprzewidywalność i brak kon­troli. Zachowanie
nienormalne musi w uporczywy sposób zagrażać dobru jed­nostki i społeczeństwa. Zaburzenie sek­sualne diagnozowane jest również, gdy zaburzona zostaje relacja płciowa między dwojgiem ludzi. Żadna z tych definicji nie pasuje do homoseksualizmu (choć oczy­wiście wśród ludzi o tej orientacji też wy­stępują chorzy psychicznie).

Można bezgranicznie uwierzyć w moc współczesnej psychologii i przyjąć zapew­nienia, że istnieją udokumentowane przypadki zmiany orientacji seksualnej. Rzeczy­wiście, przy użyciu odpowiedniej metody (od terapii behawioralnej po oddziaływanie hormonalne) można dziś zmienić wiele ludzkich zachowań. Przy takich założeniach należałoby jednak zgodzić się z tym, że działa to w obie strony - "hetero" można też przerobić na gejów. Czy dowod
ziłoby to nienormalności heteroseksualizmu? To, że coś da się zrobić, nie znaczy, że robić to należy. [por. uwagi Jana Pawła II w encyklice Evangelium Vitae, że jeśli coś jest możliwe technicznie nie znaczy jeszcze, że jest to etyczne].

A_Story_of_Two_Cherries_by_Meropa
Argument 3:
Akty homoseksualne „wykluczają z aktu płciowego dar życia” (KKK 2357)


Kontra:
W takim razie zabrońmy aktów płciowych z osobą bezpłodną (lub między osobami bezpłodnymi – np. w podeszłym wieku).

Argument 4:
Akceptacja homoseksualizmu to jest agresywne promowanie, które przyczynia się do deprawacji dzieci i młodzieży.


Kontra:
Zmiana orientacji seksualnej - o ile w ogó­le możliwa - wymaga skomplikowanych procedur terapeutycznych i silnej motywa­cji pacjenta. Nagle okazuje się jednak, że wystarczy, aby dzieci zobaczyły dwóch panów trzymających się za ręce, a natych­miast stają się homoseksualistami. Nie jest potrzebna terapia behawioralna, poznaw­cza, środki farmakologiczne - żeby zmie­nić orientację, wystarczy popatrzeć na lu­dzi spacerujących ulicą albo na ulotkę informacyjną dla gejów... Zastanawia tyl­ko w takim razie, jak homoseksualiści przetrwali w naszym społeczeństwie. Prze­cież heteroseksualizm "promowany" jest nieustannie na ulicach, w mediach, w szkołach...

Rainbow_by_biroo87
Argument 5:
Dziś legalizujemy homoseksualizm, a jutro pedofilię, zoofilię i inne zboczenia.

Kontra:
Granica między homoseksualizmem a pedofilią czy zoofilią jest niespotykanie wyraźna i nieprzekra­czalna. Nie wyznaczają jej biologia, psy­chologia ani tradycja, tylko moralność. Bowiem stosunek seksualny z istotą, któ­ra nie wyraża na niego zgody - lub wyra­zić jej nie może - to gwałt, czyn naganny moralnie. Predyspozycje psychiczne do niego prowadzące należy zmieniać i w żadnym przypadku nie należy ich spo­łecznie akceptować. Związek homoseksu­alny natomiast opiera się na świadomej zgodzie dwóch dorosłych osób. Różnica jest fundamentalna.

Argument 6: Przecież to jest obrzydliwe! Już sama myśl o tym budzi mój niesmak i obrzydzenie.

Kontra:

Nie mylmy etyki z estetyką! Zapewne budzi też twój niesmak np. myśl o stosunku osób bardzo otyłych, starszych, niepełnosprawnych, czy zwyczajnie nieatrakcyjnych. Te jednak – choć też są pewnym tabu – nie są uważane za coś nagannego i nieetycznego.

rainbow_in_the_sky_by_LittleBlackUmbrella
Argument 7:
No, dobrze. Ale dlaczego, wychodzą oni z tą swoją seksualnością na ulice i tak ją manifestują?

Kontra:
Warto jednak zastanowić się, co rzeczywiście na tej uli­cy prezentują. Trzymają się za ręce, wykrzykują swoje hasła, może czasem się pocałują, coś zaśpiewają. W sferze pu­blicznej nie domagają się prawa do ni­czego więcej. Jeżeli to jest więc "manife­stowanie seksualności", każdy heterosek­sualista manifestuje ją codziennie. Nie przyjmujmy więc podwójnych standardów. Gdyby geje zapragnęli uprawiać seks na ulicach, powinniśmy zakazać im tego, tak samo jak chłopakowi z dziewczyną. Sko­ro tego nie robią, nie oskarżajmy ich o sia­nie zgorszenia.

You___Me____Sand_Dollars_by_ScareyBunny
Konkluzja cytowanego artykułu:
Powtórzmy więc: homoseksualiści po­winni się leczyć! Ale tylko ci, którzy cierpią w związku ze swoją seksualnością. Tak samo jak cierpiący heteroseksualiści. le­czenie wcale nie powinno jednak ozna­czać podejmowania ryzykownych prób zmiany orientacji - w pierwszej kolejności psychoterapeuta powinien pomóc pacjen­towi w akceptacji własnej seksualności. Natomiast gejom i lesbijkom, którzy czują się dobrze ze swoją orientacją, pozwólmy czuć się dobrze także jako pełnoprawnym obywatelom naszego kraju. Wyzbądźmy się też litości i protekcjonalizmu. Nawet tego przesyconego "miłością Bożą".

I jak? Które argumenty przemawiają do Was bardziej? A może warto byłoby coś dopowiedzieć? Bo wychodzi na to, że katolikom pozostaje jedynie argument posłuszeństwa wiary i Pismu świętemu. Choć akurat i do tego ktoś mógłby się przyczepić, twierdząc, że przecież nie wszystko, co głosi Pismo (zwłaszcza w sferze obyczajów) przyjmujemy dziś bezkrytycznie – wystarczy wymienić tylko takie rzeczy jak chociażby starotestamentalna kara śmierci za cudzołóstwo i wiele innych przewinień, albo z listów pawłowych sprawa milczenia kobiet w Kościele, ich zakryta głowa na zgromadzeniach liturgicznych, biskup jako mąż jednej żony etc.

Pobożny katolik przyjmie tradycję i nauczanie Kościoła “bez szemrań i powątpiewań” – zwłaszcza, gdy zgadza się z jego osobistymi przekonaniami. Ale co z niewierzącymi? Jak ma to potraktować świeckie ze swej natury państwo? Czy naprawdę tylko argument wiary katolikom zostaje?