piątek, 14 sierpnia 2009

WWW


Uff... Dziś zrobiło mi się ciepło! Próbuję wejść na swojego bloga, a tu pokazuje mi się BŁĄD WCZYTYWANIA STRONY: Nie odnaleziono adresu. Próbuję na różne sposoby i z różnych linków - nic! Może siadł cały Blogger? Nie, wszyscy inni mają się dobrze! Horror! W końcu okazało się, że do mojego adresu przyłączyły się ni stąd ni zowąd trzy skromne literki www i nagle mój bric-à-brac czynny był tylko pod adresem http://www.bryka-brak.blogspot.com.

Gdy już pozmieniałem wszelkie możliwe linki, okazało się, że wszystko wróciło do normy i teraz blog dostępny jest z obu adresów. Nie jestem zbyt mocny w informatyce i nie lubię takich sytuacji. Mam nadzieję, że Blogger nie będzie już więcej wycinał takich numerów! Czy ktoś wie co to mogło być? A może to wcale nie Blogger, ale np. moja przeglądarka, Mozilla Firefox?

Aby poprawić sobie humor i sprawić, by ten post nie był zupełnie bezużyteczny, zamieszczam świetny filmik. Oj, problemy z techniką są stare jak ludzkość!



I jeszcze jedna sprawa organizacyjna. Obok pojawił się Regał z książkami, gdzie spróbuję zamieszczać sukcesywnie książki, które przeczytałem lub zamierzam przeczytać. Taki fajny bajer informacyjny. Chętnie zdobyłbym podobny widget do filmów. Może ktoś wie, czy jest gdzieś coś takiego dostępne?

Pozdrawiam wszystkich, mając nadzieję, że na razie to koniec problemów.


czwartek, 13 sierpnia 2009

Mnich i ryba (12)



(kliknij, aby powiększyć)
c. d. n.

piątek, 7 sierpnia 2009

Magnificent U2 - Live in Chorzów


Moja obecność na koncercie U2 w Chorzowie niemal do ostatniego dnia wisiała na włosku - chociaż bilety kupiłem w pierwszych minutach po rozpoczęciu sprzedaży. Udało się jednak pojechać i dzisiaj, gdy już odrobinę opadły emocje, mogę napisać parę słów o tym, jak było.

Był to inny koncert niż ten sprzed czterech lat, z trasy Vertigo. Tamten w większym stopniu oddziałał na mnie emocjonalnie, miał też w sobie więcej treści społeczno-politycznej, która od lat jest jedną z rozpoznawalnych cech U2. I chociaż nie obyło się bez tego i w tym roku, to jednak tym razem akcent postawiony został na wielkie show.


Stadion Śląski sprawiał wrażenie, jakby wylądował na nim wielki statek kosmiczny, podobny do pająka, który rozczapierzył swe odnóża nad tłumem ludzi. Tak właśnie wyglądała ta słynna już, wyjątkowa, okrągła scena, o wysokości ponad 40 metrów.


Najbardziej przykuwał wzrok wielki cylindryczny ekran, który - jak się okazało - potrafił wyczyniać różne cudeńka (np. rozrastać się i kurczyć, a także zmieniać swoje położenie). Zresztą cała ta "stacja kosmiczna" miała w zanadrzu wiele różnych sztuczek: dymiła, poruszała niektórymi elementami, wreszcie iskrzyła się feerią świateł.


To była jednak tylko efektowna oprawa. Najważniejsza była muzyka i to, co się działo w jej rytmie. Koncert rozpoczęła seria piosenek z ostatniej płyty No Line on the Horizon - w tym świetne Breathe i Magnificent. Stadion zalała fala dźwięku - tłum szalał. Na dobre jednak wszyscy dali się porwać przy Elevation - ten utwór jest niezastąpiony na koncertach: rozrusza każdego. I właśnie wtedy, gdy publiczność była niemal u szczytu ekstazy, nadszedł tak długo wyczekiwany moment. Pierwsze charakterystyczne dźwięki New Year's Day sprawiły, że cały stadion stał się biało-czerwony. Tym razem chyba każdy obecny machał czymś w odpowiednim kolorze, a wszystko było świetnie widoczne w 360 stopniach.





Też dałem się porwać tej chwili i też łzy płynęły mi po policzkach, mimo że wcześniej nie do końca byłem przekonany do tego pomysłu. Podobał mi się on za pierwszym razem - było to coś spontanicznego, nowego, zaskakującego. Teraz to trochę takie "odgrzewane kotlety", o których wiedzieli wszyscy dużo wcześniej, włączając w to zespół. Szczerze mówiąc miałem nadzieję, że zrobimy jakiś inny gest dla grupy (np. cały stadion zielony podczas Sunday, Bloody Sunday), ale ta patriotyczna idea zwyciężyła. To nic. I tak było pięknie. Polacy po raz kolejny udowodnili, że są świetni, jeśli chodzi o tłumne i masowe podbijanie swoich własnych bębenków.

Gorzej, jeśli chodzi o solidarność z innymi. Pomimo wyraźnego apelu i prośby Bono, mało kto wyciągnął lub założył na twarz rozdawaną przed koncertem maskę z twarzą Aung San Suu Kyi, co miało być wyrazem naszego wsparcia i jedności dla Birmy podczas utworu Walk On. Tego Polacy już nie bardzo czuli. Jeszcze daleko nam do prawdziwej otwartości umysłów i solidarności, która potrafi spojrzeć dalej niż czubek własnego nosa.

Piękny prezent zrobił nam za to Bono podczas utworu One. Na prośbę lidera cały stadion przemienił się w błyskającą tysiącami gwiazd drogę mleczną otaczającą ten statek kosmiczny, pod księżycem w pełni. Po prostu kosmos! Piękna, niezapomniana chwila! Dziękujemy Bono! Także za wszystkie cudowne i ważne słowa, jakie do nas skierowałeś - nie tylko po angielsku, ale nawet w naszym trudnym języku.





Takich niezapomnianych momentów było podczas tego koncertu sporo: życzenia urodzinowe dla The Edge'a (nie obyło się bez szampana), Bono klęczący na scenie i żegnający się znakiem krzyża (porywające wykonanie piosenki Moment of Surrender - dedykowana tu Janowi Pawłowi... 23-mu :D ), rewelacyjny, hipnotyczny i psychodeliczny remix I'll Go Crazy If I Don't Go Crazy Tonight (o wiele lepszy niż oryginał z płyty), młodzi ludzie na scenie podczas Walk On, zabawne i genialne w swej prostocie karaoke podczas Unknown Caller...

We wszystkich tych momentach publiczność reagowała żywiołowo i naprawdę w porządku. Czuć było w powietrzu, że coś zaiskrzyło między wszystkimi zebranymi w tym miejscu. Gdy chłopaki z U2 schodzili ze sceny, widać było, że są podekscytowani, zadowoleni i rozpromienieni.


Jeśli o mnie chodzi - też pełna satysfakcja. Zapewne większy sentyment zostanie mi do poprzedniego koncertu, który przeżyłem silniej. Jednak i ten pozostanie w mojej pamięci na zawsze jako jedna z piękniejszych chwil mojego życia.



Setlista:
Breathe
No Line On The Horizon
Get On Your Boots
Magnificent
Beautiful Day
Elevation
New Year's Day
I Still Haven't Found What I'm Looking For / Stand By Me (snippet)
Stuck In A Moment You Can't Get Out Of
Unknown Caller
The Unforgettable Fire
City Of Blinding Lights / Sgt. Pepper's Lonely Hearts Club Band (snippet)
Birthday (snippet) / Vertigo
I'll Go Crazy If I Don't Go Crazy Tonight (
Redanka Kick the Darkness Remix)/ Two Tribes (snippet)
Sunday Bloody Sunday / Rock The Casbah (snippet)
Pride (In The Name Of Love)
MLK/ Walk On / You'll Never Walk Alone (snippet)
Where The Streets Have No Name / The Whole Of The Moon (snippet)
One
--------
Ultraviolet
With Or Without You
Moment of Surrender

środa, 5 sierpnia 2009

poniedziałek, 3 sierpnia 2009

Jonathan Littell: "Łaskawe"

.
Długo zabierałem się do lektury Łaskawych Jonathana Littella. Przerażała mnie ta książka. Nie tyle swoją objętością (ponad tysiąc stron!), co tematyką, a także głośnymi już opisami przemocy i seksu. Nie byłem też pewien, czy mam ochotę zanurzyć się w zwyrodniałą psychikę nazizsty relacjonującego szczegółowo swoje wojenne poczynania. Doszedłem jednak do wniosku, że tę powieść trzeba przeczytać lub przynajmniej się z nią zmierzyć - bynajmniej nie z powodu jakiejś "ochoty", czy dla przyjemności lektury. Z pewnym niepokojem zabrałem się więc do tego opasłego tomu, co ułatwione jednak zostało przez sugestywny język autora, który pochłania już od pierwszych, rewelacyjnych wprost zdań:

Bracia śmiertelnicy, pozwólcie, że opowiem wam, jak było. Nie jestem twoim bratem, powie mi na to któryś z was, i nie chcę o niczym wiedzieć. I będzie miał rację, bo to jest straszna historia, straszna, lecz budująca, prawdziwa baśń z morałem, możecie mi wierzyć. Pewnie wyda się wam przydługa, w końcu wydarzyło się naprawdę wiele, ale może akurat zbytnio się nie spieszycie, może, szczęśliwie, macie właśnie czas. Zresztą was też ona dotyczy, sami zobaczycie.

Niestety Littellowi nie udaje się zawładnąć czytelnikiem w ten sposób przez całe tysiąc stron. Książka jest dosyć nierówna. Ma momenty naprawdę fascynujące - do nich zaliczyłbym np. teoretyczne rozważania narratora, Maxa Aue, na tematy ideologiczne, dotyczące narodowego socjalizmu, jego motywacji etc. Szczególnie poruszające są epizody ukazujące masowe morderstwa Żydów na Ukrainie, obozy koncentracyjne i ofensywę Rosjan. To prawda, co piszą o tej książce: sporo jest tych słynnych skandalicznych i obrzydliwych opisów (część pt. Aria jest najbardziej odrażającą rzeczą, jaką w życiu czytałem). W większości jednak fragmenty te sprawiają jednak wrażenie epatowania obrzydliwościami na siłę, co czasem się udaje, ale nie zawsze (a tak à propos autor ma chyba jakąś obsesję na punkcie wydalania i wszelkich płynów ustrojowych człowieka). Jeszcze więcej jest suchych i - jak dla mnie - dosyć nudnych "sprawozdań wojennych", które przeradzają się miejscami w spis niemieckich nazwisk ze stopniami wojskowymi lub sprawiają wrażenie fragmentów wyjętych z podręczników historii opisujących sytuację na froncie. Są wreszcie miejsca pisane żywym, potoczystym językiem, które ocierają się o prawdziwą literaturę.

Jednak w gruncie rzeczy książka nie zasługuje na miano "Wielkiej Literatury". Zbyt wyczuwalne jest na tych kartach to, że autor nie zna z autopsji opisywanych wydarzeń, a wszystko opiera na żmudnych badaniach i rekonstrukcjach. Ten jego mozolny research jest zbyt mocno wyczuwalny. Budzi on zasłużony podziw, ale jednocześnie wprowadza pewien element sztuczności i nieautentyczności. Nie zrozumcie mnie źle - nie należę bynajmniej do tych, którzy uważają, że pisać można jedynie o tym, co zna się z własnego doświadczenia. Wielką literaturę poznaję jednak między innymi po tym, na ile autorowi udało się przekonać mnie do tego, co opisuje (dlatego np. tak cenię J. M. Coetzee'go, który potrafi opisać taką np. amputację nogi, głód lub szaleństwo, jakby przeżył to na własnej skórze).

Co się jednak Littellowi udało, to ukazanie kulisów makabrycznych zbrodni II wojny światowej, a także rekonstrukcja myślenia nazistów i ich specyficznego języka. Nie jestem żadnym specjalistą w tej dziedzinie i nie wiem, na ile autor zgodny jest tu z realiami, przyznać jednak trzeba, że to, co zaprezentował w swojej monumentalnej powieści jest naprawdę przekonujące. Jest to spojrzenie na ludobójstwo od strony administracyjno-organizacyjnej, z jej chorą racjonalnością, co tylko uwypukla bestialstwo i wyrachowanie tych zbrodni. Takie ukazanie tych wydarzeń jest dla mnie czymś zupełnie nowym i uważam, że naprawdę potrzebnym.

Łaskawe to może nie arcydzieło, ale w sumie to dobra powieść i nie żałuję, że poświęciłem jej prawie dwa tygodnie (sic!). Wybiła mnie z samozadowolenia, zasiała ziarno niepokoju i zwątpienia w moją własną moralność i człowieczeństwo, pokazała mi też jak łatwo jest ulec fascynacji złem, a nawet jego opisami. Ogarniał mnie wstyd, gdy brnąc przez nudnawe fragmenty książki, niecierpliwiłem się w oczekiwaniu na jakieś dramatyczne wydarzenia, a gdy one się pojawiały, czytałem je z obrzydzeniem, ale i z wypiekami na twarzy. Sam Aue, po jednym ze swoich teoretycznych monologów pisze tak:
Chociaż może, w gruncie rzeczy, wcale was to nie obchodzi. Może, zamiast moich chorych, niejasnych wynurzeń, wolelibyście anegdoty, pikantne historyjki. Sam już nie wiem. Chciałbym opowiadać historyjki, ale, jeśli już, to czerpiąc na chybił trafił z notatek i wspomnień. Mówiłem wam, męczę się, trzeba powoli myśleć o zakończeniu. Poza tym, gdybym miał opowiedzieć cały rok czterdziesty czwarty tak szczegółowo, jak robiłem to do tej pory, to chyba nigdy bym nie skończył. Widzicie, myślę także o was, nie tylko o sobie, w każdym razie trochę mam was na względzie, chociaż są pewne granice, nie zadaję sobie całego tego trudu dla waszej przyjemności, lecz przede wszystkim dla własnej higieny psychicznej - gdy się człowiek za bardzo naje, musi w pewnym momencie wydalić odpady, smród nie smród, nie zawsze jest wybór - wy zaś dysponujecie niekwestionowaną władzą: możecie w każdej chwili zamknąć książkę i wyrzucić ją do kosza, to wasza ostatnia deska ratunku...
Nie chwyciłem tej deski i nie przerwałem lektury. Tak, przerażała mnie ta książka, jeszcze zanim zacząłem ją czytać. Teraz, gdy skończyłem - przeraża mnie jeszcze bardziej.


Cytaty z książki w tłumaczeniu Magdaleny Kamińskiej-Maurugeon, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2008.