niedziela, 20 września 2009

Rzym - miasto świątyń


Podobno w Rzymie jest prawie 500 kościołów. Spośród tych, które widziałem w mijającym tygodniu, chciałbym zwrócić szczególną uwagę na następujące:

- S. Croce in Gerusalemme oraz S. Maria Maddalena - jak dla mnie jedne z piękniejszych fasad w Rzymie (choć rozumiem, że niektórzy mogą kręcić nosami - zwłaszcza na tę drugą). Obie z pierwszej połowy XVIII wieku, znakomite przykłady rzymskiego rokoka z wyraźnym wpływem architektury Borrominiego. Pewnie dlatego tak mi się podobają. :)


- S. Clemente - to już nie miejsce sakralne, ale muzeum, z kasami i tabliczkami z zakazem fotografowania porozstawianymi co dwa kroki. Warto tu zaglądnąć, aby wyraźnie zobaczyć, jak w Wiecznym Mieście narastały na sobie kolejne epoki i cywilizacje. Sam kościół jest w głównej mierze dziełem późno-średniowiecznym, z dodatkami barokowymi (m. in. fasada i wieża). Pod nim znajdują się jednak dwa poziomy, które można dobrze obejrzeć: wczesnochrześcijańska bazylika, a pod nią antyczne domostwa i Mitreum, czyli rodzaj świątyni poświęcony wschodniemu kultowi Mitry, w pewnym czasie mocno rozpowszechnionemu w Rzymie (por. przedstawienia człowieka we frygijskiej czapce zabijającego byka). Bardzo ciekawa wizyta.

- S. Stefano Rotondo - wyjątkowy, starożytny kościół: taka bazylika obrócona wokół własnej osi, bazylika na planie centralnym. Robi duże wrażenie, i to w zasadzie samą architekturą, gdyż jest bardzo surowy i niemal pozbawiony ozdób (nie licząc dużo późniejszych, wyblakłych fresków).


- S. Ignazio di Loyola - jeśli chcesz zobaczyć na czym polegała kontrreformacja i poczuć jej ducha, musisz odwiedzić ten olbrzymi jezuicki kościół. Chyba żadna świątynia nie wprowadziła mnie w stan takiego oszołomienia z domieszką zachwytu i trwogi, jak kościół św. Ignacego Loyoli. Doprawdy fascinosum et tremendum. Nawet kolosalna bazylika św. Piotra, dzięki swym przemyślanym proporcjom, nie przytłacza tak, jak ten kościół z jego przestrzenią, bogatymi i licznymi kaplicami i ołtarzami, a nade wszystko monumentalnymi freskami Andrea Pozzo. Tryumfalna apoteoza wiary. Patrz i drżyj! Oto jedyny, prawdziwy Kościół katolicki!
PS. Przed kościołem niewielki, ale bardzo ładny plac św. Ignacego o teatralnym wręcz układzie (Najlepiej prezentuje się sprzed drzwi wejściowych do kościoła. Niestety mój aparat nie objął go w całości, więc fotki nie będzie. Zamiast tego ściągnięta z sieci prezentująca fresk sklepienia nawy głównej).


- S. Agostino - bazylika św. Augustyna nie jest specjalnie oblegana przez turystów, chcociaż położony jest tuż obok Piazza Navona. Częściej zaglądają tu pobożni Rzymianie i pielgrzymi, aby pomodlić się przy relikwiach św. Moniki lub przy słynnej figurze Madonny del Parto Jakuba Sansovino, której ciężarne kobiety zawierzają swoje nienarodzone jeszcze dzieci i sam nadchodzący poród. Rzeczywiście, nie znajdziemy tu zbyt wiele słynnych dzieł sztuki: "zaledwie" jeden fresk Rafaela (prorok Jeremiasz na filarze) i jeden Caravaggio czyli Madonna z Loreto (tzw. Madonna Pielgrzymów), co nie jest tak wiele, zważywszy na to, że nieopodal znajduje się kościół S. Luigi dei Francesi z cyklem trzech wyśmienitych obrazów ze scenami z życia św. Mateusza. Kościół św. Augustyna ma za to mnóstwo obrazów, rzeźb, ołtarzy, nagrobków i płaskorzeźb na bardzo przyzwoitym poziomie. Sprawiło mi dużo radości obcowanie ze znakomitymi i niejednokrotnie zaskakującymi dziełami, które nie są znane, a za to pozwalają docenić kunszt tych mniejszych, nie tak słynnych artystów. W tym kościele trudno byłoby znaleźć kicz lub słabą artystyczną robotę, które - o dziwo - można znaleźć nawet w niektórych słynnych kościołach Rzymu.



- S. Francesco a Ripa - jedna z wielu świątyń na malowniczym Zatybrzu (które przypominało mi bardzo paryski Montmarte). W kościele tym najbardziej podobały mi się rzeźby. Przede wszystkim słynny nagrobek bł. Ludovici Albertoni Berniniego, a także skrzydlate kościotrupy w dwu innych.


- S. Ivo alla Sapienza - na koniec zostawiłem jeden z najpiękniejszych i najwspanialszych kościołów, jakie widziałem w życiu. Trudno się tam dostać (budynek jest dostępny dla zwiedzających tylko przez dwie godziny w tygodniu), ale warto się tam udać w wyznaczonym czasie. Na stosunkowo niewielkiej przestrzeni dziedzińca uniwersytetu La Sapienza znajduje się to arcydzieło architektury, jedno z największych dokonań Francesco Borrominiego. To kościół, który działa w zasadzie mocą samej tylko architektury. Pozbawiony jest niemal obrazów, rzeźb i dekoracji. Zawiera w sobie jednak głęboką symbolikę. Od nietypowego planu (opartego na gwieździe Dawida), poprzez wzór na posadzce, skąpe elementy dekoracyjne aż po jedyną w swoim rodzaju kopułę i latarnię w formie korony, cały głosi chwałę Bożej Mądrości i jest jej apoteozą (a także trzech kolejnych papieży). Jest także najlepszym dowodem na to, że barok wcale nie polega na złoceniach, polichromii i bogactwie zdobień, które to przekonanie wciąż pokutuje w potocznym rozumieniu. Cudowna budowla, w której zakochałem się od pierwszego wejrzenia, jeszcze z fotografii i wykładów na uczelni. Teraz miałem to szczęście, by skonfrontować moją miłość z rzeczywistością. Rzeczywistość wyszła oczywiście z tej konfrontacji obronną ręką, a miłość tylko się utwierdziła. :)


Chciałoby się jeszcze napisać o takich kościołach, jak np. S. Sabina, S. Lorenzo fuori le mura, S. Cecilia in Trastevere, S. Pietro in Montorio, S. Agnese in Agone i wielu innych. Ale jak mówi mądre przysłowie: "Co za dużo, to nie zdrowo". Włosi mają na to jedno bardzo użyteczne słowo: Basta!

sobota, 12 września 2009

Rzym - zachwyty i uniesienia


Jest dobrze. W ciągu intensywnie przeżytych dwóch tygodni pobytu w Rzymie, udało mi się już zobaczyć większość rzeczy, na których mi zależało. Wprawdzie do końca zostało jeszcze trochę, ale przynajmniej wiem, że nie muszę się spieszyć, bo powinienem ze wszystkim spokojnie zdążyć. Nie ma sensu wyliczanie tutaj wszystkiego, co widziałem, napiszę więc o tym, co było dla mnie szczególnie ciekawe i dało mi wyjątkowo dużo radości.

- Galeria Doria Pamphilj - dotarłem tam jeszcze przed otwarciem i wszedłem jako pierwszy. Dopiero po dłuższej chwili pojawili się kolejni zwiedzający, a i tak było ich niewielu. Co za ulga po zatłoczonych Muzeach Watykańskich! Pierwsza sala, bardzo obszerna, zaskoczyła mnie. Sprawiała wrażenie nie sali wystawowej, ale jakiegoś magazynu lub składu antyków i dzieł sztuki, czegoś na wzór "gabinetów osobliwości". Antyczne popiersia sąsiadowały tu z barokowymi rzeźbami i renesansowymi obrazami. W tym nieco chaotycznym zbiorowisku kilka perełek, np. płótna Caravaggia. Najbardziej zauroczył mnie jednak wczesny obraz Tycjana Salome z głową św. Jana Chrzciciela. To jedno z tych dzieł, które zdecydowanie zyskują w kontakcie bezpośrednim (kolejnym będzie Miłość niebiańska i ziemska tegoż autora w Galerii Borghese). Cóż za hipnotyczna siła w tym zestawieniu trzech twarzy: zamyślonej Salome, sługi patrzącej z zaciekawieniem na Panią, wreszcie martwego, charakterystycznego profilu św. Jana, z włosami delikatnie opadającymi na ramię trzymającej misę kobiety.

Kolekcja Pamphilj jest naprawdę imponująca - te wszystkie Breughele i Jordaensy, Lippi i Lotto i wreszcie prawdziwa chluba: słynny Portret Innocentego X pędzla Velasqueza. Moje oczekiwania co do tego obrazu były tak wysokie, że gdy mój wzrok padł wreszcie na to słynne płótno, poczułem małe rozczarowanie. Zamiast krwistej purpury, jakaś taka blada kolorystyka. Na szczęście było to tylko pierwsze wrażenie - bardzo mylące. Wystarczyło, że spojrzałem w twarz papieża i jego spojrzenie, a momentalnie zdrętwiałem i chyba po raz pierwszy w życiu patrząc na obraz poczułem autentyczny, paraliżujący strach. Czułem się jak mała, szara myszka przed hipnotyzującym ją wężem. Trwałem tak chwilę, a wzrok oderwać mogłem tylko dzięki stojącemu obok popiersiu tegoż papieża. To dzieło samego Berniniego. Najbardziej zadziwił mnie kunszt rzeźbiarza ukazany w mocecie duchownego. Odruchowo chciałem wręcz poprawić niedokładnie zapięty guzik papieża, dopóki nie uświadomiłem sobie, że mam przecież przed sobą zimny biały marmur. Majstersztyk!
W galerii tej można zobaczyć jeszcze sporo rewelacyjnych dzieł, ale o nich już pisał nie będę. Całość sprawia bardzo pozytywne i familiarne wręcz wrażenie. Czułem się tam, jakbym wpadł w odwiedziny do starego znajomego, który oprowadzał mnie po swoich włościach. Czułem się tam naprawdę jak gość, a nie jak intruz - co odczułem w kolejnej prywatnej galerii Rzymu, o której poniżej.

- Galeria Borghese - tak, to w niej właśnie czułem się jak nieproszony gość, który sprawia kłopot rodzinie, chcąc zobaczyć cudowności, jakie ta zgromadziła. Aby się tam dostać, bilet trzeba kupić lub zamówić z wyprzedzeniem. Aby wejść do środka, trzeba przejść przez szereg bramek i stanowisk, gdzie konfiskują wszystkie twoje rzeczy (z aparatem fotograficznym na czele). Zanim spokojnie zdążysz przejść wszystkie sale, już dosyć niegrzecznie cię wypraszają. Wszędzie jakieś wywieszki, nakazy i zakazy (nawet w zadziwiająco beznadziejnych łazienkach). Warto jednak to wszystko wycierpieć by zobaczyć na własne oczy genialne rzeźby Berniniego, o których nie będę pisał, gdyż brak mi słów. Do tego przecudowne obrazy w Pinakotece (Rafael, Tycjan, Caravaggio, Perugino, Cranach i wielu innych). To po prostu trzeba zobaczyć! Obowiązkowy punkt programu dla każdego odwiedzającego Wieczne Miasto!

PS Na plus galerii muszę zaznaczyć bardzo dobry i rzeczowy komentarz Audioguide (zresztą w Doria Pamphilj podobnie).


- Kościół S. Pudenziana - znany chyba tylko "wtajemniczonym" starożytny chrześcijański kościół "titulusowy", niedaleko S. Maria Maggiore, w którym znajduje się najstarsza zachowana mozaika zdobiąca apsydę. Mozaika o ważnej i bardzo ciekawej wymowie - naprawdę wspaniała i do dziś robi olbrzymie wrażenie, pomimo tego, że została nieco obcięta w XVI wieku. Bardzo się cieszę, że mogłem ją na żywo zobaczyć. Mała zagadka: kim są kobiety trzymające wieńce nad głowami apostołów Piotra i Pawła? Skąd wiemy jak je interpretować?


- Piazza Navona - jak dla mnie to najpiękniejszy z placów Rzymu, o ile w ogóle można tak powiedzieć o jakimkolwiek rzymskim placu, gdyż każdy ma swój niepowtarzalny urok i inny charakter (np. plac św. Piotra jest zupełnie osobny ze swoim oficjalnym i nieco onieśmielającym charakterem). Gdy wszedłem na Piazza Navona niemal w samo południe, zostałem dosłownie oślepiony bielą fasad i słynnych fontann. Nie spodziewałem się tego! Na wszystkich zdjęciach jakie widziałem, kościół S. Agnese in Agone na ciemną, brunatną (a raczej brudną) fasadę. Teraz jest ona świetlisto-biała - co jeszcze potęguje padające na nią słońce. Fontanny mnie zachwyciły! Cóż za żywioł! A całość placu przepięknie i harmonijnie zakomponowana. Siedziałem tu ponad godzinę i jeszcze nie raz wstępowałem podczas moich spacerów.


- Ara Pacis Augustae - sam już nie wiedziałem czym zachwycać się bardziej: samym muzeum, które jest perełką architektury modernistycznej i wzorem nowoczesnej ekspozycji, czy tym jednym jedynym "eksponatem", jaki ono prezentuje. Zresztą popatrzcie sami.

PS. To nie ja jestem na zdjęciu. ;)
PPS. Do tego wszystkiego w sklepiku muzealnym mała niespodzianka. Obok zwyczajowych pamiątek i książek, które spotkać można w każdym jednym sklepie tego rodzaju, obszerna sekcja książek o architekturze współczesnej i designie, a także wybór designerskich przedmiotów (w zastraszających cenach oczywiście). Bardzo trafny pomysł!

- S. Carlo alle Quattro Fontane oraz S. Andrea al Quirinale - jako wielki fan architektury Francesco Borrominiego nie mogłem sobie darować S. Carlino. Przepiękna kopuła, bardzo ciekawy plan, rewelacyjny krużganek i ta dynamiczna, jedyna w swoim rodzaju fasada! Przy tej samej ulicy, zaledwie parę kroków dalej, kościół S. Andrea al Quirinale zaprojektowany przez największego rywala Borrominiego, jakim był Gian Lorenzo Bernini. Dwa wielkie, genialne dzieła tuż obok siebie - wyraźnie ze sobą rywalizujące. Czy zasadne jest pytanie o palmę pierwszeństwa? A tak w ogóle, to byłem zrozpaczony, gdy okazało się, że cała fasada Berniniego przykryta jest aktualnie rusztowaniem, spod którego wypływają jedynie charakterystyczne schody. Tylko te schody mogłem zobaczyć.


- S. Maria del Popolo - to "ten trzeci" (a raczej pierwszy) kościół przy ruchliwym, niesamowitym Piazza del Popolo, tuż przy bramie. Łatwo go ominąć i zignorować, gdyż niczym się specjalnie nie wyróżnia. Warto jednak wejść do wnętrza, by zobaczyć in situ dwa świetne obrazy Caravaggia: Męczeństwo św. Piotra oraz Nawrócenie św. Pawła. Dopiero widząc sposób ich umieszczenia, w pełni rozumiemy zamysł malarza i zastosowane przez niego śmiałe skróty perspektywiczne. Miodzio! ;)


- Katakumby - Nareszcie! Spełniło się jedno z największych marzeń mojego życia. Wreszcie mogłem zstąpić w miejsce tak ważne dla życia pierwszych chrześcijan i dla historii Kościoła w ogóle (choć nie tylko). To tutaj zaczęła się tak naprawdę sztuka chrześcijańska. Wreszcie mogłem osobiście przeciskać się wąskimi korytarzami, poczuć ten charakterystyczny zapach, dotknąć nagą dłonią skał i ziemi, a nawet wynieść ze sobą mały kamyczek. Była to więc oczekiwana chwila, a jednak nieco rozczarowująca. Dlaczego? Jakże mało oni pokazują zwiedzającym! Tyle co nic! Nie widziałem prawie żadnych malowideł, o których tak skrupulatnie się uczyłem z mądrych książek. Naprawdę mnie to rozczarowało! Póki co, byłem tylko w katakumbach Kaliksta, Domitylli i Sebastiana przy Via Appia Antica. Jeśli wystarczy mi czasu, spróbuję się wybrać jeszcze np. do Priscilli. Boję się jednak, że znów niewiele zobaczę.
Zwiedzanie tych katakumb, cała infrastuktura turystyczna, wreszcie przewodnicy i zwiedzający zasługują na dłuższą notatkę. Nie chcę już jednak przedłużać, bo obawiam się, że i tak już wystawiam na próbę cierpliwość i nerwy drogich czytelników tego bloga. Może kiedyś do tego wrócę? Póki co - basta!

sobota, 5 września 2009

Rzym - kapryśne miasto pokus

Rzym to miasto niemożliwe. Prawie nigdy nie udaje mi się zrealizować planu, jaki sobie wcześniej założyłem. Albo wyjdę z metra na powierzchnię w innym miejscu niż się spodziewałem patrząc wcześniej na plan, albo pogubię się w labiryncie uliczek, albo natknę się na ciekawe rzeczy, o których zapomniałem... Tak, czy siak zawsze coś wyjątkowego można zobaczyć - bez względu na to, czy plan się zrealizuje, czy nie.

W ciągu ostatnich dni widziałem m.in.:

- Muzea Watykańskie - Wreszcie! Naprawdę niesamowite eksponaty i pomieszczenia. Początkowo Muzeum ogromnie mnie zdenerwowało. Przecież tam płynie nieustanna fala ludzi! Tłumy, z jakimi nie spotkałem się w żadnym innym muzeum, wliczając w to te najsłynniejsze (no, może tłum w Wersalu był porównywalny). Naprawdę wielkim wyczynem było dostać się bliżej i zobaczyć Tors Belwederski, czy Grupę Laokoona (zaskoczyły mnie jej niewielkie w gruncie rzeczy rozmiary). Dopiero gdzieś od Kaplicy Sykstyńskiej tłum nieco się rozładowuje i można dalej zwiedzać już nieco spokojniej.


Co wywarło na mnie największe wrażenie? Przede wszystkim Sykstyna. Miałem tam łzy w oczach. To nagromadzenie Wielkich Fresków w pomieszczeniu, które w zasadzie jest zupełnie puste, wywiera zaiste porażające wrażenie. Trudno było stamtąd wyjść.
Poza tym Przemienienie Rafaela - padłem przed nim na kolana (dosłownie). Rozświetlony jakimś nieziemskim blaskiem, mistrzowsko zakomponowany i wykonany obraz - z Chrystusem, którego postać i poza (swoisty kontrapost w powietrzu) naprawdę zapada w pamięć.
Wielkie wrażenie zrobiła na mnie także Stanza della Segnatura. Cóż za przemyślany układ treści i kompozycja obrazów. Cudowna harmonia i siła wyrazu.
Muzeum Pio Cristiano z unikatowymi eksponatami sztuki wczesnochrześcijańskiej oraz arcyciekawą wystawą czasową o św. Pawle. "Ciąg dalszy" Pio Cristiano znaleźć można w Skarbcu Bazyliki św. Piotra: sarkofag Juniusa Bassusa oraz jedna z 12 kolumn z oryginalnej konfesji nad grobem św. Piotra z bazyliki konstantyńskiej, na których wzorował się Bernini wykonując obecny baldachim. Szczególnie ta kolumna dała mi dużo radości. Można podziwiać z bliska jej kunszt i w pełni go docenić, a także przekonać się "na własnej skórze" jak wielkie są jej rozmiary (4 m i 75 cm), które giną w kolosalnych filarach podtrzymujących kopułę bazyliki, gdzie zostało umieszczonych kolejne osiem (pozostałe dwie są w Kaplicy Najświętszego Sakramentu, jedna zaginęła bez śladu).


Z Muzeów Watykańskich dobrze zapamiętałem też m.in. posąg Augusta z Prima Porta, spiralne schody Bramantego oraz zaskakującą kolekcję sztuki współczesnej (m.in. Van Gogh, Bacon (sic!), Gaugain, Leger, Matisse, Chagall, Dali czy uroczy rysunek św. Joanny d'Arc autorstwa Odilon Redona). Swoją drogą to ciekawe jak turyści zachwycający się sztuką starożytności, renesansu i baroku zupełnie obojętnie mijają te obrazy, nawet się nie zatrzymując. A zapewne wzdychają do tych autorów widząc ich dzieła w Paryżu, Londynie czy gdziekolwiek indziej. Tutaj, przy dziełach Rafaela, Michała Anioła, Leonarda da Vinci, Caravaggia, nic one dla nich nie znaczą. Może to być dowód albo na siłę starych artystów i marność tych nowych, albo dowód na ignorancję mas i siłę książkowych przewodników, które nawet słowem nie zająkną się na temat tych obrazów.


- Ekstaza św Teresy Berniniego w S. Maria della Vittoria - Słyszałem, że niektórzy byli nieco rozczarowani stając przed tym dziełem (że niby mała, na żywo nie sprawia tak porażającego wrażenia etc.). Ja jednak byłem w pełni usatysfakcjonowany i o mały włos sam wpadłbym w ekstazę. ;-) Zaskoczyła mnie tylko sama kaplica Coronarich. Nigdy nie widziałem planu tego kościoła i wyobrażałem sobie, że jest to jakieś oddzielne pomieszczenie, tymczasem owa kaplica okazała się zaledwie płytką wnęką. Tak, czy siak całość jest przepiękna - wraz z iluzjonistycznymi lożami towarzyszącymi rzeźbie Teresy i Anioła. A wszystko w pełni dostępne, nie odgrodzone - można podejść bardzo blisko i oglądnąć dokładnie z każdej strony (także to słynne ukryte okno oświetlające rzeźbę). To jedno z tych miejsc, które trzeba w Rzymie odwiedzić.


To są miejsca, które najbardziej mnie dotknęły przez te ostatnie dni, choć widziałem ich więcej (m.in. S. Susanna, Piazza Barberini, Piazza della Repubblica, S. Maria degli Angeli, termy Dioklecjana).

Nie mogłem się powstrzymać i znów zaglądnąłem do księgarni - tym razem wielojęzycznej. Ale czyż można się było oprzeć witrynie, z której spoglądali na przechodniów najwięksi pisarze - w tym moja ukochana Virginia Woolf?

Niestety nie udało mi się znaleźć najnowszej powieści J. M. Coetzeego Summertime (ostatnia część trylogii autobiograficznej). Rzuciło mi się natomiast w oczy zbiorowe kieszonkowe wydanie trylogii Pogranicza Cormaca McCarthy'ego - jeśli pod koniec miesiąca zostaną mi jeszcze jakieś pieniądze, to może się na nią skuszę. Póki co ulegam pokusom sztuk pięknych.

środa, 2 września 2009

Veni, vidi... Roma vincit!

Czas opisać pierwsze dni w Italii. Ponieważ przyleciałem do Rzymu wcześnie rano (w poniedziałek) i miałem za sobą nieprzespaną noc, postanowiłem, że w pierwszy dzień nie ruszę jeszcze na podbój Wiecznego Miasta, ale spokojnie się zaklimatyzuję i odpocznę. Tak też się stało i jedynym moim wypadem w ten pierwszy dzień była wizyta na plaży i kąpiel w cieplutkim morzu.

Drugiego dnia już z samego rana wyruszyłem pociągiem do centrum Rzymu. System ten przetestowałem już w zeszłym roku w Paryżu. Tam też mieszkałem w pewnym oddaleniu od stolicy, gdzie dojeżdżałem pociągiem. Jest to mój ulubiony środek transportu i dodatkowa frajda, bo można sobie w tym czasie przeczytać niejedną książkę (mały zestawik przywiozłem roztropnie ze sobą). Tutaj trochę przykrą niespodzianką było to, że pociąg był niemiłosiernie zatłoczony, pomimo tego, że jeździ co pół godziny.

Wysiadłem na stacji przy Placu św. Piotra, gdyż miałem plany, by na pierwszy ogień zwiedzić Muzea Watykańskie z Kaplicą Sykstyńską. Jest to jedno z tych miejsc, które po prostu muszę zobaczyć i które będę zwiedzał w pierwszej kolejności (pozostałe to m.in. katakumby, Ara Pacis, S. Maria della Vittoria, S. Ivo alla Sapienza i in.). Najpierw chciałem jednak znaleźć biuro turystyczne. Słyszałem bowiem, że istnieje coś takiego jak karta turystyczna, która funkcjonuje jako bilet do większości muzeów w mieście. Rzeczywiście jest coś takiego (tzw. Roma Pass), ale zupełnie mnie to nie zadowoliło i zrezygnowałem z zakupu - zwłaszcza, że miałem już w kieszeni bilet miesięczny na wszystkie środki transportu publicznego i darmowe przejazdy przez 3 dni mnie nie interesowały. Straciłem jednak trochę czasu próbując znaleźć to biuro, a ponieważ wylądowałem pod Zamkiem Anioła, stwierdziłem, że równie dobrze mogę zacząć swoje zwiedzanie stąd. Rozpocząłem więc bez żadnego planu, snując się od jednej budowli do kolejnej, od jednego placu do następnego. Oto co zobaczyłem w ten pierwszy dzień:


- Most i Zamek Anioła (Mauzoleum Hadriana) - most podobał mi się bardzo. Anioły trzymające arma Christi robiły naprawdę duże wrażenie - nic dziwnego, w końcu w ich projektowaniu i wykonaniu maczał palce sam Bernini. Zamek natomiast raczej mnie rozczarował. Nigdy nie byłem specjalnie wielbicielem architektury obronnej, a w środku naprawdę nie było zbyt wiele do zobaczenia. Zaciekawiła mnie w zasadzie jedynie Sala Paolina - bardzo interesujący program ikonograficzny ukazujący cnoty fundatora, papieża Pawła III, w zestawieniu ze scenami z życia św. Pawła i Aleksandra Wielkiego (do tego jeszcze Hadrian i św. Michał Archanioł). Prawdziwa perełka w tym mrocznym i przygnębiającym lochu, jakim jest sam zamek. Niestety inne ciekawe miejsca, jak kaplica Leona X, nie są udostępniane zwiedzającym. W sumie niewiele, jak na tak wysoką cenę biletu (prawie 10 euro).


- kościół S. Giovanni Battista dei Fiorentini - trafiłem tam przypadkowo i okazało się, że jest to miejsce spoczynku Borrominiego! Chciałem wejść do krypty, którą ten zresztą zaprojektował, ale niestety nie udało mi się znaleźć wejścia do niej. Wprawdzie za ołtarzem głównym były jakieś schody w dół, ale wszystko tam było pozamykane. Sam kościół nie jest jakoś wyjątkowo ciekawy, choć fasadę ma dosyć imponującą.



- Oratorium Filipa Nereusza i Chiesa Nuova (S. Maria in Vallicella) - oba budynki łączą się ze sobą dając ciekawy efekt: falująca fasada Oratorium autorstwa Borrominiego i "typowa" fasada rzymskiego kościoła barokowego.Wewnątrz m. in. Rubens i Pietro da Cortona.


- S. Andrea della Valle z imponującą fasadą, kopułą i freskami. Plan podobny do Chiesa Nuova - pokłosie Il Gesu.


- Palazzo Massimo alle Colonne - charakterystycznie wygięta fasada i równie charakterystyczne kolumny, od których pałac wziął swoją nazwę.


- Museo Barracco - mała perełka wśród muzeów Rzymu. Niewielkie, ale zawierające ciekawe eksponaty ze starożytności rzymskiej, greckiej, mezopotamskiej i egipskiej, m.in. rewelacyjna rzeźba rannej suczki, piękne popiersia i figury całopostaciowe etc. Stosunkowa skromność kolekcji pozwala bardziej skupić się na eksponatach i w pełni je docenić. Nie ma tego przeładowania, jakie odczuwa się zwiedzając najsłynniejsze wielkie muzea europejskie.


- Campo dei Fiori - "romantyczna" i tajemnicza postać Giordano Bruno górująca nad straganami z kwiatami, owocami, warzywami...


- Palazzo Farnese - mój ulubiony pałac rzymski. Przepiękna, harmonijna fasada. Szkoda, że Francuzi, którzy są jego właścicielami, nie wpuszczają tak łatwo do środka.


- Palazzo Spada - bogato zdobiony, już nieco manierystyczny dziedziniec; dosyć przeciętna - jak na rzymskie warunki - kolekcja malarstwa nowożytnego; wreszcie prawdziwe cudo, które naprawdę mnie zachwyciło: słynny iluzjonistyczny korytarz Francesco Borrominiego. Naprawdę robi wrażenie! Niestety miła studentka historii sztuki, która mnie oprowadzała, nie pozwoliła mi tam wejść, ale za to sama zademonstrowała mi to cudo perspektywiczne. Jakie było moje zdziwienie, gdy na własne oczy zobaczyłem jak krótki jest w rzeczywistości ten korytarz, jak niskie jest wyjście z niego oraz stojąca tam figura (niskiej Włoszce sięgała ona zaledwie po pas!). Udało mi się nakręcić krótki filmik, ale niestety nie całość, gdyż przewodniczka zaczęła protestować.



- Largo Argentina - starożytny święty okrąg, z kilkoma świątyniami. Nawet ruiny prezentują się okazale. Co ciekawe - jest to ulubione miejsce rzymskich kotów, które przybywają tu zewsząd masami. Pomimo tego, że dziś dba się o to, by je tu nie dopuszczać, sprytne zwierzęta i tak się tam pojawiają. Udało mi się kilka wypatrzyć. Magiczne miejsce.


Oprócz tego udało mi się też zajrzeć do kilku księgarni - to dobre miejsce na przeczekanie siesty, gdy wszystkie kościoły i duża część zabytków są zamknięte na cztery spusty.

Wydawać by się mogło, że dzień się udał - i poniekąd tak było, ale nie do końca. Otóż okazało się, że przy Rzymie, Paryż i Londyn to bułka z masłem! Pod koniec dnia byłem słaby, obolały i skrajnie wyczerpany. Skończyła mnie zapewne temperatura i wilgotność powietrza (po godz. 18-tej temperatura wynosiła 30 stopni - aż nie chcę wiedzieć ile było w ciągu dnia). Tego dnia prawie nic nie jadłem (ech, ta nierozsądna oszczędność!), a w dodatku nabawiłem się bardzo przykrej i bolesnej dolegliwości. Nie będę wchodził w szczegóły - powiem tylko, że przytrafia się ona czasem panom, gdy dużo chodzą w bardzo upalny dzień. To wszystko sprawiło, że wieczorem ledwo mogłem utrzymać się na nogach i już pierwszego dnia pokonany zostałem przez Rzym. Dzisiaj zrobiłem sobie przerwę: kuruję się i nabieram sił, by wkrótce znów ruszyć w trasę - tym razem mądrzejszy i bogatszy w doświadczenia.