sobota, 3 lipca 2010

Quo vadis?


Zauważyłem, że ostatnimi czasy coraz częściej poruszam na blogu tematykę wiary i religii. Pojawia się ona nawet wtedy, gdy piszę o filmach, książkach, czy sztuce. Jest tam obecna albo bezpośrednio w tekście, albo wywołana zostaje przez Wasze komentarze. Mnie osobiście specjalnie to nie przeszkadza i mam nadzieję, że Was też nie odstraszy - chociaż nie chcę, aby bric-à-brac zmienił się w sklepik z dewocjonaliami. Ma tu dominować przede wszystkim kultura!

Mimo tego dzisiaj znowu kilka słów zahaczających o wiarę i Kościół katolicki. Wszystkim zainteresowanym chciałbym polecić najnowszy numer pisma Czas Kultury (nr 2/2010). Poświęcony jest on tematowi apostazji i można znaleźć w nim naprawdę interesujący blok tekstów na ten temat. Obok wywiadów z ks. Jackiem Prusakiem, SJ (Tygodnik Powszechny), z teologiem i byłym jezuitą Stanisławem Obirkiem oraz z założycielami strony apostazja.pl, w numerze opublikowano m.in. artykuły o Stanisławie Przybyszewskim, Richardzie Dawkinsie oraz o Janie Pawle II "Apostacie" (sic!). Dla mnie najbardziej inspirujący był jednak tekst literaturoznawcy Michała Larka Katolicy, apostaci i poeci. Komentarz do tekstów Stanisława Obirka. Znajdziemy tam m.in. trafną sugestię, iż duchowni powinni na poważnie czytać poetów. I jakby na potwierdzenie tej tezy autor przytacza dwa wiersze Jerzego Jarniewicza (muszę bliżej poznać twórczość poetycką tego autora!). Pozwolę sobie zamieścić tutaj chociaż jeden z nich:
Rozmowa będzie możliwa (wiersz trzeci)

między bobem a bojem
między bobrem a bólem
utknął w jednej sylabie
ojciec całej rodziny
bogiń bożnic bogdanów
bogumiłów i bożyszcz

zszedł między słowa
poddając się gramatyce
cielesności przypadków
(on - tak absolutny)
prawom artykulacji
(on - niewypowiedziany)
fanaberii form
(on - który jest istotą)
kornie spoczął na języku

a ciało słowem się stało
i mieszkało między nami

(z tomu Skądinąd)

Michał Larek podejmuje m.in. kwestię tego, w jakiej sytuacji znajduje się dziś wiara religijna i w jakiej przestrzeni działa obecnie Kościół - chodzi tu przede wszystkim o przestrzeń językową rozumianą jako ta, która jest wyrazem (a zapewne i jedną z przyczyn) ewolucji ludzkiej mentalności:

XXI wiek rozpuścił ludzi, ułatwiając im wyrażanie i upublicznianie własnych opinii. Portale społecznościowe, blogi, YouTube, fora, rozmaite komunikatory, coraz bardziej rozgadana i interaktywna telewizja, wielofunkcyjne komórki - wszystkie te środki produkcji i dystrybucji prywatnej twórczości zmieniają w sposób diametralny warunki globalnej dysputy. Podejrzewam, że to bogate medialne wyposażenie przeciętnego człowieka przeprogramowuje jego oczekiwania intelektualne, czyniąc go bardziej odpornym na absolutystyczne roszczenia. Nie można dzisiaj przekonująco uzurpować sobie prawa do przemawiania ex cathedra.

Im bardziej jesteśmy apodyktyczni, tym bardziej śmieszni. Kto chce przekonać do swoich racji, musi argumentować, pytać, sugerować, namawiać, uwodzić, a nie rozkazywać, nakazywać, pouczać, czy wymagać. Kościół katolicki jest jednym z dyskutantów - powiada Obirek - powinien w końcu zdać sobie z tego sprawę i wyciągnąć konstruktywne wnioski na temat uzurpatorskiej intronizacji w czasach demokratycznego zarządzania ludźmi i ideami, w erze perswazyjnej wręcz polifonii.


Wczytując się w teksty S. Obirka autor pyta czym jest wiara religijna oraz jej specyficzna forma wyznaniowa, jaką jest katolicyzm w wydaniu polskim. Woła mocnym głosem:

(...) Nie mylcie przedstawienia Boga z samym Bogiem; nie wierzcie, że katolicyzm to Bóg; prawdą jest Bóg, nie katolicyzm.
Sprawa jest poważna, bo (...) stawką wiernego jest nie ślepe oddanie pośrednikom, ale praca nad coraz lepszą relacją z Bogiem.

Gdyby poprzestać na owym treningu ufności i posłuszeństwa, wiara stałaby się działaniem automatycznym, swoistym konsumowaniem liturgicznych schematów, bezwolnym mimetyzmem.

Aby uniknąć tego niebezpieczeństwa, trzeba konfrontować swoją wiarę z wierzącymi inaczej, w tym także z agnostykami i niewierzącymi. Jak pisze Obirek:

Agnostyk jest dla mnie - człowieka wiary - lustrem, w którym się przeglądam. Jedno z podstawowych pytań, które stawia również agnostyk, brzmi: skoro można przyzwoicie i sensownie żyć bez wiary, po co wiara, co daje i czemu służy? Takie pytania dla wierzącego są błogosławione. Jest w nich moc oczyszczająca dla kogoś, kto wierzy i wyraża swoją wiarę. Jeśli do takich radykalnych pytań człowiek wierzący podejdzie z życzliwością, a nie lękiem, może okazać się, że niektóre elementy jego wiary mają bałwochwalczy charakter. Ale ten proces oczyszczenia wiary pokaże też, że zostaje coś, co się mu nie poddaje.

Co jest tym, co pozostaje? Odpowiedzi będą zapewne różne dla poszczególnych osób, ale rdzeniem jest zawsze Ewangelia. Stanisław Obirek też daje swoją osobistą odpowiedź: Wierzę, gdyż wierzył także człowiek imieniem Jezus z Nazaretu.

Polski katolik niestety nie ma zbyt wiele okazji do oczyszczania swojej wiary z różnych zbędnych, a niekiedy nawet niebezpiecznych naleciałości. Nie ma zbyt wiele okazji, by na co dzień konfrontować swoją wiarę z wyznawcami innych obrządków, religii i światopoglądów. Co więcej, specyfika naszego katolicyzmu polega jak sądzę na tym, że jest on bardzo hermetyczny, a jego spotkanie z każdą inną formą - nawet niewiele się różniącą (jak np. katolicyzm europejski) owocuje zwykle nieufnością i poczuciem pychy oraz samozadowolenia.

Wnętrze bazyliki Hagia Sofia w Stambule (Konstantynopolu) z 1 poł. VI w.,
przekształcona na meczet w 2 poł. XV w. Dziś muzeum.

Dzieje się tak dlatego, że - jak pisze Obirek - w gruncie rzeczy chrześcijaństwo polskie w jego katolickiej wersji zostało uwikłane w dość przypadkowy kostium kulturowy, który tym trudniej poddaje się krytycznej ocenie, że wzmocniony został historiozoficzną interpretacją przydającą mu status wyjątkowości i niezmienności niemal metafizycznej.

Niestety polski Kościół nie zachęca wiernych do refleksji na temat przedmiotu katolickiej wiary, motywuje natomiast gorąco do adoracji tegoż. W konsekwencji nie wiemy, w co wierzymy. A jeśli nie wiemy, w co wierzymy, to czy rzeczywiście wierzymy? Oto ważne pytanie, na które wcale nie ma oczywistej odpowiedzi.

Wiara nie może być jakąś zarozumiałością poznawczą. Nie jest ona jakąś jedną uniwersalną odpowiedzią na absolutnie wszystkie pytania człowieka. Wręcz przeciwnie - jak pisze Obirek:
(...) Wiara to rujnowanie własnej pewności i wygaszanie w sobie potrzeby kolonizowania cudzych intelektów. (...) Wiara nie może polegać na rozkoszowaniu się własną nieomylnością, na moszczeniu się we własnej wiedzy. (...) Wiara nie boi się cudzych racji i własnej niepewności.

Oczywiście w takim rozumowaniu, jakie prezentuje Obirek i Larek może grozić popadnięcie w drugą skrajność, którą jest indyferentyzm lub akceptacja bliżej niesprecyzowanego "ducha Ewangelii" oraz niekonkretnej wizji Chrystusa, ale odrzucenie wspólnoty Kościoła. No bo po co pozostawać jeszcze w tej instytucji? Tę kwestię porusza na łamach Czasu Kultury ks. Jacek Prusak. W wywiadzie mówi między innymi takie słowa:

Wiara zawsze jest przeżywana w pojedynkę. Trzeba przecież dać osobiście odpowiedź Panu Bogu na jego wezwanie. Ale nie jest to wiara rozumiana indywidualistycznie. Według badań empirycznych ludzie, którzy odchodzą z Kościoła, żeby przeżywać prywatnie wiarę, najczęściej wiarę tracą. Bo czym jest wtedy wiara? Tacy ludzie nie mają dojścia do źródeł, które Kościół ofiaruje poprzez sakramenty, praktyki ascetyczne, duchowe et cetera. Stają się łagodnymi deistami. Jakoś tam wierzą w wyższą istotę, która napełnia świat sensem i miłością, ale nie myślą o niej na tyle osobowo, żeby się do niej modlić czy wiązać z nią określoną religię.

I dalej:

Kościół nie jest zbiorem indywidualistów, którzy mają większe czy mniejsze natchnienia. Kościół jest wspólnotą pamięci, którą trzeba ożywiać i którą trzeba chronić, a także tłumaczyć.

Dla mnie osobiście jednym z wielu powodów, by trwać w Kościele - i to w sposób czynny, zaangażowany, a nie bierny - jest to, że mogę być jednym z tych, który będzie pokazywał inną twarz katolicyzmu, niż chociażby ten spod znaku ojca Rydzyka i większości jego zwolenników. Bo - jak mówi ks. Prusak - w Kościele wszystkie reformy zostały przeprowadzone przez ludzi, którzy w Kościele zostali. Nie mam wprawdzie żadnych poważnych zapędów reformatorskich, ale przecież mogę być jednym z tych, który pokaże - nawet na tym swoim małym kawałku podłogi - że można być człowiekiem myślącym i jednocześnie wierzącym. Dlatego nigdzie się nie wybieram i nie myślę o żadnych odejściach i apostazjach - bynajmniej nie z braku odwagi.

piątek, 25 czerwca 2010

Mundial et cetera


Jeśli jest na tym świecie jedna taka rzecz, która ZUPEŁNIE mnie nie interesuje, to jest nią sport. Pomimo tego, że już nie raz próbowałem sport zrozumieć/poczuć, a nawet uprawiać! Serio! Moje 202 cm wzrostu robiły swoje i były dużą pokusą dla niejednego trenera siatkówki i koszykówki - z tego powodu zaczepiano mnie nawet na ulicy próbując zwerbować do drużyny. Niestety. Okazało się, że nie mam do sportu ani głowy, ani serca, za to mam do niego dwie lewe ręce i dwie lewe nogi.

Sport to czyste emocje, z których zupełnie nic nie wynika. Do tego zbyt często łączą się one z zupełnie dla mnie niestrawną mieszanką agresji i nacjonalizmu. Emocje tego typu są mi zupełnie obce - coś na ich kształt odczuwam tylko raz w roku, podczas gali wręczania Oscarów. Jestem niemal zupełnie odporny na wirusa rywalizacji - w zasadzie nie bawią mnie żadne gry, także komputerowe. Mnie naprawdę nic nie obchodzi, że ktoś tam pobija jakiś kolejny kretyński rekord, który przecież nic tak naprawdę nie znaczy. Konstatacje na temat komercjalizacji sportu oraz medycyny i technologii, które coraz częściej zaczynają odgrywać w nim większą rolę niż trening, tylko utwierdzają mnie w moich przekonaniach.

Przyznam, że nieraz czuję się w tych moich poglądach odosobniony, gdyż trudno znaleźć mi osoby, które odczuwają podobnie - zwłaszcza w czasie wszelkiego rodzaju igrzysk, olimpiad i mistrzostw, czy też narodowych histerii towarzyszących wyczynom różnych Małyszów i Kowalczyk. Tym bardziej więc ucieszyła mnie dzisiejsza notka Tomasza Pindela na blogu Poczytane. Pozwolę sobie na przywołanie tu końcowego fragmentu:
Mój stosunek do sportu nadal będzie definiować pewna anegdota związana z Winstonem Churchillem, było-nie-było laureatem literackiej Nagrody Nobla w 1953. Otóż, jak wiadomo, Churchill dożył ponad dziewięćdziesięciu lat i cieszył się świetnym zdrowiem, a był mężczyzną słusznej postury, nie widywano go bez cygara i wciąż sączył szkocką. Zapytano go zatem kiedyś, jaka jest jego recepta na zdrowie. Na co on (zapewne zaciągając się tytoniowym dymem i łykając nieco łyskacza) odparł krótko: No sport.

Dzisiaj Winstona Churchilla obieram sobie za wzór i patrona moich "anty-sportowych" poglądów. :-)

niedziela, 13 czerwca 2010

Poważny człowiek


Moją pierwszą "blokadę blogową" przerwał seans najnowszego filmu braci Coen, który po długich oczekiwaniach wreszcie wszedł na nasze ekrany. Okazał się na tyle inspirujący, że naskrobałem kilka słów opinii - jak zwykle bez streszczania fabuły (nie cierpię tego, a zresztą o czym jest sam film sprawdzić można byle gdzie za jednym kliknięciem).



Sam fakt tego, iż bracia Coen mogli pozwolić sobie na nakręcenie takiego filmu, jak Poważny człowiek dowodzi ich wyjątkowej pozycji w kinematografii amerykańskiej. To nie jest film dla mas - podejrzewam, że dla wielu widzów może to być obraz nie do przełknięcia, gdyż zupełnie ignoruje nasze przyzwyczajenia i oczekiwania. Ten film to zagadka, przypowieść, haggada, a jednocześnie finezyjna zabawa kinem i popkulturą. Kto by pomyślał, że o poszukiwaniu woli Bożej można opowiadać w taki sposób?

Dzieło braci Coen przykuwa do ekranu już od brawurowego prologu nakręconego w języku jidysz. Tak jest już do przychodzącego nagle, niespodziewanego końca. Oglądając ten film bawiłem się świetnie, jednak wyszedłem z kina nieco przygnębiony – i to nie tylko za sprawą niemal apokaliptycznego zakończenia. Wizja, jaką przedstawili nam twórcy w swoim kolejnym wyśmienitym filmie, nie jest zbyt optymistyczna – chyba, że za taką uważa ktoś maksymę, że „przecież zawsze może być jeszcze gorzej”. Jednakże taka konstatacja nie jest dla Joela i Ethana czymś nowym. Niemal każdy ich wcześniejszy film mówi o bezsilności człowieka wobec losu i biegu wypadków, a także o ludzkiej małości, a nawet głupocie. W Poważnym człowieku jeszcze mocniej niż we wcześniejszych produkcjach autorów Fargo zaakcentowana została bezradność zarówno ludzkiej racjonalności, jak i duchowości. W ostatecznym rozrachunku nie jesteśmy w stanie rozszyfrować i zrozumieć rzeczywistości wokół nas. Nie umożliwią nam tego prawa fizyki i matematyki, które przecież mają swoje tajemnice i paradoksy. Także w religii coraz trudniej odnaleźć pomoc – bo co, jeśli w żaden sposób nie potrafisz dostrzec w życiu Bożego działania? Co nam w takim razie pozostaje? Może po prostu przyjąć z pokorą to, co ci się przydarza? „Zaakceptować tajemnicę”? I zanucić:

When the truth is found to be lies
and all the joy within you dies

(…)
you better find somebody to love


(Jefferson Airplane)

Tylko tyle? Aż tyle!
.

piątek, 7 maja 2010

Sztuka i(r) religia


Powszechnie pokutującym dziś przekonaniem jest, że sztuka współczesna – także w Polsce – oddaliła się znacznie od inspiracji religijnych, a z Kościołem jest jej bardzo nie po drodze. Cierpi ponadto na „uwiąd wyobraźni symbolicznej”, która stanowi przecież ważny element sztuki religijnej. Rzeczywiście, jak trafnie ujmuje to malarz Stanisław Rodziński, „od pojawienia się w sztuce nurtów określanych jako «nowoczesne» czy «współczesne», a więc gdzieś na przełomie XIX i XX wieku zaczęła się rwać nić jedności Kościoła z bieżącą twórczością artystyczną. Inny niż dotychczas stosunek artysty do formy, nowe funkcje koloru, światła, nowe problemy materii malarskiej, zagadnienie deformacji czy wreszcie abstrakcji, zanegowanie znaczenia treści, występowanie przeciw tradycji – to przecież tylko nieliczne spośród zagadnień”, które doprowadziły do dystansu i lęku między Kościołem a artystami.

Władysław Hasior, Golgota III (1972)

W niedawnych notkach "wielkopostnych" starałem się przedstawić kilka spośród wielu nazwisk współczesnych artystów polskich, u których inspiracje religijne są wyraźnie widoczne. Dzieła ich są może czasem nieco kontrowersyjne w ujęciu tematu religijnego, niemniej jednak wydają się odnosić do wiary w sposób pozytywny, a niekiedy wręcz afirmatywny. Teraz na kilku wybranych przykładach chciałbym pokazać drugą stronę medalu. W polskiej sztuce współczesnej nie brak bowiem dzieł, które krytycznie odnoszą się do religii lub niektórych jej przejawów.

Marcin Maciejowski, Kazanie V (2006), z cyklu Kazanie (2003-2006)


Bodajże najsłynniejszą w ostatnich latach prezentacją polskich dzieł tego typu była wystawa Irreligia. Morfologia nie-sacrum w sztuce polskiej, która odbyła się w Brukseli w ramach „Europaliów – Polska 2000” w Atelier 340 Muzeum od 5 X 2001 do 27 I 2002 (obszerny zbiór artykułów i wypowiedzi na temat wystawy znaleźć można tutaj). Kuratorem wystawy był dr Kazimierz Piotrowski, absolwent Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego, historyk sztuki i filozof, głęboko wierzący i praktykujący naukowiec. Mówił on przy okazji wystawy: „Irreligia to określenie postawy wobec religii, która nie kwestionuje przedmiotu wiary (czyli nie jest anty-religią), wyraża jednak wątpliwości wobec niektórych jej założeń, dogmatów czy rytuałów”. Tytuł ten, zaczerpnięty z terminologii socjologa Colina Campbella „odnosi się do gry słów między irracjonalnością a religią, a więc wskazuje na to, co rozgrywa się w obszarze pomiędzy sferą sacrum a profanum, co łączy te dwie sfery. To, co znajduje się na granicy religijności ociera się o mroczną sferę profanacji, ale też grozy i cielesności. Wskazuje więc na to, co przez religię jest odrzucone, bo nie nadające się do zracjonalizowania, coś, co dotyczy jeszcze obszaru religii, ale już poza nią wykracza. Jest to sfera ciemna i tajemnicza, ale zarazem też pociągająca i uwodząca”.

Katarzyna Górna, Madonna (2001)

Pomimo zapewnień, że przedstawione na niej prace to „dzieła nie anty-religijne, lecz irreligijne, nie niewierzące, a zaledwie wątpiące i to w dobrej wierze”, wystawa wzbudziła olbrzymie kontrowersje i protesty. Wśród wystawionych 130 prac 43 polskich artystów znalazły się dzieła Katarzyny Górnej, „odwołujące się do cielesności Matki Bożej”. „Na bezpośrednie - cielesne wykorzystanie obrazów Madonny wskazują prace Jacka Markiewicza ukazujące serię więziennych tatuaży, wśród których znalazły się między innymi wyobrażenia religijne”. Niektórzy artyści chcieli zwrócić uwagę także na to, iż „część religijnych przedstawień Madonny czerpie z repertuaru sztuki pogańskiej, czego przykładem jest chociażby Matka Boska Częstochowska, która na Irreligii znalazła się z domalowanymi przez Adama Rzepeckiego wąsami”. Inne dzieła to m. in. Termafory Roberta Rumasa ukrywające w wielkich workach z wodą dewocyjne figury Marii i Chrystusa, „uderzające w jarmarczny, skomercjalizowany, dewocyjny katolicyzm”.

Robert Rumas, Dedykacje III (1992)

Obrońcy tych dzieł zwracają uwagę, że ci artyści zadają fundamentalne pytania o pryncypia. Sztuka ta „mówi o czymś bardzo istotnym: o znaczeniu i miejscu religii we współczesnym społeczeństwie, o poszukiwaniu wartości, o wykorzystaniu religijnych symboli czy wreszcie o ubezwłasnowolnieniu jednostki wobec wielkich systemów religijnych. (…) Artyści pytają, jaki sens ma religia, która traktuje człowieka instrumentalnie, nie liczy się z jego/jej indywidualnym cierpieniem, stawia własne dobro ponad dobro pojedynczej jednostki”.

Piotr Parda

Przeciwnicy zarzucają tej sztuce miałkość i przyziemność, a także chęć szokowania przez świadome bluźnierstwo dla wzbudzenia zainteresowania swoją osobą. Nazwano nawet tę wystawę aktem brutalnej przemocy. Zwracano m. in. uwagę, że dzieła na wystawie zaprezentowane są nie tyle „niesakralne” (co znaczy tyle co „świeckie”), co „anty-sakralne”. W tym temacie pisał ks. Stanisław Musiał SJ, znany duszpasterz i publicysta, związany z „Tygodnikiem Powszechnym”: „Jak ocenić wizerunek Matki Boskiej Częstochowskiej z domalowanymi wąsami? Ponoć artysta wzorował się na geście «obrazoburczym» Marcela Duchampa w stosunku do Mony Lizy. Dla mnie jest po prostu to akt desakralizujący, i co więcej gest desakralizujący do piętrowej potęgi, bo wyjątkowo prześmiewczy”.

Adam Rzepecki, Matka Boska z wąsami (1983)

Podobne gorące emocje zostają wzbudzone w społeczeństwie co jakiś czas przy okazji kolejnych dzieł tego typu, czego znakomitym przykładem jest wrzawa, jaka w ostatnich latach wywołana została przez pracę Pasja Doroty Nieznalskiej, której głównym elementem było zdjęcie męskich genitaliów umieszczonych na krzyżu. Każda tego typu praca na nowo wzbudza dyskusję o granice wolności wypowiedzi artystycznej oraz o miejsce sztuki i religii w przestrzeni publicznej. Do tej tematyki w sposób krytyczny nawiązywały też prace takich artystów, jak Piotr Parda, Marcin Maciejowski, Grupa Twożywo i in.

Wilhelm Sasnal, Twarze-maski księży

W ocenie tej sztuki warto unikać zbędnych emocji i pamiętając o tym, że także wśród współczesnych dzieł znaleźć się może kicz i hochsztaplerstwo, zadać sobie pytanie o cel konkretnego dzieła i szczerość intencji artysty. Warto też pamiętać o tym, o czym pisała kiedyś w tym temacie Krystyna Czerni:

„Dla interpretacji wszystkich tego typu kontrowersyjnych i agresywnych pomysłów artystycznych zasadniczą kwestią wydaje się sprecyzowanie przedmiotu agresji czy drwiny i trafna identyfikacja atakowanych wartości. Bardzo często bowiem kwestionowane jest nie tyle samo sacrum, ile jakaś jego karykatura, jego fałszywie odbierana namiastka; atakowany bywa nie bezpośrednio Chrystus, Bóg, ale "chrześcijaństwo stosowane", religia czy nawet tylko jej forma kultowa”.


Zaplecze:
- S. RODZIŃSKI, Dojrzewanie do sztuki religijnej, w: tegoż, Dzieła – czasy – ludzie, Kraków: Wydawnictwo Salwator, 2007, s. 178-182.
- K. STANISŁAWSKI, Irreligia – pytania i odpowiedzi.
- I. KOWALCZYK, Irreligia. Obsceny religii, w: „Artmix” nr 3/2002.
- S. MUSIAŁ, Dyskusja o wystawie Irreligia. Nie o „cenzurki” chodzi!, w: tegoż, Dwanaście koszy ułomków, Kraków: Wydawnictwo Literackie, 2002, s. 128; tekst zamieszczony także w: „Tygodnik Powszechny” nr 3/2002.
- K. CZERNI, „Antysacrum” - czyli o konflikcie współczesnej sztuki z religią, w: Sacrum i sztuka, red. N. Cieślińska, Kraków: Wydawnictwo Znak, 1989, s. 186-196.

poniedziałek, 3 maja 2010

List pasterski


Nie należę do entuzjastów tzw. "listów pasterskich", które nasi biskupi co jakiś czas kierują do swojej "owczarni". Niestety rzadko się zdarza, by mieli coś naprawdę sensownego do przekazania. List arcybiskupa Józefa Życińskiego czytany wczoraj w parafiach archidiecezji lubelskiej jest jednym z tych niewielu pozytywnych wyjątków - przynajmniej w części. Jestem wdzięczny arcybiskupowi za to, że nie po raz pierwszy wykazał się odwagą, by sprzeciwić się jakiejś niezdrowej tendencji, która rozprzestrzenia się w polskim Kościele. Tym razem, pisząc o patriotyzmie, poruszył sprawę katastrofy pod Smoleńskiem, aby przywrócić jej właściwe proporcje i przestrzec przed postawami, które niczemu dobremu nie służą. To zresztą bardzo ciekawe, że arcybiskup zdecydował się napisać coś bardzo niewygodnego - także dla wielu księży, którzy mieli to na ambonie przeczytać (a tak swoją drogą ciekawe, czy wielu z nich pokusiło się o jakąś prywatną "cenzurę" w tej kwestii - wcale bym się nie zdziwił). Oto fragment, który tak mi się spodobał:

Współcierpieć bez patosu

W doświadczeniu wyjątkowej dawki bólu ważne jest każde słowo, w którym znajduje wyraz głębia naszego bólu. Należy unikać słów stwarzających wrażenie przesady. Tymczasem niektórzy z naszych bliskich używają języka patosu, nazywając bliskich nam zmarłych „męczennikami”. W tradycji chrześcijańskiej nazywamy męczennikiem kogoś, kto oddał życie za wiarę, np. o. Maksymiliana Kolbego lub ks. Jerzego Popiełuszkę. Nie odnosimy jednak tego terminu do osób, które zginęły w katastrofach. Język polski jest dostatecznie bogaty, by wyrazić nasz szacunek dla nich bez nadużywania terminów, które mają ścisły sens teologiczny. Nadużywanie niewłaściwych słów może łatwo prowadzić do zbanalizowania tragedii, gdy głęboki sens dramatu ludzkiego cierpienia zostanie przesłonięty potokiem słów.

Wiele osób, którym trudno jest pojąć wstrząsające misterium cierpienia, chciałoby szybko wyjaśnić, kto konkretnie jest winien powstałej tragedii. Popularne stają się wtedy podejrzenia i teorie spiskowe. Nie rańmy prywatnymi tłumaczeniami tych, którzy cierpią. Pozostawmy szczegółowe wyjaśnienia spornych kwestii kompetentnym komisjom. Umiejmy zamilknąć, gdy wymaga tego kultura płynąca z wiary religijnej. Zauważmy, że Chrystus nigdy nie wskazuje, kto personalnie ponosi odpowiedzialność za Jego Mękę. Zmagający się z bólem Hiob nie stawia pytania „kto jest winien?”. Prorok Izajasz ufa w realiach niewoli babilońskiej, że leczące działanie łaski Bożej jest silniejsze od przejmującej dawki cierpień niesionych przez zniewolenie. Pisze on z nadzieją i zaufaniem Bogu: „Pan da ci pokój po twych cierpieniach i kłopotach” (Iz 14,3). W tej wielkiej duchowej tradycji nie wolno nam reagować na dramat cierpienia krzykiem domysłów czy bezpodstawnych oskarżeń. W rozważaniu ran i Męki Chrystusa trzeba natomiast poszukiwać sensu dla naszych piekących ran, aby przeciwdziałać pokusie zniechęcenia i rozpaczy. Koncentrując uwagę na przesłaniu Zmartwychwstałego Chrystusa, mimo bólu, będziemy mogli wtedy powtórzyć za Tomaszem Apostołem „Pan mój i Bóg mój” (J 20, 28).

Zamiast tropić podejrzanych i w ich stronę kierować nieodpowiedzialne oskarżenia, chrześcijanin winien podjąć trudne pytanie: czego Bóg oczekuje od nas w zaistniałej sytuacji? Jaka powinna być nasza odpowiedź, abyśmy potrafili pełniej wyrażać naszą miłość do Ojczyzny i szacunek dla współbraci? Zauważmy, że w modlitwie przy trumnach zjednoczyło nas poczucie tego samego szacunku, bez względu na to, jakie były sympatie polityczne ofiar katastrofy. Byłoby czymś niewłaściwym, gdybyśmy potrafili odnosić się z szacunkiem do naszych bliźnich dopiero po ich śmierci. Umiejmy więc wyprowadzić wnioski o potrzebie kultury politycznej, w której nawet wtedy, gdy różnimy się poglądami, potrafimy wyrażać te różnice bez ośmieszania, poniżania czy prób niszczenia innych osób. Doświadczając grozy i majestatu śmierci, zechciejmy pamiętać, że interesy partyjne czy sukces w wyborach nie mogą być nigdy ważniejsze niż szacunek dla godności naszych bliźnich, bez względu na to jaką partię reprezentują. Niech w naszym codziennym życiu wyraża się konsekwentnie szacunek dla tych wartości, które jednoczyły wszystkich opłakiwanych zmarłych.

Słowo Metropolity Lubelskiego na niedzielę przed uroczystością Matki Bożej Królowej Korony Polskiej (fragment)

Źródło: Serwis Archidiecezji Lubelskiej
A Wy co o tym myślicie?