niedziela, 17 lipca 2011

Wilno


Wakacje w pełni, a ja - jak nigdy - nie mam jeszcze zbyt wielu planów wyjazdowych tego lata. Dlatego chciałbym opisać wreszcie swoje wrażenia z majowej wizyty w stolicy Litwy. A są one naprawdę pozytywne. Odkąd mogłem odwiedzić to niesamowite miasto, zaliczam je do moich ulubionych. Co mnie tak urzekło?

Jedna z ulic w centrum

Najpierw zabytki czyli w głównej mierze liczne kościoły. Wiadomo - jeśli Wilno, to przede wszystkim barok i klasycyzm, i to na najwyższym światowym poziomie. To właśnie tutaj znalazłem jedną z najcudowniejszych fasad kościelnych świata. Pełna lekkości i finezji, perfekcyjna w proporcjach fasada kościoła Misjonarzy (Wniebowstąpienia Pańskiego) jest wprost fenomenalna - ze świecą szukać takich, które mogą jej dorównać. Niestety niewiele osób tu dociera (choć to zaledwie rzut kamieniem od Ostrej Bramy), gdyż świątynia jest zdewastowana, pusta i zamknięta na cztery spusty. Ale sam wygląd zewnętrzny wart jest tego, by tam się udać.

 Fasada kościoła Misjonarzy (Wniebowstąpienia Pańskiego)

Olbrzymie wrażenie zrobił na mnie także słynny wizerunek Matki Boskiej Ostrobramskiej. Ucieszyło mnie bardzo to, że można podejść do niego bardzo blisko, na wyciągnięcie ręki i bez przeszkód spojrzeć w samą twarz smutnej Pani. I muszę Wam powiedzieć, że jest to najpiękniejsza Madonna, jaką widziałem. To była miłość od pierwszego wejrzenia. ;) Widziałem oczywiście ten obraz wcześniej na reprodukcjach i w licznych kopiach, ale wszystkie były albo bardzo nieudolne albo niedokładne, bo żadna nie była w stanie uchwycić tego piękna.

 Obraz Ostrobramski MB Miłosierdzia (fragment)

Jednym z moich ulubionych kościołów Wilna jest także słynny kościół świętych Janów na terenie Uniwersytetu Wileńskiego. Kolejna przepiękna, jakby "porcelanowa", falująca fasada. A wewnątrz przeżyliśmy ciekawą przygodę - przypadkowe spotkanie z samym profesorem Mariuszem Karpowiczem, jednym z najsłynniejszych polskich historyków sztuki, autorem wielu publikacji na temat polskiej sztuki nowożytnej - w tym także Wilna. Niesamowicie sympatyczny człowiek!

Fasada kościoła św. Jana Chrzciciela i Jana Ewangelisty

Olbrzymie wrażenie zrobił też na mnie kościół św. Piotra i Pawła na Antokolu. Tym razem nie fasadą, ale wnętrzem. Cóż za przepych stiuków! A zarazem wielka elegancja.

Kościół św. Piotra i Pawła - główna nawa...

...i kopuła

Muszę jeszcze napisać o jednej szczególnej ulicy, a mianowicie o ul. Dominikańskiej, w samym centrum miasta. To przy niej znajduje się użytkowany przez Polaków kościół św. Ducha z 2 połowy XVIII w. Jest on nieco podniszczony (choć trwają tam jakieś remonty), ciemny i trochę ponury - zachwyca jednak rokokowym wystrojem. Kulisowy układ szesnastu (sic!) ołtarzy tworzy wyjątkową przestrzeń przenikających się elementów. Mnie podobał się szczególnie chór organowy, pulsujący falującą linią. 

 Kościół św. Ducha - widok na prezbiterium...

  ...i kopuła...

...i chór organowy

To tutaj właśnie przez długi czas znajdował się obraz "Jezu ufam Tobie", namalowany przez Eugeniusza Kazimirowskiego pod dyktando św. siostry Faustyny. Obecnie znajdziemy tu tylko kopię, a oryginał znajduje się zaledwie parę kroków dalej, w kościele św. Trójcy, przy tej samej ulicy. Jest to świątynia litewska, o nowoczesnym wystroju, która mnie po prostu oczarowała. Tak się złożyło, że trafiłem akurat na nabożeństwo i Mszę świętą. Byłem osłupiały pięknem liturgii, anielskim śpiewem pod akompaniament gitary i skrzypiec, elegancją i prostotą wystroju, oświetlenia, szat liturgicznych (lnianych!), kwiatów etc. Od razu zamarzyła mi się taka parafia u nas. :)

Kościół św. Trójcy - fragment prezbiterium 
z obrazem E. Kazimirowskiego

Przy ulicy Dominikańskiej spodobały mi się jeszcze dwa inne przybytki - bliższe ziemi, niż niebu: księgarnia wydawnictwa Taschen - większa i lepiej zaopatrzona niż ta, którą odwiedziłem w Londynie (obok Saatchi Gallery) oraz sympatyczna knajpka z niedrogim i zachwycającym jedzeniem, które zapamiętam na długo.

 Latarnia na kościele św. Kazimierza

Fasada kościoła św. Anny 
- najpóźniejszej świątyni gotyckiej na terenie Rzeczypospolitej

Wilno urzekło mnie też atmosferą relaksu i spokoju - co jest zasługą ludzi. W samym centrum nie widać tak charakterystycznego dla stolic pośpiechu i gorączkowego zabiegania. Wręcz przeciwnie - wszędzie młodzi ludzie relaksujący się w kawiarniach, parkach, na licznych placach. Rozmawiają, jeżdżą na deskorolkach i rowerach, moczą stopy w fontannach lub rzece, a nawet muzykują lub po prostu czytają. Mieszkańcy Wilna wywarli na mnie wrażenie bardzo pozytywne - uśmiechnięci, pogodni, spokojni i naprawdę bardzo elegancko ubrani (nie zwracam zwykle na to uwagi, ale tu aż rzucało się to w oczy). Wydawało się też, że dosyć zamożni - co było dla mnie małym zaskoczeniem, bo wiem, że Litwa bardzo boleśnie odczuła skutki ostatniego kryzysu ekonomicznego (ale w końcu to stolica, więc tam może jest nieco inaczej). Podobało mi się także to, że Litwini są w zasadzie bardzo wysocy, dzięki czemu ja, z moimi 202 centymetrami nie rzucałem się aż tak bardzo w oczy. :-)

 Pod pomnikiem Giedymina na placu obok katedry

Nad rzeką

W kawiarni
Niestety przez dwa dni pobytu nie udało mi się zobaczyć wszystkich galerii i muzeów - byłem tylko w muzeum historycznym Litwy (nic specjalnego) oraz galerii sztuki współczesnej w samym centrum, niedaleko ratusza (coś jak nasza "Zachęta"). Mam jednak mocne postanowienie, aby tam kiedyś wrócić, bo miasto to naprawdę mnie zachwyciło od pierwszego wejrzenia - a dotychczas na tę skalę udało się to tylko Wenecji. Choć akurat Wilno nazywane było Atenami Północy. Dlaczego? Wystarczy zerknąć chociażby na imponującą katedrę.

 Fasada bazyliki archikatedralnej

Katedra św. Stanisława Biskupa i św. Władysława -
- strona południowa
P.S. Wszystkie zdjęcia mojego autorstwa.

niedziela, 10 lipca 2011

Koncert Portishead w Poznaniu


W ostatnią środę, 6 lipca, spełniło się jedno z moich marzeń muzycznych. Mogłem posłuchać na żywo brytyjskiej grupy Portishead ze zjawiskową wokalistką Beth Gibbons. Występ odbył się w ramach festiwalu teatralnego Malta, tuż obok Jeziora Maltańskiego w Poznaniu. Wprawdzie wolałbym, aby był to koncert bardziej kameralny, w jakiejś sali, a nie dla tłumów na świeżym powietrzu - w przypadku akurat tego zespołu byłaby to sceneria bardziej odpowiednia. Niemniej jednak koncert był niesamowity. A w zasadzie dwa koncerty. 


Zanim bowiem Portishead pojawili się na scenie, była ona okupowana przez półtorej godziny przez folkową formację Fleet Foxes. Sympatyczni goście z Seattle grali dosyć przyjemnie i potrafili zaskoczyć chociażby dużą gamą instrumentów (przynajmniej dwóch członków zespołu to prawdziwi multiinstrumentaliści). Jednakże ich repertuar - skrzyżowanie folka z amerykańską muzyką lat sześćdziesiątych à la "[If you're going to] San Francisco" - nie należy do propozycji, która jest w stanie porwać tłumy. Dlatego koncert, choć dosyć przyjemny, nie wbił mnie w zachwyt, a momentami nawet odrobinę nudził.



A potem pojawili się ONI. Zaprezentowali różnorodny zestaw utworów pochądzących z wszystkich trzech studyjnych albumów (szkoda tylko, że nie zagrali żadnego utworu z przygotowywanej nowej płyty). Zaskoczyło mnie to, że tak świetnie brzmią one na żywo - wirtuozerią zadziwiał zwłaszcza perkusista (i założyciel zespołu) Geoff Barrow: nie sądziłem, że te łamiące się "elektroniczne" rytmy można po prostu wystukać na bębnach. Beth sprawiała wrażenie bardzo skromnej i stremowanej, że śpiewa przed takim tłumem - który na dodatek reaguje niezwykle żywiołowo. Często odwracała się tyłem do publiczności. Podczas występu nie odezwała się też ani słowem, aż do bisów, gdy rzuciła kilka "Thank you! You're amazing!". A potem niespodziewanie podbiegła do publiczności, przybijając kilka piątek ze szczęśliwcami z pierwszych rzędów. Jednak już samym śpiewem i ekspresją dała nam wystarczającą dawkę emocji.



Bardzo podobało mi się to, że kolejnym utworom towarzyszyły artystyczne wizualizacje na telebimach. Były one w różnych konwencjach - już to animacja, już to film lub fotografie albo przekaz ze sceny w poetyce chropowatego teledysku - większość na granicy abstrakcji. Wszystko świetnie współgrało z przemyślaną grą świateł. Stworzyło to ambitne widowisko wizualno-muzyczne, którego naprawdę nie spodziewałem się po tej grupie z Bristolu.



Niezapomniane wydarzenie! Kolejne spełnione marzenie. Zdradzę jeszcze tylko, że marzą mi się także koncerty Björk, R.E.M., Becka, Annie Lennox i Sinead O'Connor. Może kiedyś? A póki co, już szykuję się na kolejny koncert Tori Amos w Warszawie - ale to dopiero w październiku.






Wszystkie zdjęcia za serwisem Gazeta.pl.

niedziela, 26 czerwca 2011

Sztuka w mieście


Pozostajemy w klimatach lubelskich. Chciałbym przedstawić Wam dzisiaj jedno z sympatyczniejszych miejsc w mieście. Zapraszam na spacer po Podwórku sztuki.

Piotr Wysocki, Podwórko sztuki, neon

Od maja do listopada 2010 r. artyści zrealizowali tu różnorodne projekty, które miały być "próbą przeobrażenia zaniedbanego miejsca w centrum miasta poprzez interwencje artystyczne".

"Wszystkie drogi prowadzą do sztuki"
Rafał Czępiński, Drogowskaz, obiekt

Po lewej: Grupa Twożywo, Barbarzyństwo życia/cywilizacja śmierci, mural
Po prawej: Jan Gryka i Piotr Wysocki, Podwórko sztuki, wydruk wielkoformatowy
Po prawej, poniżej: Tomasz Bielak, Nie wierzę tabletkom, komunikaty graficzne

Powstały murale, instalacje, banery, graffiti, neony i inne obiekty, które tworzą zakątek o wyjątkowej atmosferze. 

 U góry: Jadwiga Sawicka, Zapomnij (fragment), realizacja na balkonach

Michał Stachyra, Przeskakujący, mural

Jan Gryka, China plastic is fantastic, instalacja

Większość obiektów rzuca się w oczy od razu (zwłaszcza graffiti i murale), ale niektórych trzeba wypatrywać - to nawet niezła frajda wyszukiwać kolejne interwencje artystów w tkankę zwykłego, nieco obskurnego podwórka. Podczas pierwszej wizyty raz po raz wołaliśmy ze znajomymi: "Czy ta karuzela też?", "Popatrzcie, tu jeszcze coś wisi!", "A to widzieliście?".

 Jarosław Koziara, Karuzela, obiekt

 
Krzysztof Bryła, Obrazy, obiekty

Magdalena Franczak, z cyklu Ślady


Podwórko znajduje się przy ul. Narutowicza 32, obok Galerii Białej (do której też warto zaglądać). Obecnie jest to też tymczasowa siedziba miejskiego Centrum Kultury - do dotychczasowych budynków poklasztornych przy ul. Peowiaków powróci po gruntownym remoncie (planowane zakończenie prac przesunięto na koniec 2011 r., ale podejrzewam, że opóźnienie będzie większe).



Lubię, gdy sztuka wkracza w przestrzeń miejską - czy będą to billboardy miejskie, czy sztuczna palma na rondzie, czy nietuzinkowe graffiti w najmniej spodziewanym miejscu, przekształcony pomnik, na który wreszcie zwracamy uwagę lub taka enklawa sztuki, jak lubelskie podwórko. A Wy co o tym sądzicie? Nie przeszkadza Wam sztuka w mieście?

Kamil Stańczak, Betony, obiekty

 Magdalena Franczak, z cyklu Ślady

P.S. Wszystkie zdjęcia mojego autorstwa (to z drogowskazem z pomocą Oli). Przypominam, że można je powiększyć klikając na nie.

wtorek, 21 czerwca 2011

Poezja w mieście


A jednak Wrocław! Konferencję prasową, podczas której ogłoszono zwycięzcę rywalizacji o tytuł Europejskiej Stolicy Kultury 2016 oglądałem na Starym Mieście w Lublinie, w tłumie osób, które chyba do końca miały nadzieję, że Lublin okaże się czarnym koniem tych zawodów. Niestety nie udało się. Nie pomogło to, że co roku w Lublinie odbywa się ok. 50 cyklicznych wydarzeń kulturalnych (w tym ponad 30 festiwali), nie pomogło otwarcie na Wschód, niezwykła dbałość o dokumentację historii miasta, ze szczególnym uwzględnieniem historii lubelskich Żydów, nie pomogły nadzwyczaj liczne oddolne inicjatywy ludzi z pasją. Pocieszeniem jest to, że minister obiecał dofinansowanie projektów, które z tej okazji zostały zainicjowane. Miejmy nadzieję, że przynajmniej część z nich uda się zrealizować. Miasto zyskało jednak chociażby to, że wśród mieszkańców oraz władz nie ma już lęku przed kulturą - także tą wysoką. Została ona dostrzeżona i dosłownie wyszła na ulice. Okazało się przy tym, że nie jest taka straszna. My wszyscy mogliśmy się przekonać jak wiele jest dziedzin we współczesnej sztuce i kulturze, które - choć niszowe - są źródłem inspiracji i energii: teatr tańca, poezja, sztuki wizualne, a nawet cyrk. Dziś, w ramach "nadrabiania zaległości" w opisywaniu ciekawych wydarzeń, w jakich brałem udział ostatnimi czasy, chciałbym napisać o jednym z licznych lubelskich festiwali. Zatem do dzieła. 


Nie od dziś wiemy, że „niektórzy lubią poezję”, jak pisała nasza Noblistka i „Pierwsza Ambasadorka Polskiej Poezji”. Mogliśmy się o tym naocznie przekonać między 23 a 29 maja, kiedy to Lublin zamienił się w Miasto Poezji, za sprawą festiwalu literackiego o tej nazwie. Czwarta już edycja tego wydarzenia przyciągnęła takich poetów, jak Bohdan Zadura, Andrzej Sosnowski, Eugeniusz Tkaczyszyn-Dycki, Marcin Sendecki, Dariusz Sośnicki, Wojciech Wencel, Piotr Matywiecki, Michał Zabłocki, Dariusz Suska i wielu innych.

Program festiwalu był bardzo różnorodny i niezwykle bogaty: od spotkań autorskich z poetami, poprzez wielorakie warsztaty przeznaczone dla różnych grup wiekowych, po seanse filmowe, odczyty, konferencje, debaty oraz inicjatywy poetyckie w przestrzeni miejskiej (np. „Szafa Poezji”). Wiele punktów programu odbywało się równocześnie w różnych miejscach i widz musiał wybierać w tej bogatej ofercie, co nie zawsze było łatwe. Ja postawiłem głównie na spotkania z pisarzami.

 Bohdan Zadura

Już w pierwszym dniu festiwalu miało miejsce jedno z najciekawszych wydarzeń: odczyt Bohdana Zadury pod tytułem „Kłopoty z ulubionym poetą”. Organizatorzy mają nadzieję, że spotkanie to będzie początkiem całego cyklu, w którym najwięksi polscy poeci opowiadać będę o swoich własnych fascynacjach i inspiracjach poetyckich. Spotkanie to było o tyle oryginalne, że miało charakter odczytu właśnie. Poeta zaprezentował przygotowany wcześniej tekst, w którym przedstawił trzech spośród dużego grona najważniejszych dla siebie poetów. Wybrał osobowości bardzo ciekawe i – co ważne – nie zawsze dobrze znane młodym wielbicielom poezji: Konstantinosa Kawafisa, Johna Ashbery’ego i Jarosława Marka Rymkiewicza. Wystąpienie Zadury było długie (ok. dwóch godzin), ale niezwykle interesujące i mistrzowsko zaprezentowane. Miało charakter osobisty, ale było też rzetelną introdukcją w dorobek tych trzech pisarzy. Było to naprawdę mocne rozpoczęcie festiwalu – miejmy nadzieję, że doczeka się kontynuacji.



Jednym z bardziej udanych spotkań był także wieczór z Piotrem Macierzyńskim, który odbył się w czwarty dzień festiwalu w jednym z lubelskich pubów. W kameralnej atmosferze poeta przeczytał kilka swoich wierszy i opowiedział mnóstwo ciekawych i nieraz wesołych anegdotek. W bardziej poważnym tonie próbował też scharakteryzować obecny rynek wydawniczy w Polsce oraz specyfikę publikowania wierszy w Internecie. Poruszył też takie kwestie, jak odpowiedzialność za słowo. Spotkanie było świetnie przygotowane i prowadzone przez jednego z organizatorów festiwalu. (Jeśli ktoś ma ochotę zobaczyć jak wygląda spotkanie z tym autorem odsyłam na tę stronę).

Piotr Macierzyński

Niestety nie można tego powiedzieć o wszystkich spotkaniach, które odbyły się w ramach projektu „Mieszkanie Poezji”. Idea jest oryginalna, ale też nieco kontrowersyjna. Chodzi o to, że ochotnicy zapraszają do swojego prywatnego mieszkania poetę oraz wszystkich chętnych do spotkania z nim. Jest to okazja do bardziej prywatnego i mniej zobowiązującego zapoznania się z poetą, w kameralnym gronie. W praktyce wiąże się to jednak z różnymi niedogodnościami. Nie zawsze łatwo jest trafić na miejsce spotkania, poza tym mała przestrzeń sprawia, że niejednokrotnie ludzie siedzą stłoczeni na ziemi w niewygodnych pozach. Jednakże chyba najsłabszym elementem tych spotkań jest to, że zwykle nie mają one prowadzącego. Inicjatywa zależy w zasadzie od samego autora. Czasami sam postanawia on porozmawiać z publicznością, opowiedzieć jakąś ciekawą historię lub zastanowić się głośno nad różnego rodzaju ważkimi kwestiami (jak chociażby Andrzej Sosnowski). Innym razem kończy się tylko na czytaniu wierszy, bez choćby słowa jakiegokolwiek komentarza lub w ogóle zauważenia publiczności. Tak wyglądało spotkanie z Eugeniuszem Tkaczyszynem-Dyckim, który czytał swoje wiersze przez ok. godzinę (fakt, że w bardzo charakterystyczny sposób – sylabizując niemal szeptem, pochylony w pół i kiwający się w przód i w tył). Na odczytaniu wierszy skończyło się w zasadzie także spotkanie z Marcinem Sendeckim – z tym, że jemu zajęło to zaledwie kilkanaście minut (jego spóźnienie było dłuższe). Może wielu miłośnikom poezji to wystarczy, ja – jako ten „mityczny zwykły czytelnik”, o którym wspominał Andrzej Sosnowski – oczekiwałbym jednak od spotkania z poetą czegoś więcej. Szkoda, że organizatorzy festiwalu o to nie zadbali.

Eugeniusz Tkaczyszyn-Dycki

A jeśli już jesteśmy przy wytykaniu potknięć, warto byłoby zadbać o lepszą komunikację w czasie festiwalu. Wiadomo, że w tak bogatym programie czasami zdarzają się jakieś zmiany i przesunięcia: a to zmienia się dzień spotkania (Marcin Sendecki), a to miejsce (Wojciech Wencel), a może dojść i do odwołania niektórych punktów programu. Myślę, że informacje o tym powinny pojawiać się na stronie internetowej festiwalu, a w miarę możliwości winny być też ogłaszane w czasie innych wydarzeń. Bez tego widzowie są zdezorientowani, rozczarowani i tracą niepotrzebnie czas, który mogliby wykorzystać udając się na inny punkt programu odbywający się w tym samym czasie.

 Andrzej Sosnowski

Pomimo tych drobnych potknięć, trzeba powiedzieć, że Miasto Poezji jest bardzo cenną inicjatywą, zorganizowaną z pewnym rozmachem, a jednocześnie bez sztuczności i nadęcia. Może ona zadowolić nie tylko wielbicieli tego gatunku literackiego, ale i zainteresować tych, którzy na co dzień z poezją nie mają wiele do czynienia. Bardzo cenne są zwłaszcza inicjatywy edukacyjne organizowane w szkołach. Bo chociaż w szkołach „się musi” – jak pisała Szymborska w przywołanym na początku wierszu – to jednak dla większości czytelników to właśnie jest pierwsze miejsce, w którym spotykają się z wierszem. Festiwal pokazuje, że to spotkanie nie musi być niezrozumiałym nudziarstwem, ale fascynującą przygodą, zmieniającą życie. Może dzięki niemu osób będących „zwykłymi czytelnikami poezji” – „nie licząc (…) samych poetów” będzie trochę więcej niż „dwie na tysiąc”.

P.S. Na oficjalnym kanale YouTube można obejrzeć fragmenty różnych wydarzeń z festiwalu.

wtorek, 14 czerwca 2011

Magazyn do czytania


Zapowiadałem wczoraj na Twitterze, ale dziś muszę dać upust mojej radości. Oto zdarzył się cud. Pomimo tego, że czytelnictwo w Polsce kuleje (za nami w Europie jest tylko Albania), a i prasie papierowej wróży się jak najgorzej, oto dziś historyczny moment - ukazał się pierwszy numer nowego pisma "Książki. Magazyn do czytania". Tak! O książkach! Na papierze!

Pierwszy numer nowego tytułu po prostu mnie zachwycił. Podoba się już "od pierwszego wejrzenia". Elegancka okładka, ciekawy format, nowoczesny layout, znakomici autorzy, różnorodność materiałów. Naprawdę jest o czym poczytać: znakomity wywiad z Zadie Smith, śmieszno-straszny pamflet Janusza Rudnickiego na temat kanonu lektur szkolnych, Irena Grudzińska-Gross o polskich biografiach, Wojciech Orliński brawurowo o McLuhanie, moja ulubiona historyczka sztuki Maria Poprzęcka na temat albumów o sztuce, Maria Janion o książkach, które zmieniły jej życie, bardzo interesujący materiał o tym co czyta świat, a na deser chyba pierwszy, jaki czytałem niepochlebny artykuł o Mad Men, jednym z moich ulubionych seriali (przedruk z "The New York Review of Book"). To wszystko i o wiele więcej na 76 dużych stronach.

Ten magazyn to spełnienie moich marzeń. Mankamenty? Przede wszystkim częstotliwość ukazywania się: jak podaje blog współredaktorów tego pisma - zaledwie raz na kwartał (choć okładka sugerowałaby, że to miesięcznik). Poza tym jakość druku pozostawia trochę do życzenia, ale to drobiazg. Moją małą obawą jest to, że pismo jest satelitą "Gazety Wyborczej" - nie, żebym miał coś przeciwko niej, ale to środowisko i tak dominuje już w dyskursie kulturalno-literackim w naszym kraju - i nie chodzi mi tu tylko o nagrodę Nike, ale o to, że ci sami autorzy piszą m.in. w "Tygodniku Powszechnym", "Dwutygodniku", "Herito" i wielu innych pismach (które zresztą namiętnie czytuję). Nie ma co jednak wybrzydzać. Dziś prawdziwe święto dla rynku prasy i książki oraz miłośników literatury w kraju nad Wisłą. 

Jakby tego było mało, na dodatek "Gazeta Wyborcza" zainicjowała nowy cykl "Czytamy w Polsce", w którym pisarze i ludzie kultury mówią o czytaniu oraz o najważniejszych dla nich książkach. Teksty te już zaczęły pojawiać się w internecie (szczególnie polecam interesujący wywiad z Andrzejem Stasiukiem). Dzięki tej inicjatywie przez najbliższe dni stanę się wiernym czytelnikiem GW. Skrupulatnie odnotowuję sobie tytuły, które wymieniają rozmówcy - kto wie, może kiedyś coś się z tego wykluje. ;-)