czwartek, 22 września 2011

Jerzy Nowosielski w Lourdes


W czasie naszego wyjazdu do Francji, postanowiliśmy uczcić niedzielę i wybraliśmy się do miejsca świętego, a mianowicie do Lourdes. To znane na całym świecie sanktuarium słynie z objawień Matki Bożej, cudownej wody i całym szeregiem udokumentowanych uzdrowień z najróżniejszych chorób. Ciekawy byłem co zastaniemy na miejscu.


No, cóż. Pierwsze wrażenie: katolicki Disneyland. Świątynia wygląda, jakby była zrobiona z plastiku. Całość jest zresztą modelowym przykładem XIX-wiecznego neostylu - tutaj przede wszystkim jest to neogotyk, ale są i inne wpływy (np. mozaiki w kościele dolnym, na których Maryja wygląda jak Cate Blanchett jako Galadriela we "Władcy Pierścieni" Jacksona). W sumie znaleźć tu można co najwyżej ze dwie ciekawsze realizacje, te bardziej współczesne. Dopiero po powrocie do domu zorientowałem się, że nie zrobiłem tam niemal żadnego zdjęcia - po prostu nie było tam nic na tyle ciekawego, by wyciągnąć aparat. 


Całe założenie sanktuaryjne składa się z czegoś w rodzaju parku, w którym znajduje się mnóstwo "atrakcji": główna świątynia z kryptą, kościół dolny oraz olbrzymia podziemna hala - też wykorzystywana jako miejsce modlitw. Poza tym oczywiście oryginalna grota, w której ukazała się małej Bernadecie Maryja (najładniejsze miejsce w Sanktuarium), droga krzyżowa, jakiś plac kolorowych krzyży, miejsca do zapalania świec (które mają nawet do kilku metrów wysokości!), diorama z historią św. Bernadety, różnego rodzaju domy pielgrzyma, hospicja, punkty informacyjne, księgarnie itp. 


Jest to typowy wykwit pobożności ludowej i ona tutaj niepodzielnie króluje. Powiem szczerze, że byłem lekko skonsternowany patrząc na te wszystkie przejawy pobożności, które zbyt często przypominały niebezpiecznie jakieś praktyki magiczne: pocieranie chusteczek o skałę, całowanie wilgotnych kamieni, napełnianie butelek cudowną wodą i nabożne jej picie... Samo picie wody może i nie jest specjalnie kontrowersyjne, ale te tłumy i ilość butelek (niektóre w kształcie Matki Boskiej) naprawdę robią co najmniej dziwne wrażenie. Woda leci oczywiście z całego mnóstwa nowoczesnych kraników.

Tak naprawdę więcej przeżyć duchowych dało mi inne miejsce w tym miasteczku - raczej nie odwiedzane przez pielgrzymów. Będąc na terenie sanktuarium wystarczy spojrzeć w górę (w kierunku północnym), by spostrzec złote kopuły. To ukraińska cerkiew greckokatolicka, w której polichromię w 1984 r. wykonał jeden z najlepszych polskich malarzy - niedawno zmarły Jerzy Nowosielski. Warto się tam wybrać - to tylko jakieś 10 minut spacerkiem od Sanktuarium Maryjnego.


Sama cerkiew jest bardzo mała - to w zasadzie kaplica, połączona z co najmniej dwukrotnie większym domem parafialnym. Wewnątrz ikony: ciemne twarze na niebieskim tle, które zachęcają do kontemplacji. Emanują z nich powaga i skupienie, nabożne sacrum, które nie tak łatwo znaleźć w pobliskim Sanktuarium.

Jedyny "zgrzyt" w tym harmonijnym wnętrzu to nieco tandetny ikonostas - wielka szkoda, że nie został on wykonany także przez Nowosielskiego, który jak nikt potrafił stworzyć piękne, harmonijne wnętrze sakralne, także pod względem architektonicznym (jak to uczynił np. w cerkwi w Białym Borze).

Co tu wiele pisać. Popatrzcie sami. Jakie wrażenia?


3 komentarze:

  1. Czyżbyś nie lubił dziewiętnastowiecznej architektury? :->

    OdpowiedzUsuń
  2. A żebyś wiedziała, że nie! ;)

    OdpowiedzUsuń
  3. To straszne! Mówię to jako dziewiętnastowiecznik. ;-))
    A poważniej, też kiedyś nie lubiłam tych wszystkich historyzmów i akademizmów, ale jak się zetknęłam z nimi na seminarium i zaczęłam je zgłębiać na poważnie, to doszłam do wniosku, że wszystko co nas otacza, a także i my sami z tego bajecznego Disneylandu wyrośliśmy. I cały ten piękny modernizm także. I że to wszystko nie jest takie złe, jak się wydaje. Oczywiście poza mozaikową Cate Blanchett. :-)))

    OdpowiedzUsuń